Maja Ostaszewska – filozoficzny sąd o moralności

Oglądając dzisiejsze hity kasowe, które do kin przyciągają tłumy, trudno doszukać się produkcji głębokich. Czasem, i owszem, zdarzają się. Niekiedy są to nawet przebłyski czegoś wartościowego, które w zmielonej przez machinę komercyjną produkcji, mają szansę zaistnieć jedynie dzięki charyzmie aktorów – jednostek prowadzących swoją, aksjologiczną narrację. I właśnie dlatego lubię śledzić filmografię poszczególnych aktorów, którzy swoją wieloletnią pracą zasłużyli na to, aby ich nazwiska w trakcie kuluarowych rozmów, wywoływały energiczne dysputy. Wśród takich aktorów bez wątpienia jest także i Maja Ostaszewska.

Przed przygotowaniem tego tekstu przejrzałam kilka ogólnodostępnych wywiadów czy artystycznych sylwetek Ostaszewskiej, sporządzonych przez ekspertów. Obraz, jaki mi z tych tekstów pozostał, to wizerunek pięknej, zmysłowej kobiety w najlepszym okresie swojego życia. Mało. Dla mnie to za mało. Bo zbyt blisko obok “piękna” lub “aktywnie uczestnicząca w akcjach społecznych” stoi słowo “aktorka”. Zbyt blisko, bo przestrzeń na filozoficzną mozaikę, z której Maja buduje każdą swoją postać, zostaje niemal całkowicie zignorowana.

W aktorstwie należy poszukiwać czegoś więcej – czegoś, co pozostaje z widzem na dłużej. To obowiązek każdego widza i ogromne wyzwanie stojące przed każdym aktorem. Dzieło teatralne czy filmowe tworzą obie strony: aktor i widz. Bez przeżyć, interpretacji czy dookreśleń ze strony odbiorcy, postać budowana przez aktora nie ma najmniejszego sensu. Jednak jeżeli aktor nie uzyska harmonii między emocjonalnością a konstruktem intelektualnym, na którym oprze graną przez siebie postać – wysiłki ze strony widza są daremne. W płytkiej i bezosobowej roli nie odnajdzie on żadnego sensu.

Właśnie dlatego lubię śledzić karierę Mai Ostaszewskiej, której aktorstwo wpisuje się dla mnie w odwieczny konflikt między sercem a rozumem. Nie bez przyczyny w tytule artykułu pojawił się “sąd o moralności”. Wprowadza on do kontekstu odczytywania aktorstwa Ostaszewskiej dwa, pozornie skrajnie, ale w rzeczywistości wybrzmiewające na jedną nutę narzędzia poznawcze: emocje oraz intelekt.

By dokonać oceny moralnej – zaklasyfikować czyjeś zachowanie jako “dobre” lub “złe” – wcale nie trzeba doświadczyć bezpośrednio dobra lub zła. Nauczeni jesteśmy je rozpoznawać właśnie poprzez ocenę moralną. Niektórzy  – w tym także Peter Singer – twierdzą, że taka ocena nosi znamiona sądu estetycznego. Budujemy go na wrażeniu i decydujemy czy coś nam się podoba, czy też wręcz przeciwnie. Ale to zbyt szablonowe potraktowanie sądów moralnych, które stale balansują pomiędzy dwoma siłami – emocjami i rozumem.

I tutaj w czytelny sposób konflikt ten prezentuje się w aktorstwie Mai Ostaszewskiej. Przede wszystkim aktorka sięga po role różne, czasami kontrowersyjne, innym razem irytujące. Po prostu różne – i to jej ogromny walor. Nie da się jej zaklasyfikować, zamknąć w wąskiej szufladce i odstawić na półkę. Każda z granej przez nią postaci prowokuje jednak do postawienia sądu moralnego. Oznacza to, że aktorce udaje się zamknąć w granej przez siebie postaci zarówno całą paletę starannie wyselekcjonowanych emocji, które ma potem okazję współodczuwać widz, jak również przekazać je za pomocą spójnego kodu, odczytywanego przez odbiorców (rozum). W praktyce oznacza to, że z bohaterami granymi przez Ostaszewską zostajemy dłużej. Spójrzmy na kilka przykładowych ról Mai, w których widać świadome dyrygowanie emocjami, a poprzez nie – budowanie spójnych obrazów postaci, podlegających sądom moralnym.

Doskonale do takiego filozoficznego eksperymentu nadaje się rola Ewy Raczewskiej z filmu “W imię…“, w którym Maja wystąpiła obok Andrzeja Chyry. Ewa to przeciętna, miastowa kobieta, w której drzemie potrzeba działania, uczestniczenia w budowaniu czegoś, pociąg do samorozwoju. Podążając za miłością trafia na prowincję – na wieś, której granice zdaje się wyznaczać wszechobecna patologia. I z wielkiego wiru zostaje wrzucona w wielkie nic – pozostaje jej gotowanie, pranie, czekanie na męża. Wolny czas wypełnia więc alkoholem, a z czasem coraz bardziej zatapia się też w swoich pragnieniach seksualnych (obiektem jej zainteresowania stał się ksiądz – nota bene homoseksualista, o czym Ewa oczywiście nie wie).

I tutaj dzieje się rzecz dziwna i zaskakująca, bowiem w momencie, kiedy Ewa grana przez Ostaszewską dąży do stosunku seksualnego z księdzem Adamem, widz nie odczuwa zgorszenia, obrzydzenia czy może nawet gorszych uczuć. Nie postrzega Ewy jako pustej, zezwierzęconej jednostki. Obraz ten raczej budzi empatię, żal, smutek. Dlaczego? Bowiem Ostaszewska odpowiednio przygotowała widza do zdefiniowania sądu moralnego. Wszyscy, zważając na kulturowe obyczaje, bez zastanowienia zaklasyfikujemy postępowanie Ewy jako “złe”. Ale nie jest ono tak “złe”, jak np. akt gwałtu czy morderstwa.  Czy oznacza to, że “zło” nie jest tylko “złem” ale ma również swój nośnik jakościowy? Nie. Klasyfikacja moralna jest jednoznaczna, ale sąd okazuje się być pełniejszy. Klasyfikacja bowiem opiera się przede wszystkim na emocjach, na odczuciu – podobnie jak wrażenie estetyczne. Widzimy, odczuwamy, klasyfikujemy. Sąd moralny angażuje już nie tylko emocje, ale również rozum, a co za tym idzie – wychodzi w swoim oglądzie poza ramy jednej sceny, w trakcie której zapada wyrok. Dlatego widzowie, poznając dogłębnie psychologię postaci Ewy, mogą z nią współodczuwać zagubienie, poczucie bezsensu, pragnienie akceptacji oraz docenienia etc. Sąd moralny wykorzystuje więc rozum jako filtr dla emocji – przez sito całego kontekstu sytuacyjnego postaci przepuszcza tylko te, które dla oceny będą właściwe. Ostaszewska w swoim aktorstwie zdaje się być niezwykle świadoma tego mechanizmu – wielokrotnie po niego sięga, budując napięcie i dokonując stopniowej wiwisekcji swoich bohaterów.

Kwintesencją tego zabiegu jest postać terapeutki Anny z filmu “Body/Ciało” w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej. W pierwszych scenach Anna jest niezwykle irytująca – jej odbiór graniczy momentami z wybuchami śmiechu, bo jest tak bardzo nieprzystającą do współczesnego świata kobietą, że aż trudno uwierzyć, aby to było możliwe. Zaniedbana wizualnie, egzaltowana w mowie, nazbyt ugrzeczniona (jej przemiły uśmiech wywołuje w końcu obrzydzenie) i po prostu dziwna – taka jawi się widzom od początku. To niektórych może odstraszyć od poznawania postaci Anny. Jednak Ostaszewska włożyła w nią dużo więcej. Z czasem odkrywa kolejne karty – i tutaj proces poznawczy postaci prowadzi w odwrotnej kolejności, niż to miało miejsce w filmie “W imię…“. Tam – od przesłanej i poczucia obojętności wobec postaci, do konkretnego sądu moralnego i ustosunkowania się widzą. Klasyfikacja moralna zostaje niemal całkowicie wchłonięta w tym procesie. Tutaj natomiast – w “Body/Ciało” – początkiem kontaktu z widzem jest sprowokowanie go do klasyfikacji moralnej. Terapeutka Anna od razu zostaje przez odbiorców zaszufladkowana.

Z każdą kolejną minutą Maja Ostaszewska odkrywa coraz więcej. Dokłada do postaci Anny drugi, a potem i trzeci wymiar. Uplastycznia ją w jej inności i ukazuje szerszą perspektywę jej życia – przede wszystkim emocjonalnego. Wymowna bowiem jest scena, kiedy terapeutka podgląda całującą się namiętnie parę, spożywa kolację wpatrując się w kuchenną ścianę, aż w końcu zanosi własnej matce zdjęcie zmarłego synka sąsiadki, uzurpując, że to jej dziecko (w rzeczywistości, o czym dowiadujemy się później, jej syn zmarł w wieku 8 miesięcy kilka lat wcześniej). Obrazy te całkowicie zmieniają kryterium oceny postaci – egzaltowane zachowania Anny przestają dla widza być tak zabawne jak wcześniej, a sposób mówienia czy poruszania się bohaterki nie jest już tak drażniący. Autentyczność i wiarygodność Anny w jej dziwnym i nieprzystającym zachowaniu jest na tak wysokim poziomie, że odbiorca, śledząc rozwój fabuły, dokonuje zmiany kryterium moralnego – rozszerza je. Ostatecznie przedstawiony sąd moralny okazuje się być umiejscowiony na zupełnie innym biegunie, niż przypuszczaliśmy na początku.

Anna to zdecydowanie jedna z najciekawszych ról Ostaszewskiej. Jej inność i dziwność prowokuje wręcz do głębszej analizy postaci. To oczywiście temat na zupełnie inny artykuł.

Wracając do Ostaszewskiej i granych przez nią postaci – najwięcej ciekawych konstruktów możemy odnaleźć w produkcjach Teatru Telewizji. Tutaj przytoczyć można chociażby takie realizacje, jak: “(A)pollonia” w reż. Krzysztofa Warlikowskiego czy “Chciałam Ci tylko powiedzieć” w reż. Małgorzaty Imielskiej.

W szczególny sposób w pamięci mam rolę Mai w debiucie teatralnym Imielskiej. Wraz z Anną Dymną stworzyły przerażająco dogłębny dialog. W tym dziele mamy do czynienia z jeszcze innym zabiegiem – przemyślana gra aktorska doprowadziła do niemal całkowitego zawieszenia sądu moralnego. Także kryterium moralne pozostaje najdłużej jak się da skryte za woalem niedopowiedzenia. Grana przez Maję córka-schizofreniczna stopniowo odkrywa dramat swojej choroby, która stała się jej przekleństwem. Brak bezpośredniej konfrontacji z rozmówcą (matka – Anna Dymna – wsłuchuje się w spowiedź córki dzięki nagraniom wideo) potęguje odczucie wiszącego w powietrzu osamotnienia. Obie bohaterki współodczuwają strach, lęk przed niepewną przyszłością, którą w każdej chwili może zmienić silny nawrót choroby. Czują też, jak słabnie w nich siła nadziei na pełne funkcjonowanie w społeczeństwie – choroba psychiczna klasyfikuje córkę jako “inną” wobec “reszty”.

Wszystkie te emocje udaje się Ostaszewskiej zawiesić gdzieś “pomiędzy” – w przestrzeni łączącej graną przez siebie córką z jej matką (Anna Dymna) oraz z widzami. W kunszcie bycia “po-między” pomaga Mai utrzymać się jej emocjonalna wstrzemięźliwość. Stopniowa, w pełni kontrolowana wiwisekcja utrzymuje odbiorcę w ciągłym, długotrwałym napięciu. Ostaszewska jest w stanie taką grą zmęczyć widza – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zanurza go w środowisko wszechobecnego niepokoju i zatrzymuje w nim. Dlatego właśnie odbiorca nie jest w stanie postawić sądu moralnego ani też zdiagnozować kontekstu moralnego. Zbyt mocno współodczuwa emocje, a w procesie definiowania sądów konieczna jest równowaga między rozumem a uczuciami.

Rola córki-schizofreniczki jest więc kolejną z ról, w których filozoficzne sądy moralne są formułowane w zupełnie inny sposób, a metoda ta uzależniona jest od gry aktorskiej Ostaszewskiej. W przypadku ostatniego z przytoczonych przykładu, sądy definiowane są “po” odbiorze – kiedy po zakończonym spektaklu widz ma okazję odsunąć od siebie rozbudzone emocje i może nabrać większego dystansu.

Można więc się wściekać na Ostaszewską, zarzucać jej zbytnią aktywność w sferze społecznej, można też zachwycać się jej urodą. To wszystko nie zmieni jednego – że Maja Ostaszewska tworzy aktorstwo, a nawet stwarza je od podstaw dla niektórych swoich postaci. Nie można ignorować też faktu, że jest Artystką uciekającą klasyfikacji i zaszufladkowaniu. Uczy więc swoim dorobkiem artystycznym elastyczności, tolerancji i otwartości na różnorodność ról – bo obok trudnej psychologii terapeutki Anny możemy lada moment otrzymać uroczą i kokieteryjną Olkę z”Pitbulla“. To wszystko wpisuje się w nowoczesny model aktorstwa, które łączy komercyjne produkcje z klasycznymi wartościami i przekonaniem, że każda postać czemuś służy i ma coś do zakomunikowania.

 

 

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *