Edyta Geppert – spektakl jednej twarzy

Recenzję rozpocznę nietypowo, bo od polecenia tego recitalu. Bez zbędnych wstępów, wyjaśnień i argumentów – Edyta Geppert jest Artystką, której słuchanie na żywo udowadnia, jak niedoskonałą technologią audio dysponujemy i jak niewyobrażalną moc ma ludzki głos.

To niewiarygodne, że stojąca już ponad 32 lata Edyta Geppert, nadal spogląda na wypełnione po brzegi sale koncertowe. Ileż trzeba mieć w sobie artyzmu, aby pozwolić słuchaczom dojrzewać przy swojej muzyce, starzeć się przy niej, dorastać…?  Ile w tym głosie musi być oryginalności, że na sali koncertowej obecni są seniorzy, zabiegani i uwikłani w codzienności “dorośli”, młodzież w różnym wieku, a nawet dzieci. Szczególnie one mnie zastanawiają –  przyprowadzone w swej artystycznej nieświadomości do Filharmonii, stają się najbardziej wymiernymi krytykami sztuki. W minioną niedzielę byłam świadkiem niezwykłej sceny – kilkuletni chłopiec zajmujący miejsce nieopodal mnie na koncercie Geppert (której muzyka – powiedzmy to sobie wyraźnie – nie jest dla każdego!) siedział z otwartymi szeroko oczami, wpatrzony w nieruchomą, spowitą w czerni sylwetkę artystki. Chłopiec – lat 4, może 5? – zastygł jak zaczarowany. Nie drgnął przez półtorej godziny. Co jakiś czas na niego spoglądałam ukradkiem – byłam ciekawa, który moment koncertu wyrwie go z osłupienia. Nie wyrwał żaden – przez cały recital nie odwracał się, nie wiercił. Po prostu siedział i słuchał.

…Bo taki właśnie był ten recital – to czas, aby po prostu posiedzieć i posłuchać. Wyłączyć się.

Uważny słuchacz i widz mógł wyróżnić trzy, wyraźnie różniące się między sobą części.

CZĘŚĆ I – spotkanie z twarzą – spotkanie ze sobą

Fot. orientacja.pl
Fot. orientacja.pl

Najtrudniejsza i niosąca ze sobą największy ładunek emocjonalny. Zarówno scenografia i światło, jak i samo zachowanie Artystki na scenie, tworzyło klaustrofobiczny nastrój. Klaustrofobiczny, ale potrzebny – przynajmniej przy takim przekazie. Kiedy na sali koncertowej Filharmonii Pomorskiej zapadła ciemność, słychać było jedynie rytmiczne kroki wchodzącej na scenę Edyty Geppert. Ciemność tę przeciął tylko jeden strumień światła – rzucony z reflektora znajdującego się na samym końcu sali. Oświetlona została jedynie twarz Artystki. I tak rozpoczęła ona swoją opowieść.

Przy pierwszych dźwiękach poczułam się nieco zagubiona. Słychać było jedynie pianino i głos Geppert, a widać – tylko jej twarz. Nie było gdzie uciekać – ani zmysłem słuchu, ani wzrokiem. Nie można było skupić się na jakimkolwiek detalu, szczególe ukrytym w tle – ich nie było. Wszystko, co tworzyło spektakl, zostało przez Artystkę rzucone już przy pierwszym rozdaniu kart. A widz przecież ma w naturze swojej ciągłe odkrywanie. Jakie więc konsekwencje pojawiają się wówczas, gdy Artysta odbiera mu przestrzeń do penetracji? Dzieje się coś niezwykle istotnego, bowiem jedynym, dostępnym widzowi obszarem badawczym pozostaje on sam. I dzieje się to mimowolnie. Bowiem w całkowicie ciemnej sali, w której słychać wyraźnie każdy dźwięk ciszy i każdą nutę, która ją przecina, odbiorca skupia swoje zmysły i refleksje na twarzy Artystki i jej głosie – bo tylko i aż to zostaje mu dane. A tam, prócz tego, co poznawalne empirycznie i możliwe w interpretacji, znajduje się również to, co indywidualne i emocjonalne, dla każdego widza inne i jemu tylko właściwe. W tak przygotowanej scenerii Geppert rozpoczęła swoją sztukę.

radiowroclawpl
Fot. radiowroclaw.pl

Przez pierwsze utwory nie miała żadnego kontaktu z publicznością. Stała na scenie nieruchomo, ale na jej twarzy pojawiała się cała gama emocji. Każde drgnienie mięśni mimicznych było doskonale widoczne. Nie od razu można było zrozumieć intencję oraz celowość takiego zabiegu. Co więcej – wyprzedzając kolejne zdarzenia – osobiście odkryłam wagę takiego zachowania Artystki dopiero wówczas, kiedy zmieniła ona ton repertuaru oraz swoje zachowanie na scenie. Czemu więc miało to służyć? Przede wszystkim skupieniu. Byciu ze sobą. Nie spotkaniu z Artystką – bo i ona była jakby nieobecna – ale ze sztuką, a poprzez nią ze sobą. Było to spotkanie w samotności. Niezwykła emocjonalność i głęboki, silny głos Edyty Geppert. Wrażenia niesamowite. Oczywiście, tak jak pozostali, czekałam na te chwile, w których Artystka wydobędzie z siebie najsilniej brzmiące dźwięki – te, które dzisiaj dekorują jej nazwisko i sprawiają, że jest niepowtarzalna. W pierwszej części koncertu dźwięk ten pojawił się zaledwie raz – na sam koniec, w utworze pt. “Nie żałuję“, przy strofie:

Nie, nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci dziękuję
za to, że jesteś moim krajem
Że jesteś piekłem mym i rajem

I w tym miejscu muszę napisać jedno – wielokrotnie słuchałam nagrań Edyty Geppert, oglądałam jej koncerty i występy. W żadnym, nawet najmniejszym stopniu, nie oddają one potęgi jej głosu, który prawdziwym brzmieniem obdarza dopiero na żywo. I o ile głos Geppert może wydawać się słuchaczowi potężny, to powinien on sobie wyobrazić, że na żywo nie jest on możliwy do ogarnięcia zmysłami. Jest to tak przestronne brzmienie, głębokie, mocne i matowe zarazem, ale i gładkie, pozbawione chropowatości, że zdaje się wchłaniać wszystko, co napotka na swojej drodze. To dla widza trudne i wymagające doświadczenie. I kiedy, w trakcie koncertu, przemknęło mi przez głowę zapytanie dotyczące tego, ile widz jest w stanie wytrzymać takie napięcie, na scenie ponownie zapadła całkowita ciemność, by zaraz po niej rozświetliły się dodatkowe reflektory. Edyta Geppert stała przed mikrofonem z uśmiechem na twarzy, rozglądając się po widowni zupełnie tak, jakby każdemu widzowi chciała spojrzeć w oczy i powiedzieć “No… wytrzymałeś! Wiem, to trudne doświadczenie poznawania siebie… Ale dałeś radę, a teraz już będzie inaczej“. I było – zapowiedziała bowiem swojego męża, a tym samym rozpoczęła się część druga koncertu.

Część II – sprawy damsko-męskie

Fot. egeppert.com
Fot. egeppert.com

Spodziewałam się usłyszeć i zobaczyć na koncercie Edyty Geppert wiele… ale nie kłótnie małżeńskie. Ogromnym zaskoczeniem i jednocześnie swego rodzaju artystyczną ulgą okazała się nagła zmiana nastroju. Po głębokich dźwiękach – będących wizytówką Artystki – natychmiast wrzuciła ona widzów w świat uśmiechu, który opiewał licznymi stereotypami. Część druga to pamflet na nas samych – znowu można było tam odnaleźć siebie. Tym razem jednak Geppert nie dotykała tak głębokich i filozoficznych kwestii, ale absurdów, które sami wprowadzamy w swoje życie.

Figlarne teksty, lekkie brzmienie, subtelny sarkazm, który po prostu mnie rozbroił – to wszystko ozdobiło drugą część koncertu. To, że Edyta Geppert jest fenomenalną Artystką i wokalistką z wyjątkowym warsztatem (i talentem, który nieustannie szlifuje) – wiedziałam. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, że jest tak fantastyczną aktorką! Na scenie odegrała wszystkie życiowe role, w których na co dzień występuje każda żona. I niezwykle mądre były te absurdy, po które sięgała. Przyjmowane przez nią pozy, pełna ekspresji mimika twarzy oraz celowo zmanierowana gestykulacja – dzięki temu nie pozostawiła złudzeń. Oprócz ciekawych dźwięków i przyjemnych dla ucha, wzbogaconych lekko jazzowym brzmieniem utworów, zaprezentowała kilka niezwykle głębokich refleksji, które definiują relacje damsko-męskie. Druga część koncertu była więc tą, w której można się było wyśmiać. Szkoda tylko, że śmialiśmy się z nawyków, które sami stworzyliśmy i wprowadziliśmy do naszej codzienności. Ważne jednak, że mamy jeszcze w sobie tę odrobinę zdrowego dystansu, który pozwala nam się śmiać wniebogłosy z tego wszystkiego. Zdrowy sarkazm i kokieteryjna ironia zapakowane w oryginalne dźwięki. Czy potrzeba czegoś więcej?

Część III – łagodne uniwersum dźwięków

Ostatnia część koncertu to część wypośrodkowana – znalazły się w niej i te przeszywające, niemal wiwisekcyjne utwory, jak i te, które wywoływały szczery, spontaniczny śmiech. I w tym momencie zrozumiałam, jak doskonale scenariusz tego recitalu został przemyślany. Pierwsza część – ciężka, wymagająca skupienia oraz intelektualnego wysiłku, została przerwana beztroskim śmiechem. Ale Geppert najwyraźniej nie chce, aby to ten śmiech i przekorne dialogi z mężem były jej wizytówką. Woli je pozostawić jedynie dodatkiem do całości. Ostatecznie koncert zamyka więc kilkoma utworami, które wszyscy doskonale znamy. To te, które najczęściej pojawiają się w radiu, w trakcie emitowanych występów etc. To również te, które widzowie najlepiej znają i z którymi bardzo często się utożsamiają. Pojawiły się w tej części zarówno utwory “lekkie” i zarazem kąśliwe w swej wymowie, jak i te, których najsilniejszym pierwiastkiem był zintensyfikowany ładunek emocjonalny. I to okazało się przysłowiową kropką nad “i”. Widownia nie pozwoliła Edycie Geppert zejść ze sceny – Artystka bisowała trzy razy! Oczywiście nie mogło, przy okazji bisów, zabraknąć jednego z jej najpopularniejszych utworów – “Kocham cię życie“. Po jego wykonaniu Geppert wraz z towarzyszącym jej pianistą zostali obdarzeni owacjami na stojąco, które trwały wiele długich minut.

A dla mnie, osobiście, po tak wyjątkowym recitalu, wisienką na torcie było spotkanie z Edytą Geppert. Możliwość wymienienia kilku zdań z Artystką o tak bogatym doświadczeniu scenicznym. Artystką, której wielu mówiło: “Pani Geppert, to się nie sprzeda“, a która pomimo tego zawsze szła własną drogą i nadal, po 32 latach pracy artystycznej, spogląda ze sceny na przepełnione widzami sale koncertowe…

OCENA

organizacja               Rating Stars - 0 to 10

setlista                       Rating Stars - 0 to 10

scenografia/scena   Rating Stars - 0 to 10

live                               Rating Stars - 0 to 10

OCENA OGÓLNA     Rating Stars - 0 to 10

IMG_2068 DSC_0231

Koncert Edyty Geppert - recital 
Kiedy: 17.04.2016 r. 
Gdzie: Filharmonia Pomorska im. I.J. Paderewskiego w Bydgoszczy

 

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *