BINGO – mocne uderzenie Beaty Kozidrak

Napisać dobry tekst do kompozycji, która “wpada w ucho”, to nie lada wyzwanie. A jeszcze większym jest zamknięcie w słowach i dźwiękach własnego doświadczenia i przestrogi. Dlatego dużym zaskoczeniem może okazać się nowy singiel Beaty Kozidrak – “Bingo“.

Dzisiaj jednak bardzo często zapominamy o znaczeniu obrazu w muzyce. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, kiedy czas rozkwitu przeżywały telewizyjne stacje muzyczne, teledyski zdawały się być niemal wtopione w branżę muzyczną. Wówczas były jednak czymś zupełnie innym – były obrazem skupionym na artyście, samej czynności śpiewania, niekiedy wzbogaconej drobnymi elementami choreograficznymi. Dzisiaj, kiedy dysponujemy już o wiele lepszą technologią, urzeczywistniane są zupełnie nowe projekty – nowe w tym znaczeniu, że tworzą one dopowiedzenie, swoistą artystyczną interpretację dzieła muzycznego. Oczywiście – nie wszystkie. Warto jednak cały czas szukać w przestrzeni artystycznej tych, u podstaw których leży pewien koncept, dobrze przemyślana fabuła i chęć przekazania pewnych uniwersalnych prawd, które nie zmieniają się z biegiem lat. Dzięki temu dzieła takie mają szansę pozostać aktualnymi – bez względu na zmieniające się w muzyce trendy.

Fakt – muzyka jest sztuką autonomiczną. Doskonale poradzi sobie bez obrazu. Jest całkowicie samowystarczalna. Jednak nie można bagatelizować roli sztuk wizualnych, które mają okazję być dopowiedzeniem lub wskazówką interpretacyjną. To, czego nie jest w stanie pomieścić słowo i to, czego nie może zaprezentować dźwięk – może zostać wskazane obrazem. Teledyski wnoszą przecież do muzyki nie tylko kolory, grę świateł. Stanowią zupełnie nową narrację, obdarzają dzieła muzyczne ruchem i dynamiką, która urzeczywistnia się na zupełnie innej płaszczyźnie niż dźwięki. Po raz kolejny musiałam sobie o tym przypomnieć, kiedy swoją premierę miał teledysk do utworu “BingoBeaty Kozidrak.

Najbardziej intrygujący jest dla mnie scenariusz – przygotowany przez Beatę KozidrakMichała Pańszczyka. To dzięki niemu obraz teledysku przesycony jest nie tylko starannie dobraną kolorystyką, ale również niuansami, które niejednokrotnie widoczne są dopiero po kilkukrotnym obejrzeniu tej krótkiej historii. Bo “Bingo” jest historią – ma swoją narrację, ma nawet ukonstytuowaną postać narratora. Tutaj nie ma anonimowości – jest bezpośrednie spotkanie z refleksją Artystki, która ma coś do powiedzenia.

HISTORIA JEDNEJ SAMOTNOŚCI

Lubię teledyski, których nie otwiera dźwięk. Te, które mają własne wprowadzenie, chwilę napięcia przygotowującą widza na seans. Niejednokrotnie to właśnie w tych ułamkach sekund bardzo często zostaje ukryty klucz do interpretacji – nawet jeżeli nie do całościowego odczytania dzieła, to przynajmniej do jego części. Tak też jest w przypadku “Bingo“.

Elementy na które warto zwrócić uwagę w pierwszych sekundach? To przede wszystkim te, które tworzą sposób przedstawienia głównej bohaterki. Pańszczyk unika jednoznaczności – i słusznie, bo tym samym udaje mu się stworzyć “szablon”, który widz może wypełnić własnymi, indywidualnymi doświadczeniami. Już przy pierwszym spotkaniu z teledyskiem Kozidrak, moją uwagę przykuły następujące zabiegi artystyczne:

– historia rozpoczyna się od otwarcia drzwi i niemal symbolicznego przejścia przez próg;

– mamy do czynienia tylko z jedną bohaterką;

– przestrzeń dookoła bohaterki jest nieokreślona – zdaje się być zamknięta, ale i pozbawiona osobowości (brakuje rzeczy osobistych, które zazwyczaj towarzyszą nam w codziennym życiu);

– nie jest nam dane w pierwszych chwilach rozpoznanie twarzy bohaterki.

Uderzającym pierwiastkiem jest SAMOTNOŚĆ. Chociaż jest pojęciem abstrakcyjnym, to jednak wykorzystuje dźwięk i obraz do tego, aby się urzeczywistnić. Po pierwsze – tworzy ją przedzierające ciszę skrzypnięcie drzwi oraz odgłosy kroków. Po drugie – obraz samotnej sylwetki w przestronnym pokoju.

Bardzo dobrą sceną jest ta, w której widz spotyka się z bohaterką – Beatą Kozidrak. Chociaż zazwyczaj unikam jak ognia utożsamiania narratorów, czy też bohaterów z samymi twórcami, to w tym przypadku ośmielę się dokonać takiego ujednolicenia. Historia z “Bingo” to zdecydowanie opowieść dojrzałej artystycznie kobiety. Dlatego też pozwolę sobie na takie uproszczenie, nawet gdyby miałoby być zabiegiem pars pro toto. Wróćmy jednak do omawianej sceny. Od kilku lat zajmuję się filozofią twarzy, o której z różnych perspektyw piszą myśliciele – szczególnie zaś fenomenolodzy i hermeneuci. Wystarczy w tym miejscy wymienić kilka przykładowych nazwisk, jak chociażby Tischner czy Levinas, aby zrozumieć, że obraz przygotowany przez Pańszczyka nie jest przypadkowy.  Twarz Kozidrak nie jest dana wprost – odbiorca otrzymuje jedynie iluzję jej poznania. Tak naprawdę skrywa się ona za woalem. Również sam obraz ukazany został jakby za szkłem – poprzecinany i nierówny, zmienny pod wpływem zmiany kąta patrzenia. Czy potrzeba czegoś więcej aby dać odbiorcy do zrozumienia, że poznanie, do którego tak dąży, jest niemożliwe? Kozidrak nie boi się w tym przypadku dość ostrej komunikacji – staje en face widza, spogląda mu bezpośrednio w oczy i ma pewność, że i tak nie pozwoli mu na całkowite poznanie. Bije od niej niewyobrażalna pewność siebie. I doświadczenie. Lubię tę scenę – jej niejednoznaczność, niewyrazistość, pozorną chaotyczność. To właśnie te komponenty dodają całości ostro-pikantnego smaku. Beata, Michał… BINGO! 🙂

Drugą sceną, którą bardzo lubię i do której twórcy powracają bardzo często, jest ta, która ma miejsce w korytarzu. Korytarz to zawsze droga, a droga – to podróż, podróż zaś zawsze jest przyczynkiem do zdobywania doświadczeń oraz opowiadania o nich. Ale korytarz to również konieczność stawiania kolejnych kroków, podejmowania decyzji: zatrzymać się, czy nie? otworzyć drzwi po prawej, czy nie? Korytarz ma też w sobie coś klaustrofobicznego – w pewnym sensie jest więzieniem. Biorąc pod uwagę fakt, iż jest on pomieszczeniem z którego korzystamy tymczasowo – aby przejść od jednego pokoju do drugiego, nie trudno dostrzec emocjonalną i etyczną wagę wartości, które twórcy związali z kwestią “wyboru w drodze – wyboru będącego koniecznością, a tym samym więzieniem”. I rzeczywiście – pokrywa się to z warstwą tekstową utworu. Kiedy Beata Kozidrak śpiewa “O, mama… Nie chcę tak jak ty być sama” spoglądamy na kobietę siedzącą samotnie w fotelu, w jednym z zamkniętych pokoi. Ten pokój to jeden z możliwych wyborów – jedne z drzwi, które Beata może otworzyć lub też pozostawić zamknięte. I tutaj pojawia się kolejny obraz czy też urzeczywistnienie więzienia – są nim wzorce, które otrzymujemy, przy których wzrastamy i tym samym – które wrastają w nas samych: razem z lękiem, obawami przed ich powieleniem.

Trzecia scena, której warto się przyjrzeć, to zdecydowanie mój ulubiony obraz. Beata, uciekając przed natarczywością fotografów, obiera przeciwny kierunek – cofa się. To nie jest bez znaczenia, bowiem scena ta bardzo wyraźnie pokazuje, jak szybko opowieść przesuwa się od presupozycji do retrospekcji. Co więc możemy w niej znaleźć? Za jednymi z drzwi mamy pozornie banalny obraz: czteroosobowa rodzina siedząca przy stole. Wspólny posiłek. Jednak to wszystko, co tworzy “menu” zmusza do chwili refleksji nad bezosobowym konsumpcjonizmem oraz konsekwencjami decyzji dotyczących priorytetów – tak w naszym życiu, jak i tych, z którymi żyjemy na co dzień.

Danie główne – ruletka. Pierwsze danie – precjoza, biżuteria, złoto, srebro, perły… A wspólny posiłek rozpoczyna się od jednego, prostego gestu – rozpoczęciem gry w ruletkę. Przypomina ono koło fortuny – złośliwość losu, która niejako poza nami pisze całą historię. A nam – pozostaje jedynie jej skonsumowanie.

Jest jednak w tym obrazie, w którym bardzo mocno czuć symboliczną intensywność, coś przerażającego. To pozór sielanki, który zdecydował się wykorzystać Michał Pańszczyk. Ten sam, który często tworzymy w życiu – świadomie bądź nie. Obraz pokoju i zgody, poprzez drobne, nieprzystające do obrazu elementy, przełamany zostaje atmosferą napięcia i niepokoju. Podkreśla to również bujająca się nad stołem lampa (która – nota bene – jest kolejnym elementem zaczerpniętym z aranżacji kasyna), zaciśnięte pięści, spojrzenia bohaterów tej sceny – pełne podejrzliwości. Istotna jest także mimika – wskazuje nieustanne panowanie nad sobą, kontrolowanie każdego gestu, a co za tym idzie – powierzchowność relacji. Jedyną ekspresją, towarzyszącą tej scenie, jest złość. I jak nie docenić wagi tej historii i przygotowanego przez Beatę i Michała scenariusza, kiedy zaraz po tej scenie słyszymy: “Uciekam stąd… powroty trudne są…”.

Kolejna scena, która zatrzymała mnie na dłużej, to oczywiście ta, która dzieje się za następnymi, otwartymi przez Beatę drzwiami. Dziewczynka, lat kilka, ubrana w strój baletnicy, z twarzą zbyt poważną i smutną jak na swój dziecięcy, beztroski wiek, zatopiona jest w pokoju, w którym niewiele miejsca pozostało na sztukę i talent. Dookoła niej zbyt wiele jest przedmiotów tak bardzo przypominających o trudnej dorosłości – zbite butelki, migające lampki, rozlany alkohol…  Zastanawiające jest fioletowe światło – tworzy ono narrację tego obrazu. Z jednej strony – jest piętnem sztuki i marzeń, odciśniętym na rękach dziewczynki – tworzy zdobniczy wzór, który zachwyca symetrią i harmonią. Z drugiej – jest piętnem tego, co brutalnie znalazło się w dziecięcym świecie, a zdecydowanie nie powinno – przypomina o brutalności, która jest w stanie zniszczyć sny o przyszłości. I nie ma co ukrywać, że wzruszająca jest w tym wszystkim ta dziecięca wiara, która POMIMO WSZYSTKO, staje się siłą woli. “Śnij, śnij… Nie budź się. Płyń, płyń… z nurtem rzek” – trudno ocenić czy te słowa są dopowiedzeniem obrazu, czy obraz stanowi ich uzupełnienie. Ostatecznie jednak Beata przypomina o tym, jak wielką siłą są marzenia i wiara w ich realizację – to one pozwalają tworzyć zupełnie odrębny świat, będący bastionem bezpieczeństwa w nawet najstraszniejszej rzeczywistości.

Jest jeszcze jeden motyw związany z kolorem fioletowym, który nie daje mi spokoju. To bowiem ten kolor łączy trzy, ważne elementy. Po pierwsze – jest to światło oraz znamiona na ciele dziewczynki (baletnicy). Po drugie – to kolor ruletki, tej, która przypomina o grze, losie, niemożności całkowitego kontrolowania swojego życia. Po trzecie – to również kolor dywanu, który znajduje się w korytarzu. Po czwarte – nie brakuje go również w barze “Casablanca”, w którym odnajdziemy samą Artystkę – samotną wśród ludzi. Fiolet łączy więc wszystkie te światy, w które zaprowadza nas, poprzez przygotowane obrazy, Michał Pańszczyk. Nie sposób więc nie docenić spójności narracyjnej, umiejętności wykorzystania elementów, które dodają całej historii niewyobrażalnej płynności. Bez wątpienia, ułatwiają również jej zrozumienie.

Brakuje, oj brakuje nam takich teledysków jak “Bingo“. Za dużo proponowanych jest nam “dzieł” bezpłciowych, skupionych jedynie na pokazaniu sylwetki wykonawcy – jego prawego profilu, lewego, spaceru przez miasto, łąki… Za dużo w tym bezcelowości. A nie o to przecież chodzi, aby obejrzeć i zapomnieć. Teledyski mogą przecież być zupełnie nową historią – propozycją interpretacyjną, wskazówką, wyjaśnieniem, a nawet przysłowiowym “kijem w mrowisko”. Niech tylko BĘDĄ przygotowywane z sensem, z zamysłem wykorzystania detali. Niech opierają się na przemyślanym scenariuszu. Niech COŚ mówią. Bo, jak widać, można tworzyć takie dzieła. 🙂 I takich sobie życzmy.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *