Muzyczna argumentacja Ad Ignorantiam – Hey w Toruniu

Są koncerty, na które można iść “w ciemno”. Są zespoły, które nieprzerwanie od kilku dekad gromadzą przed sceną tłumy. Są wokalistki, które nie potrzebują za swoimi plecami show i tony artystów – mają w sobie tak silną i odczuwalną emocjonalność, którą są w stanie pokruszyć nawet tytanowe serca. I w zasadzie w tych kilku zdaniach zamyka się definicja zespołu Hey.

W miniony czwartek pod toruńskim niebem rozbłysła Katarzyna Nosowska z zespołem Hey. I w zasadzie w tym miejscu mogłabym już przejść do recenzowania poszczególnych utworów, oprawy świetlnej koncertu, repertuaru i kilku innych niuansów, ale nie chcę tego robić.

Koncert Hey był inny i z pewnością na długie lata pozostanie jedną z bardziej smakowitych wisienek na torcie toruńskich Koncertów Pod Gwiazdami, organizowanych corocznie przez Dwór Artusa. To, co wyróżnia te koncerty, to przede wszystkim różnorodność w doborze występujących tam artystów. W każdy kolejny rok Koncerty Pod Gwiazdami przynoszą nowe zaskoczenie. Ale jedno jest zawsze pewne – organizatorzy stawiają na oryginalność, nieprzeciętność i wyjątkowość. Nie mogło więc zabraknąć i w tym roku “KOGOŚ”, kto tworzy z tzw. przytupem. I to od ponad 25 lat…

Ale do rzeczy – jest kilka kwestii, które naprawdę trzeba poruszyć i o których muszę wspomnieć.

Moja pierwsza refleksja? Ogromne pragnienie wysłania na kolejny koncert Hey jak najmłodszej publiczności. Muzycznie? Rozbudzająco, rockowo, z powerem, bez przynudzania i smęcenia o tym jak nam źle na tym “łez padole”. Nie, nie jest nam źle! Nie jest też idealnie, ale radzimy sobie z tym świetnie (“świetnie” jak na nas – pełnych dychotomii i chaosu ludzi) – taki mniej więcej przekaz spływał ze sceny. Warto, naprawdę warto, aby jak najmłodsi słuchali i oglądali Nosowską na scenie. Bo to nie tylko najlepsza (NASZA!!!) tekściarka – i piszę to z pełną odpowiedzialnością za wagę tych słów – ale także wulkan emocjonalności.

Pewnie sama Kasia roześmiałaby się teraz w głos, zaprzeczając niejako mojemu orzecznictwu o jej ekspresji 🙂 Ale, Droga Kasiu, nie trzeba biegać po scenie, aby zmiażdżyć publiczność w imadle emocji – zamknąć ją między nadzieją a beznadzieją, hedonistyczną radością a melancholią codzienności, bezwładną beztroską a ciężarem odpowiedzialności… Z ręką na sercu – pierwszy raz w życiu widziałam, aby ktoś zamknął, w tak autentyczny, nieudawany sposób, cały spektakl w twarzy.

Sama jakość wykonania jest więc jednym. Drugim – to co “pod tym” wykonaniem skryte, czyli sens. Właśnie dlatego w tytule recenzji przywołałam jeden z najbardziej niebezpiecznych argumentów w retoryce – ad ignorantiam. Nim właśnie żongluje NosowskaHey, dzięki niemu dotyka najbardziej bolesnych kwestii i – co najważniejsze – zmusza do myślenia i przygotowania intelektualnej obrony pod ostrzałem artystycznych chwytów.

Na czym jednak tak naprawdę polega argument ad ignorantiam? Najprościej wyjaśnić go w krótkim pytaniu i odpowiedzi na nie: “Możesz mi przedstawić niezbity dowód na istnienie Boga? Nie? To znaczy, że Bóg nie istnieje”. Oczywiście to naprawdę duże uproszczenie, ale w tym właśnie mieści się sedno argumentacji ad ignorantiam. Ten chwyt erystyczny nie uchodzi w świecie filologów i dyplomatów za wartościowy – raczej świadczy o słabości rozmówcy, bowiem zamiast budować mocną argumentację, ten odwołuje się do naszej niewiedzy.

Ale – i tutaj wracam już powoli do koncertu – argument ad ignorantiam, mimo, że niezbyt lojalny, ma swój potencjał i ogromną moc. Zmusza drugą stronę do głębszego zanurzenia się w swoją argumentację – jej zasadność, siłę, stabilność, empiryczność, moralną i etyczną poprawność… Jeżeli więc NosowskaHey, sięgając po argument ad ignorantiam, są w stanie wytknąć nam niewiedzę, a dokładniej – fałszywość tezy na której budujemy swoją codzienność. W ten sposób przyjmują rolę lustra – przeglądając się w nim co rano możemy mieć pewność, że przetrwają tylko prawdy pozbawione maski. Zaś te pozorne – skruszą się pod ciężarem niewiedzy.

Przykład? Weźmy chociaż “Błysk“.

Dzieci Boże poszły w śpiew

A czarcie syny w rozbój, gwałt

nijacy wprost do pracy, jak co dnia (prostu do pracy)

Najprościej – umiesz udowodnić, że codziennie do pracy nie jeździsz “nijaki”? Bez względu na to, czy czujesz się czartem, czy Dzieckiem Bożym. Tak? To gratuluję – zarażaj tym innych! Nie? No to ugiąłeś się pod argumentem ad ignorantiam.

Takich przykładów mogłabym z tekstów wyciągać tysiące (nie przesadzam!). Ale myślę, że jeden wystarczy 🙂

Kolejna ważna rzecz, która w trakcie koncertu była “tym czymś” – tym co zapamiętam na długie lata. To oczywiście autentyczność i aktualność oraz, towarzysząca temu, umiejętność dyplomatycznego uderzenia w tzw. “punkt”. O co dokładnie chodzi? O utwór “Arahja” z repertuaru Kultu, który – jak sama Nosowska stwierdziła – przez długie lata nie był śpiewany przez Hey… Dopiero od jakiegoś czasu zdecydowali się na stałe wprowadzić go do swoich koncertów. Po prostu – z potrzeby serca. I to chyba najlepsza droga komentowania codzienności – bez opowiadania się po jednej czy drugiej stronie. Bo nie to jest istotnym problemem, która ze stron “wygra”. Problemem, który wszyscy zdajemy się ignorować, jest “mój dom murem podzielony”.

Taka refleksja. Było i jest mi cholernie, tak bardzo cholernie (!) smutno, że aż brakuje słów, że “moja ulica murem podzielona”. Pamiętam, że jak Kasia wykonywała “Arahje” w Toruniu to pomyślałam, iż tak naprawdę nigdy nie powinnam jej zrozumieć. Nie powinnam.

Tutaj też, w tej emocjonalności, która nie opowiada się po żadnej ze “stron”, widać mądrość i potęgę (celowo używam słowa ‘potęga’) sztuki! Ona dotyka tego, co prawdziwe (przysłowiowym gwoździem do trumny było zalanie sceny w biało-czerwonych światłach). A prawdziwą tragedią naszych czasów nie jest rozbieżność poglądów i nieumiejętność przekonania do nich “drugiej strony”. Prawdziwą tragedią jest mur.

Dobrze, że mamy artystów, którzy nie chcą komentować, ale znają wagę swojego powołania – są po to by budzić do rzeczy ważnych, by zmuszać do myślenia.

Nie zakończę wpisu takim smęceniem 🙂 Dobrze, że w trakcie koncertu był czas na głębszą refleksję, ale występ Hey to nie tylko solidna dawka rockowej mocy. To też śmiech, umiejętność cieszenia się chwilą, dystans do absurdu codzienności i kulturowych schematów. Wbrew temu, co Kasia sama o sobie mówi, robi świetne show i wzbogaca je nieszablonową konferansjerką. Opowieści o tym, że “Teksański” to w zasadzie nie jest piosenka, ale tłuścioszek w złotych łańcuchach, typowy macho, który cały koncert czeka na swoją kolej i jak wychodzi to robi szum i tonie w piskach publiczności jak Justin Bieber w uwielbieniu fanek, na długo pozostaną w mojej pamięci. I już nigdy “Teksański” nie będzie “tylko” “Teksańskim“. 🙂 A po koncercie? …a po koncercie Hey już nigdy nie będzie  “tylko” “Heyem“:)

SETLISTA:

1. Błysk

2. Ku słońcu

3. Prędko, prędzej

4. Faza Delta

5. Mikimoto – król pereł

6. Muka

7. 2015

8. Historie

9. Cudzoziemka w raju kobiet

10. Byłabym

11. 4 pory

12. Moogie

13. Arahja

14. Cisza, ja i czas

15. Luli Lali

16. Kto tam? Kto jest w środku?

17. Mimo wszystko

18. Sic

19. Texański

BIS:

20. Zazdrość

21. Moja i twoja nadzieja

Przeczytaj również...

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *