La bête humaine, czyli instynktowny pęd ku śmierci w post-zolowskiej interpretacji Magdaleny Łazarkiewicz

wikimedia.org

Niewielu pasjonuje proza Emila Zoli. Nas, współczesnych, przeraża on swoją pruderyjnością, bezpośredniością, brakiem wstydu i wstrzemięźliwości przed opisami tak naturalistycznymi, że niejednokrotnie aż budzącymi obrzydzenie. Lubimy piękno – zachwycamy się delikatnością i subtelnością, wmawiając sobie, że to właśnie tam tkwi nasze, ludzkie powołanie. Bo ponoć stworzeni zostaliśmy do rzeczy wielkich i wyniosłych. A istotom stworzonym “na obraz i podobieństwo” Tego Najwyższego nie przystoi schodzić z piedestału wyróżnienia. Dlatego właśnie Zola wydaje się taki ohydny, pruderyjny i prostacki.

Dzisiaj, kiedy dbamy o perfekcyjność swojego wyglądu, korzystamy z usług specjalistów od wizerunku, bawimy się PhotoShopem, a na Instagramie i Facebooku stylizujemy swoje życie na najpiękniejsze z możliwych, nie chcemy pamiętać o tym, że Emil Zola pisał o nas. O ludziach dających ponieść się instynktowi, uległych pożądaniu, poddających się sobie nawzajem i lubujących w dzikim, niemal niczym niepohamowanym seksie. O paradoksie – w świecie, w którym pornografia we wszystkich swoich odmianach dostępna jest na wyciągnięcie ręki, my staramy się pokazać, że w ogóle nas nie dotyczy. Tak samo nagość. Artystyczne, piękne i wystylizowane akty – tak, oczywiście, że są dziełem naszych oczu! Pruderyjna, niepoddana korekcie nagość niedoskonałego ciała? To zawsze temat do wyśmiania.

histoire-image.org

Dlatego nie lubimy Zoli. Ale on zawsze był “niedzisiejszy”. Także w XIX wieku, kiedy tworzył, budził kontrowersje, a na jego głowę lała się fala krytyki. W zasadzie niewiele różniła się ona od tej, z którą swego czasu zmierzyć musiał się film Magdaleny Łazarkiewicz“Na koniec świata”.

O ile Emil Zola w swoich dziełach był bezkompromisowy i nie pozostawiał złudzeń co do naszego zezwierzęcenia, o tyle obraz Łazarkiewicz stara się przekroczyć tę granicę. Co ważne – nie zaprzecza racjom naturalisty. Wręcz przeciwnie – akcentuje je. Jednocześnie dostrzega jednak “drugą” stronę człowieka.

 

 

 

Jak czytać “Na koniec świata”?

justynasteczkowska.pl

Film od początku budził skrajne odczucia. Wśród krytyków także zdania były i są podzielone. I rzeczywiście – jedno trzeba przyznać: oceniając film TYLKO z perspektywy filmu, można poczuć się zawiedzionym. Bo nie jest to miły dla oka obrazek, sielanka dwojga zakochanych, którzy w szczęściu i dobrobycie czekają na dziecko. Nie ma też pełnych romantyzmu (choć nie mówię, że obraz jest tego elementu całkowicie pozbawiony!) scen, w których główną bohaterką jest miłość. Raczej dominuje uległość, żądza, instynkt, drażniąca widza nieodpowiedzialność bohaterów.

Podobnie z resztą jest z powieściami Zoli – interpretowanie ich przez pryzmat obrazów, które przedstawiają i zamknięcie się jedynie w obrębie tych sensów, budziło, budzi i będzie budzić podobne odczucia, co wyżej opisane. Zoli również zarzucano, że ograniczył człowieka do instynktów, stawiając go niemal na równi ze zwierzętami.

Łazarkiewicz robi jednak z powieścią “Teresa Raquin” coś dziwnego. Z jednej strony przyjmuje jej fabułę, z drugiej – wprowadza do postaci głównej bohaterki drastyczne zmiany, które całkowicie zmieniają ostateczny wydźwięk. Poza tym Magdalena Łazarkiewicz zdaje się świadomie budować fabułę na dziewczynie łączącej w sobie najbardziej przerażający mrok i anielską łagodność – Justynie Steczkowskiej. To nie są farmazony – to kulturowy fakt. Justyna w 1996 roku wydała swój debiutancki krążek – “Dziewczynę szamana“. Później pojawiła się druga płyta – “Naga“. Dwa wydawnictwa, dwa światy – jak czerń i biel. W 1998 roku, kiedy powstawał film, Steczkowska była już wyrazistą postacią dla odbiorców. Nie była przypisana ani do jednego, ani do drugiego świata. I kogoś takiego potrzebowała Łazarkiewicz, aby zaakcentować to, co w “Na koniec świata” najważniejsze. Czy był to celowy zabieg czy po prostu przypadek? Nie wiem 🙂 Dzisiaj to chyba bez znaczenia.

Co z tą filozofią?

justynasteczkowska.pl

Na koniec świata” przynosi trzy istotne poziomy, które traktować trzeba jak pryzmaty i przepuszczać jeden przez drugi.

1/ Pierwszym i najważniejszym jest filozofia i koncepcja Emila Zoli – jego naturalistyczna myśl o człowieku, jako marnej i uległej instynktom istocie.

2/ Drugim poziomem jest obraz Magdaleny Łazarkiewicz, który otrzymujemy przede wszystkim dzięki grze Justyny Steczkowskiej, Aleksandra Domogarowa, Dariusza Toczka oraz Joanny Żółkowskiej – to dzięki nim drażni nas “płycizna” emocjonalna, irytuje “sztywność” w dialogach i dziwimy się w jaki sposób bohaterowie, z takim sposobem współżycia ze sobą, są w stanie funkcjonować.

3/ Trzecim poziomem, który chyba w ogóle został pominięty w interpretacji i całkowicie oddzielony od obrazu, jest muzyka Justyny SteczkowskiejAntoniego Łazarkiewicza. Piękna i zupełnie “niepasująca” swoją wyniosłością, delikatnością i subtelnością do Zolowskiego naturalizmu. Z jakiegoś jednak powodu to właśnie ona staje się ukrytym narratorem i katalizatorem emocji (których z wiadomych przyczyn, wynikających z koncepcji Zoli, bohaterowie muszą być pozbawieni).

Napięta, drżąca struna pożądania

Niemal od samego początku, od pierwszych minut filmu, widz zostaje wprowadzony w stan napięcia – niesłabnącego pożądania, które drzemie. Skryte, gdzieś głęboko w nas, zakryte ciemnym płótnem kultury i cywilizacji. Metafora, którą wykorzystuje Łazarkiewicz (mowa o kolei parowej) to stały element świata Emila Zoli. W obrazie lokomotywy, którą też często personifikował, widział postęp, sukces naszych czasów, wzniosłość, geniusz rozumu (bardzo dosadnie zaakcentował to w “Bestii ludzkiej“), przewagę siły rozumu nad instynktami. Do tej symboliki jeszcze wrócę, ale najpierw chciałabym zaakcentować coś, co ma bezpośredni związek z poglądami Zoli. Według koncepcji, którą wyłożył w “Bestii ludzkiej” (ale wyrazistych przykładów możemy doszukiwać się także w innych powieściach – np. w “Germinalu“), przekleństwem każdego człowieka jest jego dziedziczność. Tak też syn alkoholika skazany jest na ten sam nałóg, a córka morderczyni zapewne – choćby bardzo tego nie chciała – dopuści się zbrodni. Dziecko, które zasmakowało krwi, nienawiści, przemocy i emocjonalnej burzy w pierwszych dniach swego życia (a nawet już w łonie matki) – skazane jest na to, aby jego życie takimi właśnie obrazami zostało naznaczone. Dokładnie po taki sam katalizator zdarzeń sięga Magdalena Łazarkiewicz. Pierwsza scena “Na koniec świata” wydaje się bowiem dla widza niezrozumiała – chaotyczna. Ale zbrodnia, do której dochodzi (bez względu na to, co do niej pchnęło), zdaje się ważyć na losach głównej bohaterki – Teresy. Nota bene w roli jej matki wystąpiła starsza siostra Justyny Agata Steczkowska. Warto też zwrócić uwagę, że scena ta – zabicie matki głównej bohaterki – ma miejsce w wyjątkowej scenerii, którą zdobią szyny. Ponownie element związany z postępem i cywilizacją zostaje skontrastowany z dziką, głodną zbrodni naturą ludzką.

Kiedy rozum śpi budzą się demony – Goya

Od podróży koleją rozpoczyna się także główna fabuła dzieła Łazarkiewicz – to właśnie nią Teresa, KamilJadwiga przybywają do Mandżurii. Jednak obecność Zolowskiego symbolu wzniosłości zaakcentowana została nie tylko w filmie. Zabieg ten wyraźnie słyszalny jest także na ścieżce dźwiękowej – soundtrack otwiera utwór “Duszo moja“, który z jednej strony wprowadza element metafizyki (szczególnie w obrębie wokalizy Justyny), z drugiej – nasączony jest dźwiękiem potężnej maszyny. Bo właśnie w niej Zola widział ducha/duszę postępu. Nie w człowieku i jego słabościach, ale w wielkości kolei parowej.

Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianego wyżej utworu z soundtracku – “Duszo moja“. Czuć w nim też narastające napięcie – jakby nieznane jeszcze emocje budziły się pod skórą. Ale kolej odjeżdża natychmiast po tym, jak nasi bohaterowie wysiadają. Ten znak wzniosłości ginie za horyzontem, a TeresaKamil pozostawieni zostają sami sobie… Wtedy też po raz pierwszy pojawia się Wiktor.

 

Jak widać – w jednym symbolu zazębiają się trzy poziomy: filozofia Zoli, obraz Łazarkiewicz oraz muzyka SteczkowskiejŁazarkiewicza. Zupełnie tak, jakby wszyscy czworo chcieli skomentować rycinę Goi, zatytułowaną: Kiedy rozum śpi budzą się upiory. Bo rzeczywiście, tam gdzie prym wiedzie ludzki rozum i rozsądek – powstają dzieła wielkie, ponadczasowe, wybiegające w przyszłość. Tam, gdzie rozum śpi – budzą się demony ludzkiej natury.

 

Balansowanie między Zolą a Freudem

justynasteczkowska.pl

W jakiejkolwiek analizie czy recenzji “Na koniec świata” nie można pominąć kwestii relacji Kamila z jego matką, Jadwigą. Tutaj z pomocą przychodzi psychoanaliza Freuda oraz wprowadzone przez niego zagadnienie określające takie zjawisko, czyli “kompleks Edypa“. Nie trzeba być psychologiem, filozofem czy terapeutą, aby dostrzec patologię relacji między młodym małżonkiem a jego matką. Praktycznie całkowicie jest jej oddany. Tutaj najistotniejszy okazuje się kierunek relacyjności. Kompleks Edypa (relacja od syna do matki) nie jest tak silny, jak kompleks Jokasty (relacja od matki do syna). To właśnie Jadwiga dominuje swoją nadopiekuńczością, która niejednokrotnie balansuje na granicy erotyzmu. Wielokrotnie można odnieść wrażenie, że matka zajmuje miejsce małżonki w życiu Kamila. Tym samym – staje się przeszkodą do “zaspokojenia popędów” (posługuję się tutaj terminologią Freuda). To zaś oznacza narastającą frustrację i agresję, co doskonale oddała w obrazie Magdalena Łazarkiewicz.

Warto też wspomnieć, że to właśnie z psychoanaltycznego stanowiska Zygmunta Freuda wypływa przekonanie, iż kultura nas ogranicza, staje się źródłem nieszczęść i cierpienia, gdyż przez swoje konwencje (także ogólnoprzyjęte zasady) nie pozwala na swobodne zaspokajanie popędów. A człowiek, który jest przede wszystkim istotą biologiczną, w pierwszej kolejności musi skupić się na ich zaspokojeniu. Wniosek ten będzie miał ogromne znaczenie przy odczytaniu dalszych losów bohaterów.

Wszystko dzieje się w milczeniu

Z perspektywy analizy dzieła Łazarkiewicz najciekawsze wydaje się sprzężenie relacyjne miedzy trójką głównych bohaterów:

a/ Wiktorem – który reprezentuje całkowite oddanie instynktowi;

b/ Kamilem – który zdaje się być pozbawiony pożądania, dominuje u niego frustracja (tutaj, w jego odczytaniu, znacząca znowu okaże się kolej i jej symbolika – Kamil dostaje przecież mundur pomocnika zawiadowcy i ma pracować na kolei, zostaje więc niejako wpisany w to, co duchowe);

c/ Teresą – którą ciężko jednoznacznie zaklasyfikować do którejkolwiek z kategorii; bywa ona całkowicie uległa seksualnemu pożądaniu, ale też zachowuje w sobie wrażliwość na rzeczy wielkie i duchowe (np. zachwyt nad balonem, który tutaj również ma znaczenie symboliczne, analogicznie do lokomotywy).

justynasteczkowska.pl

Wszyscy troje mówią mało, a momentami zdają się być całkowicie pozbawieni zdolności do naturalnego dialogu. Ale to nie przeszkadza w odczytaniu obrazu, wręcz przeciwnie. Weźmy na przykład scenę, kiedy Kamil po raz pierwszy przyprowadza do sklepu Wiktora. Teresa wówczas liczy guziki. Pod wpływem samej bliskości Wiktora zaczyna ulegać pożądaniu (kokieteryjnie, zalotnie uśmiecha się do niego). Lecz gdy tylko do jej uszu dociera rozmowa mężczyzn (jakoby Kamil, dzięki zaproszeniu Wiktora, miałby mieć okazję obcować z nagimi kobietami) – buntuje się. Zupełnie tak, jakby swoje pożądanie traktowała jako coś w sposób naturalny realizującego się w jej człowieczeństwie, ale pragnienia Kamila, z którym związała się sakramentem (element duchowy), prawa te (i przywileje ulegania pożądaniu) nie obowiązywały.

Wzajemne podglądanie

Kadr z filmu “Na koniec świata”

Kolejną interesującą kwestią jest to, jak bohaterowie “podglądają” siebie nawzajem.

Teresa często obserwuje z ukrycia relacje JadwigiKamilem, niejednokrotnie zbyt zażyłe (jak chociażby scena, w której Jadwiga kąpie swojego dorosłego syna). Zawsze wtedy usłyszeć możemy wokalizę Steczkowskiej, którą buduje również jeden z utworów z soundtracka – “Gwałt“.

Z drugim podglądaniem stykamy się, kiedy Kamil, przygląda się zbliżeniu między TeresąWiktorem. Wydarzenie to drastycznie zmienia bieg wydarzeń (chociaż należy pamiętać, że każdy rodzaj “podglądania” odgrywa rolę katalizatora – “świadek” zdarzenia, pod wpływem obrazów, które ogląda, podejmuje określone decyzje: tak Teresa widząc Kamila z matką rzuca się w ramiona Wiktora, tak i Kamil, widząc żonę z Wiktorem, podejmuje decyzje, które ważą na jego życiu/śmierci).

Trzecim podglądaniem jest to, w jaki sposób Kamil, już po swojej śmierci, uczestniczy w życiu swoich bliskich. Jego portret, który namalował Wiktor, niejako pozwala mu przeżyć własną śmierć i pozostać świadkiem wszystkich wydarzeń.

Czwartym obserwatorem staje się Jadwiga – również po śmierci Kamila. Po wylewie, kiedy nie może ani mówić, ani też samodzielnie się poruszać, staje się biernym uczestnikiem dramatów Teresy.

Na granicy La bête humaine

justynasteczkowska.pl

Jedną z najciekawszych i jednocześnie najtrudniejszych do rozszyfrowania postaci pozostaje Teresa, grana przez Justynę Steczkowską (tutaj przypomnę to, o czym wspomniałam na początku, czyli dualizm samej postaci w znaczeniu kulturowym – połączenie tego co szamańskie i demoniczne, z tym co anielskie i wzniosłe).

Z jednej strony Teresa pozostaje postacią, która z minuty na minutę coraz bardziej zatraca się w swoim niezaspokojeniu. Tutaj całkowicie można odnaleźć w niej Zolowską Teresę Raquin. Ale Magdalena Łazarkiewicz chyba chciała nieco odczarować ten obraz. Ogranicza dialogi Teresy do minimum, pozwalając jej rysować swoją charakterystykę decyzjami. Ciekawy wydaje się także fakt, co ostatecznie popycha Teresę do uległości względem pożądania. W pierwszym zbliżeniu z Wiktorem szepcze: Pocałuj mnie. Przytul mnie. Boję się. Przytul mnie, co raczej pozwala przenieść jej oczekiwania na nieco inny wymiar, niż tylko miłości cielesnej.

Co więcej, w pierwowzorze, czyli w powieści Zoli, Teresa świadomie uczestniczy w zbrodni – wszystko po to, aby zrealizować swoje żądze. Trudno jednak takie oskarżenie wysunąć przeciwko Teresie granej przez Steczkowską. Wydaje się wręcz, że niejako odwróciła się ona od swojej fizyczności i w chwili, kiedy miłość cielesną znalazła u męża, podążyła w wyborach za tym, co duchowe. Przypieczętowaniem tego wyboru jest także wypowiedź Teresy nad jeziorem, gdzie tuli Maję i śpiewa kołysankę: Pójdziemy tam, gdzie był balon. Pamiętasz? Tam gdzie puszczają latawce. Teraz już będzie dobrze. 

Kadr z filmu “Na koniec świata”

Ale nie było. Chociaż w innej formie, Teresa podzieliła losy swojej matki. Można powiedzieć, że tak jak i ona, znalazła się w złym miejscu i o złym czasie. Może nie powinna z Kamilem podróżować do Mandżurii? A może po prostu nie powinna za niego wychodzić? Ostatecznym momentem, kiedy przestała istnieć dla świata, jest chwila, w której traci dziecko (teściowa, wyjeżdżając, zabiera niemowlę ze sobą). Choć fizycznie żyje – nie ma już dla niej ratunku. I takim zakończeniem Magdalena Łazarkiewicz sprzeciwia się wizji Emila Zoli. Bo przecież gdybyśmy wszyscy były jedynie La bête humaine, to czy Teresą targałoby szaleństwo?

justynasteczkowska.pl

Teresa od samego początku filmu pędzi ku zagładzie, ku własnej śmierci, unicestwieniu. Każda jej kolejna decyzja niejako przybliża ją do momentu kulminacyjnego. Ostatecznie Teresa kończy swoje życie w scenie będącej analogią sceny śmierci jej matki. Jej martwe ciało, po postrzale, upada na tory. Znowu pojawia się motyw kolei w czym doszukiwać się można nawiązania do tego, co wzniosłe. Teresa realizuje jednak scenariusz zgodny z koncepcją La bête humaine, w której dziedzictwo staje się naszym przekleństwem. Jak więc ostatecznie rozstrzygnąć ten spór? Może właśnie chodzi o to, aby go nie rozstrzygać, ale dostrzec obecność obu pierwiastków: instynktów rodzących pożądanie i potrzeb duchowych, które nami kierują?