Dead Can Dance – Dionysus – Recenzja

Fani Dead Can Dance długo musieli czekać na nowy materiał. Ale chyba było warto. 2 listopada na świat przyszedł “Dionysus“, który zrodził się w napięciu dychotomii. Rozdarty między tym co ludzkie, a tym co boskie łączy w sobie egzystencjalną autentyczność i niczym nieograniczone marzenia. I tak właśnie brzmi nowa płyta Dead Can Dance.

Trzymając po raz pierwszy w ręce “Dionysusa” można ulec próżnemu zdziwieniu – na materiał składa się bowiem zaledwie 7 utworów. (co daje niecałe 40 minut materiału!) Jednak jest to pełna historia – opowiedziana poetyką dźwięków, które LisaBrendan przekuli w żywioły. To, co bez wątpienia wciąga, to umiejętność przeprowadzania odbiorcy po krawędzi – cała opowieść snuta jest w świecie umieszczonym “pomiędzy”: życiem i umieraniem, ogniem i wodą, początkiem i końcem, próżnym hedonizmem i głęboką refleksją.

Dead Can Dance pozostają w swoim klimacie – żonglują z właściwą sobie lekkością orientalnymi wstawkami i głębokim, etnicznym brzmieniem. Jednak powróćmy do samej historii, bo warta jest ona szczególnej uwagi.

***

Od początku Aktu I (płyta podzielona jest na dwa akty – każdy z nich to opowieść zbudowana z kilku utworów) ujmująca jest siła żywiołów – swobodne balansowanie pomiędzy nimi. Sea Borne wyłania z ciszy szum, a z szumu dźwięki – wskazuje na linearność, która wiąże każdą historię – i Twoją, i moją, i mitologicznego Dionizosa. Pamiętać należy, że woda od zawsze  była i jest zarówno siłą oczyszczającą, jak i niszczącą. Tutaj jednak zdaje się być okiełznanym żywiołem – pełnym łagodności i spokoju. W takiej nastrojowości rodzą się nadzieje, co również można usłyszeć już w pierwszym akcie.

Zmysł: słuch.

Na początku Dead Can Dance decyduje się rozbudzić zmysł słuchu – wydobywa odbiorcę z dźwięku i w dźwięk wprowadza. Jest to wyraźny znak – zapowiedź muzycznej podróży, na którą trzeba się otworzyć.

***

W tym miejscu warto wtrącić, że płyta “Dionysus” została pięknie wydana. Zachwycająca i dużo mówiąca okładka, to nie wszystko. Wewnątrz można odnaleźć fantastyczne zdjęcia – w makro i mikro skali, które stanowią dosadny komentarz i klucz dla poszczególnych utworów.

I to dzięki nim hipnotyzujący i wprowadzający w niemal oniryczny trans “Liberator of Minds” uzyskuje dodatkową sferę piękna – magnetyczne i zachłanne oko jest tym zmysłem, które najpełniej oddaje naturę współczesnego człowieka. Oczywiście Dead Can Dance to przede wszystkim muzyka – o tym nie można zapominać. I wszystkie te elementy, o których piszę, są u nich wyraziście zaakcentowane w dźwiękach.

Zmysł: wzrok. 

Kolejnym zmysłem rozbudzonym przez Dead Can Dance jest wzrok. Zachłanność patrzenia pozwala nam zorientować się w przestrzeni – daje perspektywę, poczucie dali i bliskości. To wzrok pozwala spojrzeć na horyzont, dzięki oczom możemy zachwycać się pięknem tylko dla niego samego. 

***

Pierwszy akt zamyka utwór zatytułowany “Dance of the Bacchantes” – pełen dzikości, zmysłowości, żywiołowości. Oparty został na stosunkowo prostej linii melodycznej, która powtarzana jest jak mantra. Można sobie wyobrazić, że tak właśnie wyglądały odurzone bachantki pochłonięte

Zmysł: ruch.

Celowo piszę o ruchu jako zmyśle. W wielu filozofiach pojawia się on jako kolejne narzędzie, dzięki któremu człowiek ma możliwość poznawania świata. Człowiek pozostaje bowiem w ciągłym ruchu – tak w sensie fizycznym (procesy fizjologiczne – chociażby nieustający proces starzenia), jak i metafizycznym, transcendentnym (jak np. wspomnienia). To zawsze jest ruch.

Nota bene warto wtrącić, że w książeczce utwór ten opatrzony jest zdjęciem gniazda pszczół, które jedna przy drugiej pozostają w ciągłym ruchu – w nieustannym drganiu. To zmysł ruchu pozwala im porozumiewać się ze sobą. 

***

Akt drugi otwiera utwór, który Lisa i Brendon wybrali na singiel promujący “Dionysusa” – “The Mountain”. To muzyczny fragment nawiązujący do lat młodości mitologicznego Dionizosa, kiedy to jego ojciec – Zeus – oddał go pod opiekę nimfom deszczu. Dionizos przebywał wówczas na górze Nysa. To zupełnie inna kraina, niż ta, którą dane było nam usłyszeć na początku aktu pierwszego – nie ma szumu fal, ale w oddali słychać pasące się owce.

Zmysł: słuch.

Ponownie zmysł słuchu zostaje rozbudzony do granic możliwości. Zmuszony jest do malowania nowych krajobrazów. Nysa to miejsce inicjacji młodego Dionizosa. Tutaj naprawdę zaczyna się jego historia.

***

“The Invocation”, czyli kolejny utwór, jest przepięknym przykładem wewnętrznego złamania. Jednak prawdziwa inwokacja wymaga bólu – katharsis w rozumieniu arystotelesowskim. Jest tam trwoga i lęk. I dopiero w takim napięciu może zrodzić się prawda godna wygłoszenia.

Zmysł: słuch.

***

Przedostatni utwór to “The Forest”, który po raz kolejny przenosi nas w zupełnie inną przestrzeń. Pozwala doznać ukojenia po uprzednim złamaniu.

Las malowany dźwiękami Dead Can Dance zachowuje swoją tajemniczość, ale nie budzi grozy, nie przeraża. Zachwyca za to życiem – tętni nim w każdym dźwięku. Zdaje się być obietnicą wytchnienia, a nawet nieśmiertelności – tak, jakby to w nim swoją pełnię miało uzyskać koło wiecznego nawrotu.

Zmysł: słuch.

Wędrówka dobiega końca. Podróż po lesie kończy się utworem “Psychopomp“. Zdaje się on zmieniać przyjazny odbiorcy las w niebezpieczną i mroczną krainę. Nic dziwnego – psychopomp to w wielu wierzeniach bóstwo przychodzące odprowadzić zmarłego na drugą stronę.

Zmysł: wzrok, słuch, ruch.

To niezwykłe, jak za pomocą dźwięków Dead Can Dance udaje się rozbudzić tyle zmysłów. Jednak pod wpływem uważnej lektury muzycznych fraz zmieniają się zarówno kolory, jak i budzi się w odbiorcy poczucie ruchu – drżenia.

Warto więc sięgnąć po “Dionysusa” i odbyć z nim pełną magii i mistycyzmu podróż. Jest ciekawa, momentami nieprzewidywalna, ale niezwykle krótka. I to ogromny minus dla tego wydawnictwa. Po tylu latach można wymagać od Dead Can Dance dłuższego materiału, a nie czegoś, co w zasadzie można by nazwać EPką. Sytuację ratuje spójność opowieści – ta jest i to bardzo wyraźnie zarysowana – tak w sferze muzycznej, jak i tekstowej (tytuły bardzo wyraźnie naprowadzają na kolejne, kluczowe punkty w historii mitologicznego Dionizosa). No i oczywiście samo wydawnictwo – estetyczne, ujmujące dbałością o detale. Po prostu cieszy oko.

PODSUMOWANIE
  • 7.5/10
    Okładka/opakowanie - 7.5/10
  • 8.5/10
    Muzyka - 8.5/10
  • 10/10
    Wokal - 10/10
  • 7.5/10
    Teksty - 7.5/10
8.4/10

Ocena

Ogromnym minusem tego wydawnictwa jest jego objętość – można spodziewać się czegoś więcej. Ale muzycznie – broni się. Jest to przemyślana koncepcja, stworzona od narodzin, aż do śmierci. Spisana i opowiedziana w sposób poetycki. I – co najważniejsze dla fanów DCD – pozostaje w charakterystycznym dla zespołu klimacie. Nie ma więc rewolucji.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *