Kasia Kowalska w Toruniu

Są artyści, do których odbiorcy dorastają. Proces ten czasami trwa latami. Ale to chyba każdy wie. Nie każdy jednak pamięta o tym, że są też Artyści, którzy sami dorastają – “z”, “do” i “dla” swojej publiczności. Jest ich niewielu – na polskiej scenie muzycznej wskazać mogę zaledwie kilku. Nie waham się jednak dopisać do tego grona Kasię Kowalską.

Kasi Kowalskiej pisałam już przy okazji jej ostatniego singla – AYA (przeczytaj tutaj). Wtedy też rozbudziła ona we mnie zainteresowanie – przełamała pewien schemat, w jakim tkwi, a w zasadzie więziona jest przez lata. Bo z Kasią to przeciętny odbiorca może mieć nie lada problem, którego źródło tkwi w tym, jak “pokazywana” jest jej muzyka. Jestem dzisiaj kilka dni po koncercie, na świeżo, z bieżacymi refleksjami i miażdżącym kontrastem, który wywołał jej występ.

Pierwsze skojarzenie? Perspektywa. Wystarczy zmienić perspektywę, aby zobaczyć Artystę i jego twórczość w zupełnie innym świetle. Wyjść ze schematu opinii, utartych list utworów, które media usilnie i bez wytchnienia tatuują na plecach artystów.

Drugie skojarzenie? Wolność. Trzeba być wolnym odbiorcą – odważyć się poznawać, nawet wbrew swoim uprzedzeniom. Mieć odwagę odsunąć na drugi plan własne “ale” i z czystym umysłem i otwartym sercem zasiąść na widowni.

Paradoks wniosku, z którym zostałam po koncercie, polega na tym, że Artystka, która teoretycznie trzyma się z dala od show-biznesu w jego najbrudniejszym rozumieniu, niemal codziennie jest przez niego tak silnie krzywdzona. Smutny to wniosek, bo i smutne ma konsekwencje. Co bowiem z tymi, którym zabraknie odwagi przekonać się ‘jak jest naprawdę?’.

Dotychczas Kasię Kowalską trzymałam w szufladce opieczętowanej fiszkami z napisem: smutek, melancholia, jesień. Nie było tam za wiele refleksji filozoficznej, bo i jakiej szukać u dziewczyny, która “w słodkim winie topi łzy”? Po jej muzykę sięgałam więc rzadko, a nawet bardzo rzadko. Kontemplacja smutku nie należy bowiem do najprzyjemniejszych. Dzisiaj żyjemy szybko, intensywnie, w ciągłym pędzie za sukcesem, który przegania sukces. Jeden po drugim. A Kasia jest inna – niepasująca do tego schematu. Ona ma czas – aby szukać, aby stanąć na chwilę, zatrzymać się nad tym “małym czymś” co boli.

 

I tutaj jest ten kontrapunkt, który zmienia perspektywę. To pierwszy Artysta, którego miałam okazję poznać, i który JEST – w pełnym filozoficznym wymiarze tego czasownika. Nie “będzie”. Nie “był”. JEST. To jedno słowo całkowicie zmienia odbiór Kasi Kowalskiej – przenosi ją z wymiaru linearnej retrospekcji i pielęgnowania w niej smutku, do momentu “tu i teraz”. Piękne to i oryginalne. A najbardziej ujmujące okazuje się to, iż kontrapunktu nie sposób odnaleźć na płycie – w tym odbiorze przewodnikiem zawsze pozostaną indywidualne dla odbiorcy odczucia, emocje, może też wspomnienia i skojarzenia. Ale na koncercie jest zupełnie inaczej. Kasia ma w sobie siłę Beatrycze. Już po pierwszych wyśpiewanych frazach nie pozostawiła złudzeń, że dalsza podróż odbędzie się w tym kierunku, który ona wyznaczy.

Szczerze? Mając w głowie wizerunek medialny Kasi Kowalskiej byłam przekonana, że w sali koncertowej znajdą się dwie wyspy – ona i my. Wejdzie na scenę, zaśpiewa, publiczność poklaszcze, kurtyna, dziękuję. A ona od pierwszych dźwięków zalała całą swoją artystyczną osobowością widownię – zupełnie, jakby miała świadomość tego, że koncert musi rozpocząć od odczarowania siebie.

 

To, co ciekawe i związane z perspektywą, o której pisałam na początku, to odbiór utworów – dobrze znanych, często puszczanych przez różne rozgłośnie radiowe. Dopiero na koncercie zrozumiałam, jak okropnie oddziałuje na ich percepcję kontekst serwowany przez różne media. Np. taki utwór jak “To co dobre“, uwięziony chociażby między “Białą armiąBajmu, a “BałkanikąPiersi, nasiąka to granic możliwości melancholią i słabością. A w narracji Kowalskiej ten utwór ma zupełnie inny wydźwięk – przeciwstawny do tego, który jest “sprzedawany”. Dlatego trzeba, po prostu TRZEBA iść na koncert i pozwolić Artystce wypowiedzieć się po swojemu. Niech mówi. Niech śpiewa. Niech opowiada historie na swój, indywidualny dla siebie sposób.

A historia opowiedziana przez Kasię Kowalską ujęła mnie autentycznością – to jest to, czego bez wątpienia szuka się w żywym kontakcie z Artystą, po co w ogóle wchodzi się do sali koncertowej. Swoją opowieść Kowalska rozpoczęła od krótkiego preludium – “A jeśli blask twój zwiódł“. Zanurzyła się delikatnie w przeszłości i to był jeden jedyny raz, w trakcie całego jej występu, kiedy udało mi się osadzić ją w “tym, co było”.

Antidotum“, które było kolejne, to już wyraźne zakorzenienie w “tu i teraz”. I to, co najpiękniejsze i pierwszy raz zdarzyło mi się na koncercie – możliwość pozostania w tym zawieszeniu w czasie i przestrzeni. Najczęściej doświadczam narracji motywującej do działania, mówiąc profesjonalnie – bardziej fatycznej 🙂 U Kasi jest jednak inaczej – ona nie pcha odbiorcy do przodu. Stwarza dla niego przestrzeń, by po prostu był – chwilę, tu, teraz, bez przeszłości i przyszłości.

To, czego również żadne media nie pokazują i czego nigdy nie odczułam w trakcie rozmaitych transmisji nawet najpiękniejszych festiwali, to KONTAKT. Kontakt z odbiorcą. Celowo nie napisałam “z publicznością”. Kasia od początku do końca wysyłała w kierunku widowni wyraźne sygnały, że jest Artystką świadomą, która kontaktu się nie boi, a wręcz umie go inicjować.

Swoimi utworami, a nawet bardziej ich wykonaniem niż nimi samymi, Kasia odkrywa kolejne karty. Pod koniec koncertu powstaje więc pełen obraz – kobiety świadomej tego, co było; otwartej na przyszłość; ale w pełni żyjącej i czerpiącej z tego, co jest TERAZ. Ta kobieta nie chce czekać na to co nadejdzie lub nie – żyje w pełni teraźniejszością. Jest też wyjątkowo silna  – na tyle, by móc się tą siłą dzielić z innymi. Jest mądra, bo minione słabości przekuwa w oręż do walki o marzenia. Kto by pomyślał, że z tej melancholijnej twórczości wyjdzie “Coś optymistycznego” 🙂

Na koniec wspomnieć wypada o kwestiach typowo muzycznych. Wypada, a nawet należy, bo Kasia Kowalska bardzo rozwinęła się wokalnie. Nie krzyczy, nie wymusza dźwięków, płynnie przechodzi między rejestrami, przerzuca dźwięk z ogromną swobodą, która dodaje śpiewanym przez nią utworom lekkości. Najpiękniejszy pokaz jej głosowych możliwości miał miejsce przy bisach – w trakcie “Nobody” i “A To co mam“.

Pozostaję po koncercie Kasi z prawdziwym zachwytem i przyjemnością w sercu, ale też z nieodpartą, smutną refleksją, że media bardzo przeszkadzają jej w dotarciu z twórczością do odbiorców. No cóż – pozostaje więc nam, odbiorcom właśnie, zawalczyć o swoją wolność i po prostu iść na koncert. A potem ocenić czy Kasia Kowalska powinna leżeć w szufladce “Melancholia”. Ja ją stamtąd wyjmuję, a płyty Kowalskiej przekładam do nowej szufladki z fiszką “Mądrość”.

 

SETLISTA: 

  1. Jeśli blask Twój zwiódł
  2. Antidotum
  3. Pieprz i sól
  4. Prowadź mnie
  5. To co dobre
  6. Aya
  7. Oto ja
  8. Maskarada
  9. Wyrzuć ten gniew
  10. Domek z kart
  11. Coś Optymistycznego

BIS:

  1. Nobody
  2. A to co mam
  3. Hallelujah

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *