David Bowie – Blackstar

Magdalena M. Jaroń

W tym roku postanowiłam sobie na bieżąco śledzić własne inspiracje i dokonywać miesięcznego, artystycznego podsumowania. Obawiałam się, że będzie to niezwykle trudne zadanie – nie sposób przecież przewidzieć dynamiki, ruchu, który jest główną siłą i duchem otaczającej nas sztuki. Jednak mijający styczeń okazał się łaskawy.

O dziwo, już po jego pierwszym tygodniu wiedziałam, że będzie to miesiąc spod znaku Davida Bowiego. Właśnie trzymam w ręce jego ostatnie dzieło życia i zastanawiam się na ile, jako Artysta i jako Człowiek, był świadomy tego, że płyta „Blackstar” (a w zasadzie „”) będzie jego testamentem.

ALBUM – DIGIPACK

06-bowie-black-star-1.w750.h560.2x

Pierwszym zaskoczeniem jest już sama okładka i opakowanie albumu. Minimalistyczna grafika, ograniczona praktycznie do prostych figur geometrycznych i dwóch kolorów: czerni i bieli. Na tylnej stronie albumu odnaleźć można spis utworów, zapisany czarną czcionką na czarnym tle. Widoczne są dopiero wówczas, kiedy odbiorca będzie tego chciał i będzie umiał na nie spojrzeć pod odpowiednim kątem – zupełnie tak, jak twórczość Bowiego, która nadal dla wielu pozostaje niezrozumiana.

Po otwarciu DigiPacka nadal dominującym kolorem pozostaje czerń. Jest to zdecydowanie bardzo wciągająca czerń – pełna znaków i sekretów do odkrycia. Pojawia się także piękna grafika prezentująca konstelację. Kawałek wszechświata złożony w naszych dłoniach. Robi wrażenie.

Bowie w całości zdecydował się zamknąć samego siebie w tych prostych znakach – również jego nazwisko obecne jest na krążku oraz DigiPacku jedynie w symbolicznym zapisie. Zupełnie tak, jakby on, jako twórca, w pełni utożsamiał się z dziełami, które umieścił w albumie. Książeczka, która została załączona do płyty, również jest dziełem wielowymiarowym. Podobnie jak na samym DigiPacku, również i tutaj wszystkie testy, podziękowania oraz informacje o twórcach zapisane zostały czarną czcionką na czarnym tle. Mało tego – gdzieniegdzie pojawiają się rozmaite grafiki, symbole, a nawet i zdjęcia. Nachodzące się na siebie obrazy tworzą mały wszechświat Davida Bowiego: paralelny, będący POMIĘDZY, GDZIEŚ – w bliżej nieokreślonej przestrzeni, której granice wyznaczają znaki pochodzące z różnych systemów. I rzeczywiście tak jest, bo muzyka nie była dla Bowiego jedynym medium przekazu. Od zawsze stawiał również na kreatywność w sferze sztuk wizualnych (wspomnieć można chociażby jego wizerunek artystyczny), jak i w tworzywie słowa (jest autorem większości tekstów). To widać także w albumie „Blackstar”. Bowie zachwyca więc odbiorcę już w momencie, gdy ten po raz pierwszy chwyta po płytę. Nim trafi ona do odtwarzacza – już zdobywa nasze serca.

UTWORY

//01////09:57//

Z jednej strony – odbiorca może czuć się przez chwilę rozczarowany, że na krążku znalazło się zaledwie siedem utworów. Z drugiej – już pierwszy z nich całkowicie mu to rekompensuje: zarówno brzmieniem, jak i długością. Rzadko kiedy spotykamy dzisiaj niemal 10-minutowe utwory (wyjątkiem w ostatnim czasie jest również kilka dłuższych kompozycji z ostatniego albumu Iron Maiden). Ale co ważne – nie czas trwania, ale różnorodność tego utworu zasługuje na ogromną uwagę. Nie ma ani jednego momentu, kiedy odbiorca mógłby się czuć znudzony. Mało tego – pierwsze odsłuchanie okazuje się najważniejsze, gdyż już wtedy zdajemy sobie sprawę z tego, iż nie sposób przewidzieć kolejnych sekund i sekwencji muzycznych, którymi David nas obdarzył. „Blackstar” to utwór nieprzewidywalny – zupełnie tak, jak jego twórca. Pełen jest mrocznej tajemnicy, która jednak nie odstrasza ale wciąga. Jest doskonałą zapowiedzią albumu, a co najważniejsze – i tutaj należy chylić czoła przed samym Davidem Bowiem – doczekał się teledysku! „” to zdecydowanie jedna z najlepszych kompozycji, które kiedykolwiek wpadły do mojego ucha. Słychać tam niezwykłą wyobraźnię dźwiękową, czuć przestrzeń pomiędzy dźwiękami, ruch i dynamikę, która nie pozwala odbiorcy ani na chwilę opuścić tego magicznego świata. „” to utwór niezwykle hipnotyzujący.

//02//Tis A Pity She Was A Whore //04:52//

Drugi utwór to kompozycja już dobrze znana słuchaczom – podobnie z resztą jak „Sue (Or In A Season of Crime)” – ujrzała ona światło dzienne już w 2014 roku. Tym razem jednak została wzbogacona intensywnymi partiami instrumentalnymi, które zdecydowanie podnoszą ten utwór – pozwalają mu się oderwać od elektronicznego i trip-hopowego brzmienia (ale nie zrezygnować z niego!) i odfrunąć trochę od ziemi. To, co wyjątkowo chwyta za serce w „Tis A Pity She Was A Whore” to doskonałe połączenie jazzowych wstawek z mocną, niemal narkotyzującą rytmiką, uzyskaną dzięki doskonałej produkcji.

//03// Lazarus// 06:22//

Trzeci utwór, który również stał się singlem promującym cały album, jest prawdziwą wisienką na torcie. Jest w nim coś magicznego, niewypowiedzianego i niezrozumiałego. Nastrojowość tę podkreślił Bowie całym swoim życiem – „Lazarus” to jego ostatni singiel, więc tym dobitniej brzmią słowa: „Look up here, I’m in heaven…”.

„Lazarus” to utwór pełen obłędu, szaleństwa ukrytego pod świadomie przyjmowaną maską. Rozpoczyna się dość spokojnie – sprawia nawet wrażenie ballady. Jednak złudzenie to szybko mija – pierwsze dźwięki dysharmonii gitarowej na nowo wprowadzają słuchacza w szalony świat Davida Bowiego. Dobitnym głosem, współtworzącym całą historię, jest również saksofon. Jako singel „Lazarus” zdobył uznanie krytyków, i chociaż jego życie rozpoczęło się paradoksalnie już po śmierci twórcy, to utwór ten powstał przecież o wiele wcześniej. Bowie stworzył go na potrzeby musicalu, jednak prawdziwie zabrzmiał on dopiero na „”.

//04//Sue (Or In A Season of Crime)// 04:40//

„Sue…” to kolejne dzieło, które na „Blackstar” zyskało nowe życie. To, co zaskakuje w tym utworze, to subtelne połączenie „starego” Bowiego z „nowym”. „Sue (Or In A Season of Crime) to z jednej strony powrót do rytmicznych kompozycji artysty, jego bardzo awangardowego okresu w twórczości, z drugiej – odświeżenie tego poprzez typowo jazzowe uniesienia – i tutaj główną rolę odgrywają instrumenty dęte, po które Bowie z ogromną śmiałością sięgnął tworząc „”. W gruncie rzeczy to niezwykle ciekawe oraz inspirujące – móc obserwować zmieniające się kompozycje, które doskonale odzwierciedlają transformacje samego twórcy.

//05//Girl Loves Me// 04:51//

„Girl Loves Me” to niezwykle mroczny utwór. Wiele w nim elektroniki, ale i hipnotyzujących brzmień doskonale skrojonych partii instrumentalnych. To „typowy” Bowie, o ile o tym artyście można mówić jako „typowym” – szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę jego różnorodność. Jednak jest w nim coś rozpoznawalnego, co doskonale prezentuje ten utwór.

//06//Dollar Days// 04:44//

Natomiast doskonałą odskocznią od tego mrocznego klimatu jest „Dollar Days”, który swoją strukturą muzyczną i nastrojowością przypomina klimat poprzedniego krążka Davida – „The Next Day”. Jest to więc kolejny powrót artysty do siebie sprzed kilku lat, i po raz kolejny jest to powrót odświeżony o nowe, ciekawe brzmienia i oryginalne kompozycje.

// 07// I Can’t Give Everything Away// 05:47///

„I Can’t Give Everything Away” – ostatni utwór, zamykający „”. Zaskakuje… prostotą. Dotychczasowe igranie Bowiego z dysharmonią tutaj zostaje ostatecznie odsunięte na bok. W zamian odbiorcy otrzymują prostą i ujmującą swoją optymistyczną rytmiką kompozycję, która inspirowana jest ciekawym, jazzowym brzmieniem harmonijki ustnej. Jest w tym utworze odrobina tęsknoty, nostalgii i żalu, ale jest też optymizm i wiara. I pewnie jest też poczucie pełni i spełnienia, z którym zapewne David Bowie zdążył pożegnać się z odbiorcami.

” to zdecydowanie dzieło jego życia.

OCENA

okładka/ opakowanie Rating Stars - 0 to 10

muzyka                           Rating Stars - 0 to 10

wokal                             Rating Stars - 0 to 10

teksty                              Rating Stars - 0 to 10

OCENA OGÓLNA:      Rating Stars - 0 to 10

Przeczytaj również...

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *