B3 – Beata Kozidrak w nowej odsłonie

Wsłuchując się w nowe dźwięki zaproponowane przez Beatę Kozidrak, zdecydowałam się na coś, czego przeważnie nie robię przed napisaniem recenzji. Lektura pierwszych ocen dotyczących albumu “B3” wywołała u mnie na zmianę: albo zgrzytanie zębów, albo pusty śmiech. I przypomniałam sobie dlaczego tak rzadko zaglądam do niektórych recenzji…

Gdyby każdy polski artysta nagrywał taki album pod wpływem rozwodu, to życzyłbym sobie zdecydowanie więcej rozwodów w polskim przemyśle muzycznym” – naprawdę? Tak chcemy podsumowywać premiery płytowe? Oceniać je z perspektywy prywatnego życia artystów o którym wiemy tyle, ile doniosą nam brukowce? Aż nie wiem jak skomentować takie podsumowanie recenzji…

Szukając dalej, trafiam na kolejną ocenę, a tam kilka pełnych w zdania akapitów: “Wystarczy sprawdzić internet, by dowiedzieć się, co działo się w jej życiu w minionych miesiącach“. I zaraz po tym tłumaczenie autora: “Tymczasem na Zachodzie wszyscy uwielbiają tego typu historie, szczególnie break-up albums, które powstają jako rozliczenie danego wykonawcy z właśnie zakończonym związkiem. I nagrywa się ich mnóstwo: ostatnio były to choćby płyty Björk i Radiohead, czy nawet w pewnym sensie Beyoncé“. Pewnie. Bo skoro ZACHÓD, to wiadomo, że najlepsze i trendy. Bo zawsze gonimy za ZACHODEM…

Beata wydaje płytę po 10 latach (mam tutaj na myśli płytę solową), a szanujące się portale recenzyjne krążą między walorami artystycznymi a życiem prywatnym artystki. Czy to naprawdę jest istotne i zmienia coś w wydźwięku albumu? Czy naprawdę tak chcemy oceniać MUZYKĘ? Zamykając się w tak wąskim obszarze wniosków odbieramy “B3” prawo do uniwersalizmu, prawo do bycia sztuką, którą można dowartościować własnymi doświadczeniami, bądź skrytykować za brak przestrzeni do ulokowania własnych emocji. Bez względu na to, jakie doświadczenia i emocje drzemały w twórcach, gdy materiał na płytę powstał. “B3” wszyscy przewrotnie traktują w kontekście “bee free” – bycia wolnym. I znowu lokują semantykę w obszarze plotkarskich doniesień. A może tak “B3” to zachęta do tego, aby być wolnym od własnych schematów, od łatwości popadania w uproszczenia interpretacyjne?

Nie trzymam jeszcze albumu w dłoniach, więc nowy projekt graficzny mogę ocenić jedynie z perspektywy materiałów prasowych. I muszę przyznać, że już w pierwszej chwili był dla mnie szokiem. Beatę kojarzę jako drapieżną, zdecydowaną kobietę, która walczy o swoje – tę, która charyzmatycznie krzyczy “Józek! Nie daruję ci tej nocy!“, i tę, która dramatyzm całej egzystencji potrafi zamknąć w jednym wersie i jednej sylabie (np. w “Dziesięciu Przykazaniach“). Toteż ogromne oczy zrobiłam widząc różowo-delikatnoniebieski anturaż – stylizację, której twórcą jest Michał Pańszczyk. Tym większe było zaskoczenie, iż z artystycznymi poczynaniami Michała spotykałam się już niejednokrotnie. Niemal zawsze przesycone były symbolizmem, mistycyzmem, grą znaczeń, mroczną tajemnicą, którą odczytać potrafił tylko on. A tutaj? Róż? Błękit? No szok! 🙂

fa923911a65c8dee6d75374c502cfdbb                                   Fot. Michał Pańszczyk

I wtedy sama siebie przywołałam do porządku, bo zdałam sobie sprawę z tego, że nie mam najmniejszego prawa zatrzymywać artysty (artystów!) w utartych przez lata schematach, do których się przyzwyczaiłam i w których ja (nie oni!) czuję się bezpiecznie. Beata Kozidrak, tak naprawdę, dla wielu pokoleń niejednokrotnie pełniła (i zapewne pełni) rolę przewodnika – spełnia swoje artystyczne powołanie. Jej muzyczne wypowiedzi bywały mocne, jednoznaczne, czasami aż brutalne. A teraz? Zapowiedź łagodności? Słodyczy? A może jakiejś wewnętrznej harmonii? A może jest zupełnie inaczej – może to ja, jako odbiorca muszę się uwolnić (B3!) od moich przyzwyczajeń, bo tylko wtedy będę naprawdę wolna? Bo pierwszym krokiem ku wolności jest świadomość niewoli… 🙂

I tak, jak dzisiaj sobie patrzę na okładkę albumu, to widzę przede wszystkim artystyczną duszę pomiędzy dwoma wymiarami – tym mrocznym, mistycznym, tajemniczym, oplecionym bluszczem, a tym niebiańskim, otwartym w swojej spatialności. Cóż – pozostaje życzyć każdemu z nas przejścia tej drogi, z jednego wymiaru do drugiego, przy odsłuchu B3. 🙂

A teraz słów kilka o samej muzyce…

Album otwiera “Bingo” – utwór, do którego powstał rewelacyjny teledysk (reż. Michał Pańszczyk) i który, nie wiedzieć czemu, spotkał się z krytyką. Bo niepasujący do płyty, bo inny, bo ponoć nie wiadomo o czym Beata śpiewa… No jak ktoś nie wie, to musi nad warsztatem interpretacyjnym popracować, bo przekaz jest banalnie prosty.  🙂 I bez teledysku jest zrozumiały w pełni. To wspaniała, uniwersalna spowiedź, w której nie liczą się konkretne zdarzenia – pozostają one jedynie ramą dla indywidualnych przeżyć odbiorcy. Bo co czuje młoda dziewczyna, lat 20-pare, gdy słyszy melancholijne, powtarzane jak mantrę: “O mama, nie chcę tak jak ty, być sama…“. A o czym może myśleć dojrzały mężczyzna, gdy słyszy: “Takiej mnie, nie chcesz znać…“? 🙂 Na tym właśnie polega magia sztuki. B3! 🙂

Drugi utwór to również dobrze znana kompozycja, która doczekała się wideoklipu (także przygotowanego przez Michała Pańszczyka). Tutaj po raz kolejny moje zdziwienie. Bo o ile “Bingo” jeszcze niosło ze sobą nutkę tajemniczości i typowej dla Beaty, pięknej i uwodzicielskiej melancholii, tak “Upiłam się tobą” to jakieś totalne szaleństwo 🙂 Oderwanie od wszystkiego, co dotychczas tworzyło nazwisko Kozidrak. I bardzo dobrze! 🙂 “Kto wie – niech się życiem zabawia jak chce“. Niech więc to będzie wystarczającą wypowiedzią na temat tego utworu. B3!

Utwór trzeci to “Nie kochaj mnie“. I tutaj zdecydowanym plusem, duszą utworu jest falowanie dźwięku, które jak subtelna, lekko wyczuwalna parabola, po prostu trwa… Dopiero refren wyrywa odbiorcę z łagodności brzmienia. Jest w tych dźwiękach coś hipnotyzującego – do tego stopnia, że można na chwilę przestać słuchać samej Beaty 🙂 Minusem, jak dla mnie, jest w zasadzie jednostajna linia melodyczna. Beatę stać na więcej. Tutaj postawiła na łagodność. I w zasadzie, gdyby nie muzyczne zróżnicowanie, utwór mógłby zginąć. Szkoda. Ale mimo wszystko lubię tę propozycję. Wygrywa tutaj muzyka. Zamykam oczy i wsłuchuje się w paraboliczność brzmienia. Czuję artystyczną wolność. 🙂 B3!

Czwarta propozycja to “Niebiesko-zielone“. Mały ukłon w stronę miłośników synth-popu. Gratulacje dla Beaty za to, że jednak nie dała się w pełni ponieść muzycznym trendom sprzedażowym i umiarkowanie sięgnęła po elektronikę. Chociaż muszę przyznać, że niemałym szokiem było dla mnie usłyszeć ją w otoczeniu takich dźwięków. B3!

Piątą niespodzianką okazał się utwór “Obok nas“. Pianino stało się zapowiedzią solidnej dawki melancholii. Ciężkiej refleksyjności – niemal klaustrofobicznej. Ale – okazuje się, że Beata nie zostawia odbiorców w tym nastroju. Stopniowo wprowadza do utworu smyczki. Dodają one lekkości, podnoszą zmysłowość brzmienia, kokieteryjność wypowiedzi. Dodają optymizmu – są jak iskierka nadziei. I rzeczywiście – utwór rozwija się. Jest dzięki temu nieprzewidywalny. A już z pewnością zaskoczeniem jest wejście partii chórkowych, które pozwalają całkowicie zapomnieć o drzemiącej w pierwszych dźwiękach melancholii. B3!

Słońce na dłoni” to szósty utwór. I nie mogę go rozgryźć. Niby zróżnicowany muzycznie – bo gdzieś tam przebijają się bardzo ciekawie wplecione smyczki, gdzie indziej znajdziemy zmienną dominację instrumentów… A jednak czegoś mi tutaj brakuje. W zasadzie trudno mi się wypowiedzieć, bo “Słońce na dłoni” to nie lada orzech do zgryzienia 🙂 Zostawię go sobie na później. 🙂

Blizny” – jak przeczytałam tytuł od razu wróciłam pamięcią do utworu Renaty Przemyk. W zasadzie nie wyobrażam sobie, aby utwór o takim tytule miał być pozytywny, nasączony radością, płonący nadzieją. Raczej staje się zapowiedzią pielęgnacji i celebracji bólu (czego osobiście nie lubię w sztuce). Tutaj Beata jednak niebezpiecznie balansuje pomiędzy tą celebracją, a pełnią wolności od poczucia smutku. Z jednej strony zdaje się pamiętać, z drugiej – na tej pamięci uzyskiwać wolność, wspartą wewnętrzną siłą. I ciekawie odzwierciedla to warstwa muzyczna, która na pod koniec uwodzi wyrazistymi, gitarowymi riffami. Poza tym wokalnie Beata powraca tutaj do swoich mocnych, niemal rockowych uderzeń, które chyba wszyscy kochamy! “Ludzie, którzy znają mnie wiedzą, że nie poddam się“. B3!

Ósmą propozycją są “Ruchome wydmy“. Tutaj, w trakcie odsłuchu, pojawił się niemały uśmiech na mojej twarzy. Dla mnie ten utwór to perełka i prawdziwa, nowa Beata. Gdyby tak ktoś puścił w radiu sam refren, to rzesza odbiorców nie poznałaby wokalistki. A bawi się ona głosem, żongluje nim z ogromną precyzją. Sam utwór ma doskonały rytm (co doskonale wskazała moja przytupująca noga 🙂 ). Jest tutaj delikatność i powrót do pięknych, strunowych brzmień gitarowych – bez elektrycznych udziwnień. B3!

Były już wydmy, więc teraz pora na “Zamek z piasku“. Zazwyczaj zamki buduje się albo na piasku, albo na skale. No chyba, że ktoś nie buduje, ale bawi się na plaży 🙂 Stwierdzenie banalne, ale niezwykle ważne, bo rzeczywiście utwór traktuje o wspólnym budowaniu. “Zamek z piasku” okazuje się jeszcze mniej trwały niż budowle wznoszone na piasku. A jednak – przez wiele lat był przecież ostoją, oazą szczęścia, wspaniałym i okazałym dziełem. Czegoś jednak zabrakło – i właśnie z tym wszystkim Beata podejmuje rozrachunek. Dzisiaj zdaje się być wolna od jakiegokolwiek żalu o to, że się nie udało. Dzisiaj B3!

Drugie dno” to kolejny utwór, z którym mam problem. Bo lubię dzieła silne – nawet jeżeli zbudowane są na smutku (czasami tak trzeba). Dramatyzm niejednokrotnie stawał i będzie stawać się inicjatorem wielkich czynów, ważnych decyzji. Spodziewałam się po tym utworze zmian, jakiegoś uniesienia. I w zasadzie tego zabrakło. Bo gdyby nie wprowadzenie dynamicznych i wyrazistych partii smyczkowych, to w zasadzie utwór chyba zginąłby w swojej linearności. No i jest tutaj to “coś”, za czym osobiście nie przepadam – zamknięcie się na analizie bólu, która jest niemal wiwisekcją na żywym organizmie.

Na szczęście potem przychodzi “Letni Wiatr” i rozwiewa wszystkie smutki. W przenośni i dosłownie. Kolejne mocne uderzenie, które może pretendować do miana hitu! Po pierwsze – po łagodnym szumie morza słyszymy delikatny głos Beaty. Ale zmienia się on, wskakuje na nowe rejestry, ujmuje różnorodnością – nie pozwala się nudzić. Każe za sobą biec, ale pozostaje tak nieuchwytny, jak tytułowy “Letni Wiatr“. I do tego jeszcze wspaniałe połączenie elektroniki (znowu ogromy szacunek za umiejętność zachowania umiaru!) z brzmieniem instrumentów perkusyjnych, klawiszowych i strunowych. B3!

Reasumując, czyli krótko, zwięźle i na temat: na 11 utworów daję 9 razy B3! 🙂

Przeczytaj również...

1 komentarz

  1. Choćby nie wiem jak Beata się starała, to nigdy nie pozbędzie się melancholii w głosie – przez to każdy, nawet pozornie, najweselszy jej utwór jest podszyty smutkiem i nostalgią – i chyba za to ją kochamy, mimo częstej Częstochowy w tekstach:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *