Marta Bijan – Melancholia – Recenzja

Dawno już wyrosłam w muzyki rodem z nurtu werterowskiego. Wręcz unikam takich utworów, wyznając filozofię, iż współczesnych Werterów nie potrzebujemy. Nadal pozostajemy narodem WinkelriedówWallenrodów. Z ogromnym sceptycyzmem chwyciłam więc po album Marty Bijan – “Melancholia”.

W zasadzie nie wiem czego się spodziewałam po “Melancholii“. Pewna byłam jednego – że znajdę tam smutek. Na pewno jednak nie zamierzałam poddawać się fali egzystencjalnego samookaleczania i pielęgnowania małych potworków niedosytu życiowego. A “Melancholia” zwiastowała właśnie takie spotkanie. Odczuwałam więc wewnętrzną gotowość do tego, aby wysiąść z pociągu Marty Bijan w każdej chwili – drogi ucieczki miałam opanowane.

Jakież więc było moje zdziwienie, gdy zorientowałam się, iż przesłuchałam cały album, a cisza w pokoju zwiastuje koniec podróży, stację końcową. Okazuje się więc, że “Melancholia” faktycznie jest spotkaniem ze smutkiem i samotnością, jednak została w takim stopniu nasączona intymnością tegoż spotkania, iż nie sposób go przerwać.

To, co bez wątpienia mnie ujmuje, to muzyczny ascetyzm. Równowaga pomiędzy nastrojowością, którą Bijan wybrała jako temat przewodni, a instrumentarium. Większość utworów prowadzonych jest wyrazistym brzmieniem pianina. Nie trzeba temu więcej – głos Marty Bijan okazuje się wystarczający. Niekiedy w tle pojawiają się również smyczki – zawsze brzmią poważnie i patetycznie, dodają utworom nieco tajemniczości, a może nawet i grozy. Nawet w takim utworze jak “Szklany klosz“, gdy w drugiej części zdają się unieść utwór wyżej. Dodają mu kobiecości i subtelności, ale w efekcie podkreślają zamknięty w poetyckiej narracji dramatyzm.

Utwory zamknięte w albumie “Melancholia” nie mają bawić. To nie jest rozrywka. To album, którego powinno się słuchać w samotności. Daje on możliwość spotkania z samym sobą – wydobycia tego, co na co dzień skrywane głęboko gdzieś w środku. Na pewno jest to album dotykający bardzo boleśnie – szczególnie niezagojonych ran. Jednak ma też moc oczyszczającą w tym spotkaniu. Tutaj lekiem na całe zło jest ascetyzm formy, nieudziwnione kompozycje, które brzmią łagodnie i kojącą.

Melancholia” pachnie i brzmi schyłkiem lata. Marcie Bijan udało się zamknąć w niej strach przed przemijaniem i świadomość nieuniknioności czasu i zmian, które niesie. Dzięki temu płyta brzmi autentycznie – jest smutna, jest pełna tytułowej melancholii, ale jest też prawdziwa w swoim brzmieniu. Nie ma tam udziwnionego i odegranego tragizmu – jest prawdziwe przeżywanie. Nie ma też ekspozycji smutku i celebrowania go, czego się spodziewałam. Pierwszą rolę odgrywa muzyka, co szczególnie słychać np. w “Mówiłeś“, gdzie rytmika utworu zdaje się być jak oddech.

Bardzo ciekawie brzmi też utwór “Acedia” – jest jak samotna wędrówka przez gęsty las o zmroku. Utwór przesiąknięty jest tajemniczością i mrokiem. Doskonale wprowadzona linia melodyczna oraz drugi głos dodają “Acedii” nutkę grozy. Gdy pierwszy raz słuchałam tej muzycznej opowieści, przed oczami miałam jeden z najważniejszych obrazów doby romantyzmu – “Opactwo w dębowym lesie” pędzla Caspara Davida Friedricha. Utwór Bijan doskonale wkomponowuje się w tę narrację – bierze wręcz garściami z tego, co pozostawił nam romantyzm. Jest więc niemal gotycki mistycyzm i tajemniczość, jest samotność, jest dramatyzm i… melancholia.

Caspar David Friedrich, Opactwo w dębowym lesie

MelancholiaMarty Bijan to bez wątpienia krzyk młodości – wewnętrzny, romantyczny bunt. Może się nie podobać, ale nie zmienia to faktu, że doskonale odzwierciedla emocjonalność najgłębszych relacji. Zmusza też do podjęcia dialogu z sobą – nie będzie łatwą wędrówką dla osób nieprzygotowanych do takiego szczerego spotkania. Ale czasami trzeba dotknąć tego co boli. Co więcej – “Melancholia” na pewno nie jest płytą na “co dzień”. Nawet źle by było, gdyby taką się stała. Dobrze jednak, jeżeli będzie czekać na półce na jeden z długich jesiennych wieczorów, przepełnionych tęsknotą za promieniami słońca. Na takie właśnie dni będzie najlepszym lekarstwem.

Swoją drogą – już na samym końcu dodam – bardzo mi się podobał mi się pstryczek, który z nieskrywanym sarkazmem pozostawiła na płycie Marta. Dla wszystkich, którzy przygotowali na jej płytę worek wszelakich “Ale” jest utwór “Lot na Marsa” 🙂

Podsumowanie
  • 7.7/10
    Okładka/ Opakowanie - 7.7/10
  • 8/10
    Muzyka - 8/10
  • 6.5/10
    Teksty - 6.5/10
  • 9.7/10
    Wokal - 9.7/10
8/10

Ocena

Słabsze momenty płyty to na pewno te utwory, w których o uwagę walczy elektronika – zupełnie niepotrzebnie. Marta Bijan doskonale brzmi w prostym, minimalistycznym akompaniamencie lub – i ta płyta daje możliwość wyobrażenia sobie tego – w bogatej i naturalnej w brzmieniu orkiestracji.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *