Etyka w gabinecie stomatologicznym – dentofobia z perspektywy pacjenta

Od ponad dwudziestu lat walczę z dentofobią o niewyobrażalnej skali. Dzisiaj, jako kulturoznawca, filozof, filolog i przede wszystkim pacjent – rozkładam cały ten strach przed dentystą na czynniki pierwsze. Nie oznacza to, że moja droga leczenia poszła w zupełnie inną stronę, niż ta, w którą potruchtała moja kochana dentofobia. Nie. Nadal idziemy ramię w ramię. Kompanki od lat. Tym razem jednak, po ponad dwóch dekadach, to ja decyduję o kierunku tej podróży. Nie ona. A zawdzięczam to mojej Pani Stomatolog, która objęła mnie profesjonalną – w pełnym tego słowa znaczeniu – opieką.

Niniejszy tekst jest spojrzeniem kulturoznawcy na fobię, jako proces. Próbą diagnozy czynników, który potęgują jej eskalację. Jest to tekst, który – mam nadzieję – pomoże przede wszystkim stomatologom w pracy z pacjentami, dla których strach przed dentystą jest żywiołem nie do pokonania.

WNIOSEK O ROZWÓD Z DENTOFOBIĄ

Przez dwie trzecie mojego dotychczasowego życia podejmowałam liczne próby pokonania strachu przed stomatologiem. W moim przypadku nie była to zwykła niechęć czy lęk, ale całkowity paraliż, który uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie przed, w trakcie oraz po wizycie. Już dzień przed planowanym zabiegiem przestawałam jeść, traciłam apetyt, stawałam się rozdrażniona, nerwowa, opryskliwa i atakująca. Pojawiały się także mimowolne skurcze mięśni i drżenia, nad którymi nie byłam w stanie zapanować. Nasilały się z godziny na godzinę, aż swój punkt kulminacyjny przyjmowały w samym gabinecie. Pojawiały się też problemy z oddychaniem – fobia rozwijała się metodą kuli śnieżnej i im bliżej zabiegu, tym bardziej paraliżowała moje życie. Czy powodem tego wszystkiego był strach przed bólem? Między innymi, ale nie tylko. Bo czyż nie jest dziwne, że wiedziałam, iż nie będzie bolało, a jednak fobia nie odpuszczała?

Dzisiaj, dopiero będąc w trakcie leczenia stomatologicznego, podczas którego otrzymałam profesjonalną opiekę, jestem w stanie zdiagnozować te punkty, które w czasie wizyty są kluczowe. Dzisiaj też, po ponad dwudziestu latach życia w strachu, dostrzegam, że to ja przejmuję kontrolę, a dentofobia się wycofuje. 

1. PRZED WIZYTĄ

Najgorszy moment to ostatnie 5 minut przed wejściem do gabinetu. Czekanie.

Dlaczego najgorszy? Bo mam jeszcze możliwość wyjścia. Bo muszę zmuszać się do tego, aby nie uciec. Do granic możliwości naprężam więc silną wolę. 

Taki pacjent jak ja siedzi więc w poczekalni zawsze z dala od drzwi. To pomaga. Siada, o ile to możliwe, w dość dużej odległości od pozostałych oczekujących – nie chcę mieć z nikim kontaktu. To stan takiego napięcia, że całą swoją energię kumuluję na jednym wątku: aby nie uciec. 

Co pomaga?: Przywitanie. Fakt, iż taki pacjent nie zostanie zignorowany przez zespół pracujący w danej przychodni czy klinice. Wyraźny komunikat, iż jest dostrzeżony – ktoś czuwa nad tym i wie, że on “jest” i “czeka”. Wystarczy “dzień dobry” z uśmiechem na twarzy, kiedy mija się takiego pacjenta. Nic więcej. Takie “dzień dobry” bardzo mocno zakotwicza wizytę, która ma dopiero nadejść. No bo jeżeli nie jestem już anonimowa, jeżeli mnie widzieli, to głupio tak po prostu wyjść… 

Czego nie robić?: Nie zwracać uwagi na nerwowe tiki pacjenta. Nie zagadywać i nie tworzyć sztucznie wesołej atmosfery. Dla pacjenta nie ma nic wesołego w tych 5 minutach “przed”. Nie należy utrzymywać z takim pacjentem kontaktu dłużej niż jest to konieczne – ja naprawdę nie mam ochoty gadać o tym, że się denerwuje i że wszystko będzie dobrze. Wystarczy mi “dzień dobry”. 

2. WEJŚCIE DO GABINETU

Sam moment wejścia do gabinetu to zawsze jest dla mnie tragedia. Prawdziwa, realna tragedia. Nie wyolbrzymiam. To po prostu taki poziom strachu, że łzy są na czubku nosa. To trzęsące się nogi i ręce, z którymi nie wiadomo co zrobić. I sama świadomość, że nie ma odwrotu czyni – w moim odczuciu – tę sytuację patową. A pat to beznadzieja. Zero szans. Nic pozytywnego. Pacjent z dentofobią wchodzi więc do gabinetu z takim właśnie nastawieniem. 

Pamiętam siebie, jak pierwszy raz przekroczyłam próg gabinetu Doktor Moniki z Kliniki DENMED w Bydgoszczy. Oczy biegały mi po wszystkich kątach pomieszczenia, wszystkich półkach, szafeczkach. Musnęłam wzrokiem asystentkę, fotel, podłogę, lampę… Wszystko. Byłam przerażona faktem, że nie jestem w stanie zapanować nad tym ruchem. Po drodze starałam się złapać kontakt wzrokowy z Panią Doktor, która uważnie mnie obserwowała. Ale nie umiałam. Uciekałam wzrokiem tak daleko jak mogłam, a jednocześnie – zdradzałam swoim zachowaniem fakt, iż każdy zakątek gabinetu to dla mnie realnie odczuwalne zagrożenie. 

Trzeba pamiętać, że pacjent wchodzący do gabinetu, jest odizolowany. Nikt z nas tego nie lubi. Bycia samemu w nowym, obcym otoczeniu. A w przypadku pacjenta takiego jak ja, pacjenta z dentofobią, otoczenie to na dodatek jest wrogie. 

Teraz jednak dostrzegam, że taki pacjent jest do rozbrojenia. Jak bomba, która ma już odpalony zapłon, ale jeszcze nie wybuchła. Kluczowy jest czas, ale o ile w przypadku bomby należy się spieszyć, o tyle w przypadku pacjenta z takim poziomem strachu przed dentystą – wręcz odwrotnie. 

Co pomaga?: Tutaj jest kilka istotnych elementów. 

Po pierwsze – należy takiemu pacjentowi, wchodzącemu do gabinetu, zrobić miejsce. To brzmi śmiesznie, ale jest niezwykle ważne. Ja muszę mieć możliwość spenetrowania obcej i nieprzyjaznej dla mnie przestrzeni. Podjąć próbę jej przyswojenia. Spędzę tutaj kilkadziesiąt minut, więc muszę wiedzieć, co jest w każdym kącie. 

Po drugie – utrzymać kontakt wzrokowy, nawet jeżeli pacjent go nie utrzymuje. Mnie to pomogło – kiedy moje oczy szalały wręcz po przestrzeni gabinetu i co jakiś czas ledwie przypadkiem wpadały na spojrzenie Pani Doktor, budowało się we mnie poczucie, że “oho, jest tam, czuwa, pilnuje sytuacji, pozostaje w gotowości”. Obserwować pacjenta – dać mu jasny komunikat, że to on jest centrum tego gabinetu.

Po trzecie – zredukować dystans. Wszystkie elementy, które mogą tworzyć barierę między lekarzem a pacjentem powinny zostać usunięte. Dobrym rozwiązaniem jest przywitanie pacjenta w drzwiach, wprowadzenie go do środka, podanie dłoni na powitanie. Tak się wita gościa, a nie ofiarę. Takim postępowaniem nie daje się więc pacjentowi argumentów do tego, aby czuł się tym drugim. 

Po czwarte – dać pacjentowi czas, niech na chwilę usiądzie przy biurku, oswoi się z nowym miejscem, przyswoi je sobie, poobserwuje. To trwa dosłownie kilkadziesiąt sekund i można wówczas prowadzić (lub próbować prowadzić) rozmowę. 

Czego nie robić?: Nie siedzieć, kiedy pacjent wchodzi. Na Boga, to naprawdę na wstępie daje jasny komunikat, że przychodzę na audiencję do kogoś, kto jest o wiele ważniejszy ode mnie. Mam więc powody do obaw, bo dzieli nas hierarchia społeczna. 

Dobrym rozwiązaniem, o ile to możliwe, jest leczenie pacjenta z taką fobią w jednym i tym samym gabinecie w klinice. Oczywiście rozumiem względy organizacyjne, ale proszę mi uwierzyć, iż każdy nowy gabinet, nawet ten zza ściany, to dla mnie ogromne wyzwanie i konieczność przyswojenia przestrzeni na nowo. Uczynienie kroku w kierunku możliwości stworzenia “mojego” gabinetu – gabinetu “dla mnie” znacząco zredukowała by stres związany z samym momentem wejścia. 

Idealnie jest także wówczas, kiedy przychodnia bądź klinika dysponuje sprzętem redukującym wszelkie zapachy kojarzone z samym zabiegiem. Pamiętam, że kiedyś ten specyficzny zapach rozsiewał się po całym korytarzu poczekalni, a po zakończonej wizycie człowiek z nim odchodził do domu. Nie sposób wręcz było się go pozbyć – był jak piętno na tym, który przecież poddał się zwykłemu borowaniu. Z sytuacją, gdzie ani w poczekalni, ani w gabinecie nie poczułam nic, co dotychczas kojarzyłam z gabinetem stomatologicznym, po raz pierwszy spotkałam się Klinice DENMED w Bydgoszczy. I wszem i wobec ogłaszam, iż taki stan rzeczy jest niezwykle korzystny dla pacjenta z dentofobią w tak zaawansowanej formie. 

3. PRZYGOTOWANIE PACJENTA

To, że boli mnie ząb, to ja wiem. Wiem nawet lepiej niż mój stomatolog (tutaj zwrócę uwagę na fakt, iż osoba, która odczuwa tak silny strach przed dentystą jak ja, raczej nie podrepcze do gabinetu w celu podjęcia leczenia zachowawczego – będzie czekać do ostatniej chwili, do końca wierząc w to, że wizyty uda się uniknąć). I mam zaniedbane uzębienie – to też wiem. Bo nikt z dentofobią nie chodzi co pół roku do stomatologa. Ktoś z dentofobią pójdzie, kiedy ból zęba będzie mocniejszy od strachu. A im większy strach, tym większy ból. Im większy ból – tym ząb w gorszym stanie. Czy pacjent z dentofobią się tym przejmuje. Proszę mi uwierzyć, że nie. Byłabym w stanie stracić całe swoje uzębienie tylko dlatego, aby zredukować wizyty u dentysty do minimum. Jeżeli więc trafiam do gabinetu, to boli. Jestem gotowa na to, że ząb jest nie do uratowania – w zasadzie idę z tą świadomością no bo wiem, że nie chodzę do dentysty regularnie. I nie trapi mnie to. Trapi mnie natomiast sam czas, który muszę spędzić w gabinecie. 

Pamiętam, że kilka lat temu – około pięciu lat wstecz – trafiłam właśnie w takim stanie do Doktora Amira (DENMED w Bydgoszczy). To był mój pierwszy kontakt z tą kliniką. A poszłam tylko ze względu na fakt, iż żadne, dosłownie żadne leki przeciwbólowe już nie działały. A ból zęba, który pamiętam z tamtych dni, był najgorszym przeżyciem jakie mnie kiedykolwiek spotkało. Pulsacyjny i narastający. Miałam wrażenie, jakby pod pokruszoną kopułą tegoż zęba (była to górna, prawa “siódemka”) rósł balonik. Rósł, rósł – w ciągu kilku sekund pączkował, a potem pękał. Wybuchał. Sekunda przerwy. I znowu – rósł, rósł, rozpierał. Wybuchał. Cały cykl trwał 10-15 sekund. I powtarzał się bez przerwy. Całą dobę. Taki poziom bólu uniemożliwiał dosłownie wszystko. Od schylenia się i zawiązania buta, przez jedzenie, oddychanie, spanie, a na myśleniu skończywszy. No i oczywiście ząb nie był do uratowania – czekała mnie ekstrakcja. 

Wracając jednak do tematu, czyli przygotowania pacjenta. To, że ja wiem, że z moim bolącym zębem jest jak jest, nie oznacza, że nie potrzebuję diagnozy. Wręcz przeciwnie. Ktoś w tej patowej sytuacji musi przejąć stery i podjąć ostateczną decyzję. Ktoś musi być stanowczy, postawić diagnozę i nakreślić kierunek. Jeżeli to będę ja (i lekarz przemilczy lub da sobie powiedzieć, że “proszę o usunięcie zęba bo boli”), to następną moją decyzją w tym leczeniu będzie wyjście z gabinetu i nie pojawienie się w nim przez długie lata. Aż do kolejnej, bolesnej przygody z kolejnym zębem. 

A proszę mi wierzyć – pacjenci z dentofobią, pojawią się w gabinecie aby pozbyć się bólu a nie leczyć zęby, więc skłonni są do nadawania kierunku leczeniu. “Proszę usunąć mi ten ząb”/ “Przyszłam z bolącym zębem – raczej do usunięcia” – to zdania zdradzające próbę przejęcia kontroli. Sama je wypowiadałam. Czasami jeszcze zdarzyło mi się burknąć, że “zacznijmy od tego bolącego, a potem reszta” – ale oczywiście w duchu wiedziałam, że “reszta” nie szybko doczeka się swojej tury, jednak jakoś wypadało wyjaśnić stan uzębienia. 

Co pomaga?: Badanie i zarysowanie planu leczenia, wykraczającego poza wspomniany bolący ząb, czyli poza przyczynę, przez którą pacjent z fobią w końcu zawitał w gabinecie. 

Osobiście zostałam u dra Amira dłużej niż zamierzałam – było to kilka, jak nie kilkanaście wizyt. Doszły do skutku z jednego powodu – w trakcie tego pierwszego spotkania miałam wykonane zdjęcie panoramiczne i Pan Doktor od razu rozpisał wstępny plan leczenia. Przy wyjściu usłyszałam, że w trakcie następnej wizyty usuniemy pozostałości po całkowicie pokruszonej dolnej “szóstce”, a potem – zajmiemy się już górą. No i masz ci babo placek. Kazał się zarejestrować na tę “szóstkę”, no to się zarejestrowałam… 

I tak to działa. Pacjentowi z dentofobią musi zostać – w delikatny oczywiście sposób – odebrana możliwość decydowania o planie leczenia. Bo dla takiego pacjenta ten plan ma jeden kierunek – wskazują go drzwi gabinetu. 

Czego nie robić?: Nie leczyć pod dyktando pacjenta (“Proszę mi wyrwać ten ząb”/ “Dobrze, wyrwiemy”). Nie leczyć punktowo – tylko wskazanego, bolącego zazwyczaj zęba. 

Swoją drogą – Doktora Amira wspominam jako mojego pierwszego wybawiciela. Sam fakt, że wracałam do niego na kolejne wizyty świadczył o tym, że udało mu się zatrzymać moją fobię. Pan Doktor wyleczył mi dosłownie wszystkie górne zęby, a praktycznie przy każdym było coś do robienia. Miał oczywiście też plan, aby zaopiekować się “dołem”, natomiast mnie przerosło tempo leczenia, które z resztą sama sobie narzuciłam. Chciałam mieć to leczenie jak najszybciej z głowy – i tutaj był mój błąd, bo nie dałam sobie czasu na wytchnienie. Chodziłam więc co dwa, maksymalnie trzy tygodnie. Niby sporo, ale jednak zbyt często. W końcu to tempo dało o sobie znać i leczenia nie zakończyłam – odwołałam je. Pozostałam więc z niedoleczonymi i pokruszonymi zębami “na dole” oraz próchnicą. Brzmi strasznie, ale byłam bardzo szczęśliwa, bo nie musiałam – w moim odczuciu – wracać do gabinetu stomatologicznego. 

4. ZABIEG

Dochodzimy do kluczowego etapu. Dopiero niedawno, w trakcie leczenia prowadzonego przez dr Monikę, udało mi się tę część wizyty u stomatologa wypreparować z całości i rozłożyć na czynniki pierwsze. I dopiero teraz rozumiem jak to działa w moim przypadku – w przypadku osoby z ogromnym strachem przed dentystą. 

Przede wszystkim warto wspomnieć, że mam dużą wadę wzroku i noszę okulary. Wszędzie. No ale w gabinecie stomatologicznym zostaję ich pozbawiona. Co się dzieje? Tracę orientację w przestrzeni. Wszystko, nie dość że obce, wrogie, nieprzyjazne, to na dodatek robi się rozmazane. 

Zauważyłam, że jak już ściągnę okulary, to kurczowo trzymam się wzrokiem Pani Doktor. Nie mam szansy dostrzeżenia czegokolwiek, co jest dalej niż 50 cm ode mnie. Dlatego punktem odniesienia dla całego tego mikro-świata staje się dla mnie dentysta. Każdy jego gest, ruch, sposób przemieszczania się jest przeze mnie bacznie obserwowany. 

Wszystko to potęguje uczucie niepokoju i niepewności. Znowu więc sytuacja jest patowa. 

Co pomaga?: Rozwiązanie jest proste. Warto pozwolić pacjentowi tak długo, jak jest to możliwe, mieć okulary na nosie. A kiedy już pozostaje bez nich – zadbać o to, aby dialog odbywał się w takiej odległości, która umożliwia mu po prostu i po ludzku zobaczenie adwersarza. 

Skąd to wiem? To nie jest tak, że ja na to wpadłam i wymyśliłam sobie: “o, to mi na pewno pomoże!”. Nie. Przez ponad 20 lat nie wpadłam na to i nie wiedziałam dlaczego w gabinecie czuję się jak w czarnej dziurze. To rozwiązanie dostrzegłam wówczas, gdy zostało ono wcielone w życie przez Doktor Monikę z DENMEDu. Faktycznie na fotelu stomatologicznym znajdowałam się już bez okularów, śledząc jedynie rozmazaną sylwetkę Pani Doktor wprowadzającą coś do dokumentacji medycznej. To jeszcze czas na ostatnie pytania, które oczywiście miałam. Nim jednak padła odpowiedź, Pani Doktor przysunęła się do mnie na swoim fotelu i odpowiedzi udzieliła mi w chwili, gdy miała pewność, że ją po prostu dobrze widzę. Wtedy poczułam odrobinę ulgi i zaskoczyło mnie to uczucie. Zaczęłam zastanawiać się nad tym novum, aż w końcu odkryłam, że po prostu – taką aranżacją sytuacji Doktor Monika dała mi możliwość chociaż szczątkowego odzyskania pewności i stabilności. No i pozostaje sama kwestia kontaktu, a co za tym idzie – relacji. Inaczej rozmawia się z plamą na ścianie, a inaczej z człowiekiem, którego rysy są wyraźne. 

Ale nie wszystko pacjent z dentofobią chce i musi widzieć 🙂 Czego oczy nie widzą… Tego sercu nie żal. To powiedzenie doskonale sprawdza się w gabinecie. Kiedy dzisiaj ktoś wrzuca do rozmowy słowo “dentysta” – od razu mam przed oczami całą kolekcję wierteł i wiertełek, wszystkich tych stalowo-nieskazitelnych narzędzi. Ogólnie – stal nierdzewna króluje w tych wspomnieniach. I faktem jest, że wszystko, co ma taki kolor, w trakcie leczenia u Doktor Moniki, było przede mną schowane. Nie mam zielonego pojęcia czy to przez przypadek i wskutek zwykłej organizacji pracy w gabinecie, czy też w sposób zaplanowany. Ale podziałało. Nie widziałam wierteł (bo czy ja tam wiem gdzie idą i po co są te białe kabelki – wyglądają całkiem sympatycznie i nie kończą się wielkimi wiertłami), nie widziałam żadnych szczypców, szczypczyków i innych takich. Nie widziałam igieł, wacików. W zasadzie niczego nie widziałam. Moja wyobraźnia została tym sposobem przyhamowana – nie widziałam, wiec trudno mi było sobie wyobrazić, jak Pani Doktor wbija się tym we mnie. 

Ale oczywiście nie jest to zasada “zero-jedynkowa”. To, że cieszy mnie fakt, iż nie widzę sprzętu typowo-stomatologicznego, nie oznacza, że nie chcę wiedzieć co się ze mną będzie działo. Ba! Ja wręcz muszę to wiedzieć – jak nie będę informowana to wpadnę w histerię. I to również udało mi się zdefiniować dopiero w chwili, gdy Doktor Monika wcieliła w życie prostą receptę – to, co mogłam widzieć, pokazywała. Wyjaśniała. Tłumaczyła. Byłam więc zawsze przygotowywana na to, co nastąpi za minutę. Zasada ta dotyczyła zarówno czynności inwazyjnych, jak i tych okołozabiegowych – chociażby zmiany ustawienia fotelu, które musiało nastąpić w połowie zabiegu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że sztywny od strachu pacjent nagle, bez jakiejkolwiek zapowiedzi, czuje, że zostaje opuszczony w dół. A krótka zapowiedzieć z wyjaśnieniem redukuje ryzyko związane z tą sytuacją praktycznie do zera. 

Co pomaga?: Kierowanie się zasadą co?-po co? Mnie, jako pacjentowi z dentofobią nie wystarczy samo “co”. Nic mi po informacji, że fotel, na którym leżę zostanie obniżony. Wręcz przeciwnie – budzi to niepokój, bo wprowadza zmianę w i tak niepewną dla mnie sytuację. Ale już uzupełnienie tej informacji tym, “po co?” ma nastąpić ta zmiana, całkowicie zmienia kolej rzeczy. Jeżeli wiem, że fotel zostanie obniżony, ponieważ dalsza część zabiegu wymaga wykorzystania mikroskopu i muszę zostać odpowiednio pod niego ułożona – nie protestuję. Wręcz przeciwnie – staram się, na tyle na ile to możliwe, współpracować z moim stomatologiem.

Czego nie robić?: Nie zakładać, że pacjenta nie interesuje przebieg, tylko efekt. Nie jest to prawda. Pacjent z dentofobią słyszy wszystko – wsłuchuje się nawet w oddech swojego stomatologa i jeżeli usłyszy w nim zachwianie rytmu – wpadnie w histerię. 

Nie używać słów, które mogą wywołać panikę (igła, krew, wiertło, hak, rozpychacz, kleszcze i wiele, wiele innych). To wszystko, co w pospolitym rozumieniu kojarzone jest z bólem, powinno być tabu i pozostać poza gabinetem. 

Pytanie – jak się więc komunikować przy takim pacjencie z asystentką? Moja Pani Doktor po prostu sobie nie folguje i używa specjalistycznych nazw, które brzmią dla mnie jak imiona atomówek. Są tak obce, że nawet nie wiem jak je sobie wyobrazić – nie wiem nawet czy prosi o jakiś przyrząd czy może lek? Czasem też pojawiają się liczby – dużo liczb. Małe, pojedyncze, duże, dziesiątkowe. Jakbym żyła w matrixie. Ale to też jest dobre. Liczby są spoko. Są neutralne. Jak ktoś prosi o podanie “trzydziestki” albo “dwójki”, a potem jeszcze ma się pojawić coś, co zostaje określone jako “żółte, a nie to niebieskie”, to jest całkiem spoko. Też widzę te kolory – oczyma wyobraźni. Ale nijak nie nabierają one kształtu i nie przybierają formy czegoś, w czym widziałabym zagrożenie.

Ale nie tracę czujności, słucham uważnie – wyczekuję w trakcie całego zabiegu jak partyzant ukryty w krzakach. Czy Pani Doktor wypowie słowo, które skojarzę i które będzie dla mnie sygnałem do ucieczki? I tak cały zabieg. Ja podsłuchuję. Wyczekuję. A Doktor Monika udaje, że tego nie widzi. 🙂 I ten model pomaga. Dla mnie jest to milowy krok w leczeniu. 

Jest jeszcze jeden akcent, który w zasadzie powinien zostać przeze mnie wspomniany na początkowym etapie zabiegu. Pamiętam, że kiedyś za ostateczny początek tortur uważałam moment, w którym mój stomatolog zakłada rękawiczki. Tak się składało, że zawsze to widziałam. I do tego to złowieszcze plaśnięcie, jakby sama rękawiczka chciała krzyknąć: “no już, I’m ready!”. W ogóle nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaki zastrzyk adrenaliny dostaję w tym ułamku sekundy. Aż do chwili, gdy rozpoczęłam leczenie w Klinice DENMED. Tutaj ani razu nie widziałam, aby lekarz na moich oczach zakładał rękawiczki. Wita się ze mną podając dłoń, a potem, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, już je po prostu ma na ręce. Jedna, drobna, wręcz mikroskopijna czynność, a zmienia kolosalnie przebieg wizyty i nastawienie pacjenta. Co więcej – u Doktor Moniki naprawdę byłam całkowicie przekonana przy pierwszych dwóch wizytach, że zajmuje się mną bez rękawiczek. Dopiero na trzeciej, w trakcie zabiegu spostrzegłam, że jednak je ma. Do dzisiaj zachodzę w głowę jak ona to robi, i co ważniejsze – kiedy? Nie wiem. I prawda jest taka, że pomimo ogromnej ciekawości w tej materii – lepiej żebym nie wiedziała 🙂

 

5. PO ZABIEGU

Nie wiem czy to dla każdego stomatologa oczywiste, ale dla pacjenta z dentofobią – na pewno. Wizyta nie kończy się wraz z wizytą. Ja, jako pacjentka walcząca przez ostatnie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt godzin z ogromnym strachem przed dentystą, będę musiała to nasze spotkanie “odchorować”. U mnie objawia się to skrajnym wyczerpaniem organizmu – docieram ostatkiem sił do domu i padam. Kolejne godziny – zazwyczaj trwa to dobę – regeneruję się. Nic wówczas nie zrobię – nic konstruktywnego. W pracy jestem niewydajna, nie mam ochoty na żadne spotkania. W moim życiu następuje “stop klatka”. To pusta przestrzeń – dziura w mojej codzienności, którą… wypełnia miniona wizyta. O tak… Jak przystało na człowieka z fobią – ledwo co zakończony zabieg będę jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt razy odtwarzać w pamięci. 

Czy więc masz świadomość stomatologu, że chociaż tego nie chcesz – wracasz ze mną do domu i spędzisz ze mną i w mojej głowie jeszcze przynajmniej dobę?

Jeżeli chcesz się jeszcze ze mną spotkać i realnie mi pomóc, to warto, abyś zorganizował mi ten czas. Jak? To proste. 

Po zakończonym zabiegu wystarczy usiąść na chwilę z takim pacjentem i w kilku prostych zdaniach wyjaśnić, co się dzisiaj wydarzyło. To działa. Kiedy po ostatniej “kanałówce” wróciłam do domu, w oczach miałam zdjęcie rentgenowskie mojego naprawionego ząbka – wraz z nowymi, świeżutkimi ćwiekami wyglądał zgrabnie. I za każdym razem, gdy przez kolejne godziny odczuwałam dyskomfort, obraz tego zdjęcia wracał przed oczami i mówiłam sobie: “no tak, taki ćwiek, trochę poboleć musi, to logiczne, że czuję”. I pomogło. Zahamowało atak histerii i skrajnego niepokoju.

Dobrze jest też przewidzieć wszelkie niedogodności. Kiedy po zabiegu może mnie coś boleć – Doktor Monika zawsze to zapowiada. Jestem więc przygotowana – nie tylko psychicznie, ale też po prostu dbam o to, aby mieć coś przeciwbólowego pod ręką. I dzięki takiej prostej presupozycji, której dokonać może tylko lekarz, wracam do domu z dentystą pod pachą. Dosłownie. Bo cokolwiek wydarzy się w ciągu najbliższych godzin – przepuszczane jest przeze mnie przez filtr tego, co Pani Doktor powiedziała.  A nie daj Boże, gdyby wydarzyło się coś, o czym by nie wspomniała. Co by było, gdyby nie powiedziała mi, że po zejściu znieczulenia może mnie boleć kilka godzin? Wtedy zostałabym z bólem sam na sam, a efekt byłby taki, że czułabym się oszukana i zostawiona sama sobie. Niedoinformowana. Pani Doktor również, w takiej sytuacji, straciłaby w moich oczach autorytet – “minus” dziesięć na karcie punktów kompetencji. No bo ja kto jest, że ona jest specjalistą i nie wie, że boli? A boli i nie powiedziała… Takiego efektu trzeba uniknąć. Szczególnie w przypadku leczenia pacjenta z dentofobią.

Mam to szczęście, że Doktor Monika zawsze pamięta o tym, aby o wszelkich możliwych odczuciach – komfortowych i niekomfortowych – po prostu mnie poinformować. I to wystarczy. Naprawdę nie przeszkadza mi, że cały dzień po kanałówce mnie boli. Naprawdę. Pani Doktor powiedziała, że tak może być – nawet i 3 dni – więc ani mnie to nie dziwi, ani nie przeraża. Wiem, że w tym odczuwaniu bólu nie jestem sama – jest ze mną mój stomatolog i on to kontroluje. 

I na koniec, dobrze jest, po zakończonym zabiegu, pokazać perspektywę kolejnej wizyty. Co się będzie działo za miesiąc? Jaki jest dalszy plan? Czy będzie to “ósemka” do ekstrakcji, czy kolejny ząb do “kanałówki” czy może jakieś zwykłe borowanie? Ja też, dzięki takiej informacji, mogę się odpowiednio nastroić na nasze kolejne spotkanie – przygotować się psychicznie.

Podsumowując całość warto powiedzieć wprost: da się przekonać pacjenta z dentofobią do regularnego leczenia. Da się przekonać go do dentysty. Ale wymaga to czasu, zaangażowania z obu stron i cierpliwości. I wrażliwości na to, że to, co dla specjalisty codzienne i powszechne, dla pacjenta jest źródłem niewyobrażalnych przeżyć. Ze swojej strony mogę jedynie dodać, że milowym krokiem w moim leczeniu była właśnie pierwsza wizyta u Doktor Moniki. Sam fakt, że nigdy nie infantylizowała mojego strachu, nie starała się go złagodzić żartem, przekonał mnie do tego, że dla niej jest to tak samo poważny problem, jak dla mnie. Tym samym, z minuty na minutę, z zabiegu na zabieg, zaczęłam Panią. Doktor traktować jako członka elitarnego, bo dwuosobowego zespołu, którego zadaniem jest nie tylko wyleczenie moich ząbków, ale także mnie, jako pacjenta, z fobii. 🙂