“Anima Live” – recenzja albumu koncertowego

Magdalena M. Jaroń

Potrafi zachwycić zmysłowością – zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Z dystansu wydaje się nazbyt poważna, niemal posągowa i zdystansowana w swojej elegancji. Jednak ci, którzy zdecydowali się zaryzykować i zbliżyć, mieli okazję przekonać się, że w bliskim kontakcie jest jak aksamit – delikatna, subtelna, przyjemna w obcowaniu na co dzień… Bo taka naprawdę jest… Anima LiveJustyny Steczkowskiej.

Dlaczego „Animę Live” trzeba poznać osobiście? Bo Justyna Steczkowska postawiła wszystko na jedną kartę. Dużo przy tym straciła, a czy zyska? Czas pokaże.

Pomimo ogromnego przywiązania – tak do samej Justyny, jak i w szczególności jej „Animy” – muszę pozostać obiektywna.

Justynę szanuję, cenię, noszę w sercu wiele ciepłych słów dla niej. Wiele też we mnie uznania wobec tego, co robi. Mam świadomość jak ciężko pracuje, ile wysiłku wkłada w każdy kolejny krążek, w każdy następny koncert czy projekt. ALE nigdy, jako odbiorca, nie zaakceptuję tego, że jej słowa nie znajdują pokrycia w rzeczywistości. A w przypadku premiery „Anima Live” bywało różnie – czasami dziwnie. Wiedzą o tym w szczególności ci, którzy czekali. Album długo był w fazie przygotowywania – to zrozumiałe. I bardzo dobrze – jestem za tym, aby coś robić dłużej, ale by było przygotowane porządnie. Nie mam nic przeciwko czekaniu… ale podawane przez samą artystkę komunikaty dotyczące planowej premiery bardzo rozmijały się z rzeczywistością. I nie były to zdania rzucane trzy po trzy w teatralnym korytarzu, ale oficjalne wypowiedzi – deklaracje, które padały ze sceny, które wypowiadała w telewizji śniadaniowej czy radiu. Miał więc być wrzesień, październik, koniec listopada… i tak dalej…

Mam świadomość tego, że czasowy poślizg może w ogóle nie mieć nic wspólnego z przygotowaniem materiału – znam tę machinę wydawniczą. Ale jako odbiorca nie mam moralnego obowiązku poznawania i dociekania wszystkich szczegółów. Jako odbiorca ufam Artyście, a jeżeli ten coś deklaruje, to ponosi pełną odpowiedzialność za swoje słowa. A ta odpowiedzialność wiąże się też z tym, że Artysta zostanie rozliczony ze swoich deklaracji.

Zdaję sobie sprawę z tego, że chyba cały wszechświat starał się, aby „Anima Live” nie ujrzała światła dziennego. Sam fakt, że Justyna została współwydawcą albumu świadczy o tym, z jak wielką wiarą w projekt pokonywała kolejne przeszkody. Dlatego mogę wybaczyć wszelkie perturbacje związane z datą premiery.

Pozwolę sobie na małą prywatę w tym miejscu. Justyno, czasami lepiej jest powiedzieć „niedługo”, „wkrótce”, „w najbliższym czasie”, niż „jeszcze w tym miesiącu” 🙂 .

Na początku powiało nieco grozą, ale recenzja nie będzie taka zła. Choć na pewno nie będzie też laudacją, bo wymagania wobec Justyny, jako Artystki, którą uważam za jedną z najlepszych w Polsce, mam wysokie.

Animę Live” trzymam dzisiaj w ręce i naprawdę daje mi to ogrom szczęścia. Mój wstęp nie był przypadkowy, bowiem w dotyku wydawnictwo pozostaje wierne albumowi z 2014 roku – „Animie”. Aksamitna okładka rozbudza zmysł wzroku i dotyku. Przyciąga, nie daje o sobie zapomnieć. I zachęca – także swoją tajemniczością. Zdjęcie zdobiące okładkę, którego autorem jest Michał Pańszczyk, niegdyś okrywało tył digipacka „Animy”. Wtedy – zamykało jeden rozdział. Dzisiaj – na „Animie Live” – otwiera kolejny. To przepiękny i cieszący oko dialog pomiędzy albumami.

Nie oceniaj płyty po okładce…

To, czym „Anima” zawsze ujmowała, to elegancja, szyk, wdzięk – w tym zamykała się cała autentyczność, kobiecość i kokieteryjność. To płyta, która zachwyca także wizualną koncepcją – jej pełnią, dopracowaniem w każdym detalu. I „Anima Live” stara się podtrzymać ten trend – charakterystyczna czcionka również pozostaje tą dobrze znaną z poprzedniego wydawnictwa. Ale w zasadzie to tyle, jeżeli chodzi o plusy dotyczące doboru czcionki. Pierwszym zaskoczeniem okazuje się bowiem ten krój, który został wykorzystany w książeczce wzbogacającej „Animę Live”. Udające pismo odręczne wyrazy bardziej korespondują z albumem „Daj mi chwilę” niż z tytułową „Animą”. Osobiście nigdy bym się nie odważyła na taki krok, aby czcionkę lekką, frywolną, implikującą swego rodzaju beztroskę, łączyć z tak poważnymi, wymagającymi dojrzałości i skupienia tematami, które porusza „Anima” (i w tym miejscu już nawet nie chce mi się rozmieniać na drobne i wytykać błędy w zapisie – chociażby jednego z utworów stanowiących tracklistę /”Daj mi chwile” zamiast „Daj mi chwilę”; takich „baboli” jest nieco, co dla mnie, jako filologa, jest nie do przyjęcia).

Trzeba też oddać, że wewnątrz, w książeczce, znajdziemy kilka ciekawych akcentów, które naprawdę mogą przyciągnąć. W szczególności moje uznanie zdobyła strona z fragmentem „Nie jestem tym kim byłam”. Zdjęcia, których autorem jest Paweł Deska, zostały w ciekawy i wymowny sposób nałożone na siebie. I doskonale koresponduje to z przesłaniem samego utworu.

Jednak kiedy włączy się CD „Animy Live” – o wszystkim można zapomnieć. Już pierwsze dźwięki otwierają wrota zupełnie innej przestrzeni. Od początku ujmuje fenomenalna trąbka Antoniego Gralaka. Nie wiem jednak dlaczego tracklista obejmuje 10 utworów, natomiast w rzeczywistość CD składa się z 9 („Anima”/”Intro” i „Terra” zostały scalone). W prawdzie kompozycyjnie mogą tworzyć całość, ale w przypadku wydania koncertowego nie widzę problemu w ich rozdzieleniu.

Tutaj mała uwaga – na samej płycie CD znajduje się 9 utworów – wszystko rozpoczyna się od „Terry”. Jeżeli więc zamiarem twórców było wkomponowanie Intra” do „Terry”, a znajdująca się na okładce tracklista nie miała obejmować propozycji z CD – jestem skłonna wycofać się z powyższej argumentacji.

Co jednak „Animie Live” trzeba oddać, to DOSKONAŁOŚĆ w brzmieniu. Słychać każdy instrument, niemal każdą głoskę wyśpiewywaną przez Justynę, przepiękny drugi głos Krystyny Steczkowskiej, która niejednokrotnie tworzy cały krajobraz dla utworów Justyny. Słychać też Pawła Steczkowskiego, który mocnym, męskim głosem buduje atmosferę „Animy”.

I to jest wizytówka Justyny Steczkowskiej – dźwięk! W tej kategorii pozostaje królową polskiej sceny muzycznej.

Wróćmy jednak do wydawnictwa.

Po odsłuchaniu „Animy Live” przychodzi czas na to, aby przeżyć czas koncertu w Union Chapel w Londynie jeszcze raz. Wsuwam więc z pełnym podekscytowaniem DVD do odtwarzacza, czekam… I…

CO TO JEST?!

Kolejny raz czcionka (tworząca menu DVD). Tym razem w ogóle nie korespondująca z niczym. Będąca praktycznie zaprzeczeniem tego, co prezentuje „Anima”. Ma-sa-kra! Ani nie jest spójna z tym, co znalazło się w książeczce, ani tym bardziej z tym, co tworzyło charakter wydawnictwa. Totalne faux pas. Esy-floresy bez jakiegokolwiek pomysłu na spójny koncept. Dla mnie – nie do wybaczenia. Nie w tego typu produkcji.

Biorę jednak głęboki oddech – tak długo czekałam na ten koncert, że dzisiaj czcionka nie zepsuje mi tej radości. W szczególności chciałam usłyszeć „Modlitwę” – jeden z moich ulubionych utworów. Szybko szukam w MENU wyboru scen/utworów, aby rozpocząć seans. I znowu zonk – nie ma wyboru scen. Nie mogę przejść do konkretnego utworu… Szkoda, ale nie koniec świata.

W końcu zatapiam się w fotelu, zamykam w dźwiękach, które dostałam. I wszystko mija – wszystkie uwagi i spostrzeżenia dotyczące oprawy, denerwujących detali. Mija. Ginie – jakby w ogóle ich nie było. Bo obraz, który otrzymuję naprawdę zapiera dech w piersiach, muzyka, którą słyszę przenosi mnie w inny wymiar, a wykonania live – zachwycają.

W tym miejscu ogromny ukłon w stronę osób pracujących nad montażem. Zastosowali bardzo ciekawe efekty wizualne, niekiedy spowalniając obraz, ale czyniąc to z takim wyczuciem, że w żaden sposób to nie przeszkadzało w odbiorze i przeżywaniu. Do tego dołożyć należy także solidny plus dla kamerzystów – widać, że ekipa była zgrana. Na DVD na próżno szukać potknięć rodem z „Pawbeats – Orchestra”, gdzie kluczową drugoplanową rolę odgrywa kamerzysta i jego asystentka (w trakcie koncertu). Tutaj współtwórcy zadbali o estetykę obrazu – o jego czystość i nieskazitelność. I dzięki temu utrzymali nastrój Union Chapel.

Po raz kolejny wrócę też do dźwięku – zachwyca, naprawdę zachwyca! Jego czystość, wyrazistość, słyszalna polifoniczność! To naprawdę pozwala przeżyć koncert w Union Chapel jeszcze raz.

W trakcie samego koncertu – utworów tworzących trzon setlisty – Justyna zdecydowała się zrezygnować z przerywników. Nie słychać więc, prócz braw między poszczególnymi wykonaniami, żadnych opowieści, wstępów czy zapowiedzi. Pozostają tylko dźwięki – i dobrze. I dzięki temu „Anima Live” przez kilkadziesiąt minut pozwala odetchnąć od tego wszystkiego, co jest POZA.

Tego typu akcenty znajdują się dopiero w sekcji tworzącej BONUS. Tam też odnajdziemy „Grawitację” z naprawdę cieszącym oko epizodem (tutaj pozostawiam tę kwestię w niedopowiedzeniu – kto jeszcze nie wie o co chodzi, to po prostu powinien sam zobaczyć!), emocjonalne wprowadzenie do „Sanktuarium” czy pełne ciepła zaproszenie do „Daj mi chwilę”. W ten sposób Justyna Steczkowska wprowadziła fragment swojego świata do mojego domu, oddała ten skrawek na własność. I chyba też taki był cel „Animy” – aby móc do niej wrócić zawsze wtedy, kiedy pojawi się taka potrzeba.

Warto też docenić pracę tych, którzy zadbali o różnorodność, ale i spójność ujęć. Aby były ciekawe, niejednostajne, ale jednocześnie niechaotyczne i płynnie przeprowadzały nas przez kolejne opowieści snute głosem Justyny. Kiedy fabuła utworu tego wymaga – możemy oddać się dłuższej obserwacji twarzy Artystki, gdzie zamknięta niekiedy jest cała emocjonalność kompozycji. Kiedy jednak chcemy odpocząć, wziąć głęboki oddech, kamera przeprowadza nas po różnych obrazach – daje poczucie wolności chociażby ciesząc widokiem przepięknego wnętrza Union Chapel. Mądrze, z pomysłem, estetycznie wykonana praca! Brawa dla ekipy kręcącej i montującej materiał!

Reasumując – w przypadku „Animy Live” widoczna, a dokładniej SŁYSZALNA niewyobrażalna jakość dźwięku. To naprawdę robi wrażenie i stanowi bardzo wysoko postawioną poprzeczkę. I pewnie dlatego, na tle tej jakości, wyłaniają się rozmaite mankamenty, które dotyczą kwestii estetycznych. Nie boję się użyć tutaj słowa „perfekcyjna” – bo dźwiękowo „Anima Live” broni się sama przed każdą próbą ataku. I to jest też to, co mnie zawsze ujmuje w Justynie – jej dbałość o dźwięk. Dlatego resztę można wybaczyć.

Podsumowanie

  1. Opakowanie

+ okładka korespondująca z „Animą”

+ papier, papier i jeszcze raz papier – delikatny, aksamitny w dotyku!

+ elegancka czcionka wykorzystana do przedstawienai tracklisty

+ dostajemy CD i DVD w pięknej oprawie graficznej

+ książeczka znajdująca się w środku również oprawiona jest papierem o wyjątkowej jakości

czcionka, którą znajdziemy wewnątrz książeczki

paginacja stron książeczki (20 stron, gdzie paginacja ostatniej jest wykonana niekonsekwentnie – umieszczona po drugiej stronie)

– nie została zachowana kolejność utworów w bonusach (okładkowa tracklista przedstawia inną kolejność, niż w rzeczywistości)

  1. Menu

+ intuicyjne

czcionka (koszmar!!!)

brak możliwości wyboru scen – tak przy koncercie, tak przy teledyskach, backstage, jak i bonusowych trackach;

  1. Setlista

+ bogata, skupiona przede wszystkim na „Animie

+ rozbudowana o bonusy, które jednak tematycznie komponują się z „Animą

+ dodatki (teledyski, backstage)

TRACKLISTA CD:

Terra (złączona z Intro)

Szachmistrz

To co jest ci dane

Nie jestem tym kim byłam

Leć

Wybaczcie mnie złej

Kochankowie syreny

Modlitwa

Wracam do domu

***

SETLISTA DVD:

Intro

Terra

Szachmistrz

To co jest ci dane

Nie jestem tym kim byłam

Leć

Wybaczcie mnie złej

Kochankowie syreny

Modlitwa

Wracam do domu

BONUSY: Grawitacja, Daj mi chwilę, Stu policjantów, Sanktuarium

  1. Obraz + dźwięk

+ przepiękny montaż

+ mądrze prowadzona kamera (nie ma wpadek, gdzie widać ekipę techniczną)

+ doskonała, naprawdę doskonała jakość dźwięku

+ fenomenalna gra świateł

+ urozmaicenie obrazu (różne ujęcia, wyważone efekty wizualne)

 

 

 

 

PODSUMOWANIE
  • 6/10
    Okładka/opakowanie - 6,5/10
  • 9/10
    Muzyka - 9,5/10
  • 10/10
    Wokal - 10/10
  • 9/10
    Teksty - 9/10
  • 5/10
    Obraz - 5,5/10
8.1/10

Ocena

Ocenę na pewno zaniża książeczka – szkoda, że nie znalazły się w niej wszystkie teksty utworów. Sporo do życzenia ma także estetyka zdjęć, które gryzą się z czcionką. Druga kwestia – samo wideo, menu i towarzysząca mu czcionka.
Muzycznie wydawnictwo jest bardzo, bardzo dobre!

Sending
User Review
5 (1 vote)

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *