Agnieszka Chylińska – Pink Punk – Recenzja

Agnieszka Chylińska przy premierze poprzedniej płyty zdała się wrócić do charakterystycznego dla siebie mocnego brzmienia, co przyniosło jej niemały sukces komercyjny. Czy “Pink Punk” powtórzy ten sukces? To zupełnie inne wydawnictwo – tak w swojej stylistyce wizualnej, jak i muzycznej. Recenzja tego krążka nie jest łatwa – podstawowe pytanie: recenzować każdy utwór z osobna, czy całe wydawnictwo?

Pytanie jak najbardziej zasadne, bo płyta jest posiekana. Zacznijmy jednak od początku, czyli od tytułu. I tutaj już mam za złe Agnieszce Chylińskiej odkrycie wszystkich kart na starcie. Zanim w ogóle włożę krążek do odtwarzacza wiem co na nim znajdę. Brak jakiegokolwiek efektu zaskoczenia, czegoś, co skłoniłoby mnie do głębszych poszukiwań. Jest “Pink Punk” więc jest quasi-punkowo i quasi-różowo. Miało chyba być i tak, i tak, a jest nijak.

Dlaczego? Bo “Pink Punk” nie trzyma się spójnej koncepcji. W zasadzie tylko nadmierna estetyka w kierunku różu spaja ten projekt. A muzycznie się on rozlatuje – serwuje odbiorcy wędrówkę między skrajnymi gatunkami: od pop-punku, przez ballady, aż po indie, które nijak mają się do całej koncepcji punkowego krążka. Do tego wszystkiego dochodzi growlowanie, które jest jak nadmiar pieprzu na Twojej ulubionej potrawie. Gryzie w gardle i masz ochotę po prostu to czymś popić.

Najbardziej komiczny – tak, komiczny! – moment na płycie, to przejście między utworem “Szok“, ochrzczonym wspomnianym wyżej growlowaniem, do nużącej ballady, która aspiruje do miana niemal romantycznej (“Schiza“). Każdy z tych utworów jest dobry – z osobna. Zestawione razem tworzą coś dziwnego. Jeżeli celem artystki miało być pomieszanie z poplątaniem, no to rzeczywiście jej się udało – stworzyła totalny mix. Jednak dla mnie to przykład kompletnie nieprzemyślanej koncepcji, która łączy w sobie – zupełnie niepotrzebnie – różne nurty. Problem w tym, że zestawione ze sobą po prostu wzajemnie sobie przeszkadzają. To jak z urządzaniem mieszkania – nie wszystko musi być minimalistyczne. I eklektyzm jest ceniony i pożądany. Jednak każdy projektant powie i potwierdzi, że bez projektu, bez zmysłu artystycznego i bez zaplanowanego porządku – wyjdzie z tego chaos. I tak właśnie dzieje się na płycie Agnieszki Chylińskiej.

Mam wrażenie, że artystka jakiś czas tworzyła, tworzyła, tworzyła… Aż w końcu uzbierał się z tego materiał na płytę. Ilościowo. Nie jakościowo. Zestawiła to wszystko i wydała pod szyldem punku – bo punk wszystko łyknie. No nie wszystko. Nawet w punku i w jego odmianach jest zachowana określona estetyka.

Kolejna rzecz – teksty. Trywialne dość. Nie ma w nich polotu – bazują na prostych rymach i powtórzeniach, które mają wprowadzać rytm i nadawać utworom tempo. To doskonała recepta na to, aby puszczać płytę w radiu – to się sprzeda. Dla mnie to jednak za mało, ja tego nie kupuję.

Na koniec dodam tylko, że nie umiem znaleźć w tym wydawnictwie nic oryginalnego. W zasadzie osobny artykuł mógłby powstać na temat inspiracji, które słychać na “Pink Punk“. Począwszy od polskich zespołów (np. Maanam), aż po Toma Waitsa, czy nawet rzewny Aerosmith, który w swej balladycznej odsłonie macha w kierunku odbiorcy różyczką.

Nie widzę więc w “Pink Punk” ani spójności tekstowej, jakiejś zwięzłej historii, ani muzycznej konsekwencji, ani też odwagi do eksperymentowania. Wygląda to tak, jakby Agnieszka Chylińska, pod wpływem licznych inspiracji, chciała pobawić się w punk. No cóż. Można i tak…

Podsumowanie
  • 8/10
    Okładka/opakowanie - 8/10
  • 4/10
    Muzyka - 4/10
  • 4/10
    Teksty - 4/10
  • 7/10
    Wokal - 7/10
5.8/10

Ocena

Każdy utwór na tym krążku jest dobry. Ale w takim sąsiedztwie, w jakim został zaprezentowany, traci na wartości. W oczy kłuje brak spójnej koncepcji – jakby płyta była “robiona” w pośpiechu. Niby estetyka ma nadrabiać i scalać wszystko. Jednak w warstwie muzycznej to się rozjeżdża.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *