ENT – najnowsza płyta Varius Manx & Kasi Stankiewicz

Z filozoficznego punktu widzenia “powrót” jest czymś abstrakcyjnym. Nie da się wrócić do tego samego miejsca, w którym byliśmy choćby 5 minut temu, bo miejsce to jest już innym – właśnie o wartość tych 5 minut. Z tego też powodu wszelkie próby wielkich powrotów w historii sztuki bardzo często stawały się po prostu wielkimi porażkami. Z tym większym zainteresowaniem przyglądałam się planom wydawniczym Varius Manx & Kasi Stankiewicz.

Nie każdy artysta jest w stanie zrozumieć, że “wrócić” nie oznacza “kopiować przeszłość”, “powielać to, co było”, ale znaczy tyle co “tworzyć dalej”. Dlatego właśnie wielkie powroty wydawnicze mogą okazać się strzałem w kolano. Wystarczy przytoczyć w tym miejscu zeszłoroczne płytowe potknięcie Edyty Geppert – Artystki o głosie, w którym drzemie ogromna potęga. Wiem co pisz, bo niedługo przed wydaniem jej ostatniego krążka miałam okazję posłuchać piosenkarki na żywo. Jako odbiorca nie potrafię jej wybaczyć, że nie pokusiła się nawet o nowe nagrania utworów z The Best Of EG. Po prostu – powracając na rynek muzyczny stwierdziła, że wyjmie najpopularniejsze kawałki z poprzednich płyt i skomponuje z tego nową. Nie, nie, nie, Pani Edyto. Tak się nie wraca. Tak się kopiuje.

Piszę o tym, bo to niezwykle ważne w kontekście tego, co się wydarzyło przez ostatni czas z zespołem Varius Manx. Najpierw przypomnieć należy serię koncertów, które w klubach gromadziły coraz to szersze rzesze fanów. Po wielu latach odbiorcy mogli znowu usłyszeć na żywo utwory, które kochają.

Po drugie – niedługo po zakończeniu trasy jubileuszowej Kasia i chłopcy z zespołu zdecydowali się nagrać płytę. Ale nie była to składanka hitów sprzed lat, ale krążek prezentujący odświeżone aranżacje. I co najważniejsze – to krążek koncertowy, nagrywany w sali koncertowej Polskiego Radia. Nie zabrakło na nim zarówno odświeżających partii instrumentalnych (do Varius Manx chyba na stałe dołączyły smyczki!), jak i zupełnie nowych kompozycji (“Ameryka“, “Piątek“).

I sielanka trwała. Jednak z czasem chyba sam zespół zaczął czuć, że żar trzeba podsycać, bo w przeciwnym razie zgaśnie. Żaden Artysta nie może przecież utknąć w jednej setliście – choćby nawet składała się z samych hitów. Sama byłam na kilku koncertach Variusów i każdy uważam za udany. Jednak żaden z nich nie może równać się z tym pierwszym, otwierającym drogę powrotu.

To zrozumiałe, że w końcu przyszedł czas, aby “coś” z tym powrotem zrobić dalej. I to punkt, który jest jak papierek lakmusowy dla zespołu – bo albo mają na siebie pomysł, albo po prostu chcą odtwarzać repertuar sprzed lat. Dlatego też z nieskrywaną obawą podchodziłam do zapowiadanego albumu “Ent“.

źródło: musiart.pl

1. Instrumentalna świeżość. 

Wartość, z którą zawsze kojarzył się zespół Varius Manx i która pozwoliła mu zyskać rzesze fanów w latach 90. minionego już wieku, to czystość kompozycji. Variusi nigdy nie udziwniali, stawiali na czysty dźwięk, bez zbędnej elektroniki. Wyraźne linie melodyczne utkane z kompozycji Jansona do dnia dzisiejszego tkwią w głowach odbiorców. I o ile w latach świetności zespołu było to pełne oddanie ducha ówczesnej muzyki, o tyle dzisiaj taki muzyczny ascetyzm stawiał powrót zespołu pod znakiem zapytania.

Czy odbiorcy, przez lata karmieni elektroniką, miksami, postmodernistycznym trip-hopem i elektronicznym jazzem będą w stanie przyjąć muzykę instrumentalną z otwartymi ramionami?

Okazuje się jednak, że bez wierności ideałom Variusi przestaliby istnieć. Postawili wszystko na jedną kartę – chwycili za instrumenty i po prostu zagrali.

Na długo w pamięci zostanie mi moment, kiedy w głośnikach wybrzmiał pierwszy utwór z płyty “Ent” – “Dla małych dziewczynek i dużych chłopców“. Brzmienie tak charakterystyczne dla zespołu, tak doskonale oddające to, co najlepsze i co pamiętamy z lat 90. Melodyczność, wewnętrzny porządek kompozycyjny, delikatność, subtelność, liryzm. Jak się okazuje – nie trzeba krzyczeć, by przekazać zrozumiały komunikat. Nie trzeba też bombardować odbiorcy tysiącem dźwięków. Wystarczy kilka – mądrych, przemyślanych, łagodnych.

Taka muzyka jest jak balsam. I co najważniejsze – jest muzyką variusową. Tą, którą wszyscy pamiętamy, za którą tęskniliśmy wspominając pierwsze wakacyjne miłości, które kończyły się razem z ostatnią zwrotką “Księżycowej piosenki”.

Oczywiście na płycie nie brakuje też momentów eksperymentalnych. Jest ich jednak stosunkowo niewiele. Nie kolidują, nie walczą o dominację – po prostu służą muzyce Variusów.

2. Tekstowa przyjemność – równowaga między rymem a wartością

Od dłuższego czasu mam wrażenie, że utknęliśmy pomiędzy tekstami uwięzionymi w rymach częstochowskich, a frazami nasączonymi do granic możliwości banałem. Mnie ten stan doprowadził do sytuacji, w której unikam radia jak ognia. Na szczęście stąpają jeszcze po muzycznej scenie i tacy, którzy mają coś do powiedzenia.

Teksty na płytę “Ent” napisała Kasia Stankiewicz. I dobrze, bo chyba nikt lepiej nie rozumie na czym polega powrót do tej muzyki. Dzięki temu, że w niej wzrastała, a teraz przyszło jej powrócić do kompozycji Jansona, udało jej się dokonać rzeczy niemal niemożliwej. Z historii zespołu, na którą przecież złożył się też szereg sukcesów, wyjęła jego duszę – te wartości, które decydowały o tym, iż do dzisiaj z pełnym zaangażowaniem wyśpiewuje się piosenki Variusów. Nie zmieniała ich, nie udziwniała, nie malowała ich na siłę kolorowymi farbkami, tylko po to, aby były modne. Pozwoliła im się zestarzeć, dojrzeć, a dzięki temu – na powrót rozkwitnąć. Wszystko to w nowym ciele, które im dała – w wersach, które wyszły spod jej pióra.

Teksty zespołu zawsze ceniłam za niebanalność – gdy wszyscy śpiewali kolejny utwór o nieszczęśliwej miłości, Variusi opiewali dojrzewanie w każdym doświadczeniu. I tego się nie wyrzekli – “Ent” to potwierdza.

Co więc można odnaleźć w tekstach najnowszego albumu Varius Manx & Kasi Stankiewicz? Radość, optymizm i otwartość na przyszłość. Jest też refleksyjność, odrobina melancholii, liryzm, sentymentalność.

3. Świeżość wpleciona między dojrzałość i młodość.

Na koniec jeszcze słów kilka o perełkach, a w zasadzie jednej, która szczególnie chwyciła mnie za serce. To “Breath“, czyli po prostu angielska wersja utworu “Biegnij“. I o ile za naszą polską kompozycją nie przepadam, o tyle “Breath” pozostaje bezkonkurencyjny! To utwór na światowym poziomie i nie boję się tego napisać. Remiks, który powstał dzięki współpracy zespołu z Michałem Skórką (“Skinny”) jest wyraźnym krokiem na przód. Tak mocnego akcentu w kierunku muzyki elektronicznej się nie spodziewałam.

Było więc i zaskoczenie i ogromna przyjemność w trakcie odsłuchu “Breath“. Zapewne, gdyby cała płyta poddana została takiemu zabiegowi, czułabym niedosyt, brak “klasycznych” Variusów, za którymi przecież tęskniło się tyle lat. Jednak takie miłe dawkowanie nowościami otwiera zespołowi drzwi do zupełnie nowych rozdziałów. Udowadniają, że mogą i że wspaniale odnajdują się w tym, co obecnie decyduje o potędze muzyki.

Powrót, ale czy na pewno?

To nie jest powrót. I chociaż media rozpisują się o “wielkim come back’u”, ja jestem innego zdania. Zespół bardzo mocno ruszył na przód, patrzy w przyszłość – po prostu idzie do przodu. Nie ma w tym kopiowania przeszłości czy odcinania kuponów. Jest przede wszystkim pomysł na siebie i to widać (także w wizualnej reprezentacji Artystów – wystarczy przywołać sesję zdjęciową do nowego albumu). Jest wierność temu, co u fundamentów zespołu było od zawsze – wartość przekazu artystycznego. Mam wrażenie, że każdy utwór Variusów powstaje po coś – ma być konkretnym komunikatem. Jest też ogromna energia, którą czuć po drugiej stronie – ta energia nie pozwala zespołowi tkwić w miejscu i odtwarzać schematy sprzed lat.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *