Imagine Dragons – Origins – Recenzja

To, co najbardziej może drażnić w muzyce, to brak autentyczności. Powierzchowność. Gra, pod którą nie ma sensu – nie ma nic do odkrycia. I po premierze “Origins” odnoszę wrażenie, że do takiego momentu dobrnęli Imagine Dragons.

Ich sukces przyszedł szybko – zachwycili jako zespół soft rockowy z niebanalnymi tekstami. To chyba zachęciło Imagine Dragons do sięgnięcia (bezpodstawnego!) po miano filozofów. Mędrcami nie są i doskonale ten fakt obnaża ich najnowsza płyta – “Origins”.

Niestety, ale zacząć należy od samych tekstów, które pozostają w sferze banalności. To usilnie wywarzanie otwartych drzwi, które trąci banalnością. “Spójrz mi w oczy, powiedz co widzisz…?” – czy tego typu quasi-romantycznych i pseudo-dramatycznych wezwań spodziewamy się po “mędrcach”. Takich przykładów jest sporo – praktycznie każdy z utworów na płaszczyźnie tekstu potyka się o własne nogi.

Jest to dość komiczne zestawienie rodzące sprzeczne emocje. Dlaczego? A bo Imagine Dragons założyli sobie, że będą śpiewać o rzeczach waznych, jakkolwiek je definiują. No i śpiewają – a jak na rangę takich tematów przystało, zdecydowali się na dość patetyczne formy brzmieniowe. Rockowe utwory zostały więc skomponowane bardziej na wzór radiowych ballad rockowych z mocnym momentem kulminacyjnym, który – jak zakładam – ma być wyciskaczem łeż i emocji. Ale płakat tutaj można jedynie ze śmiechu, bo sąsiedztwo banalności i pseudo-patetyzmu jest po prostu zabawne. A chyba nie taki miał być efekt odsłuchu “Origins“?

Mam wrażenie, że sposób, w jaki dotychczas rozwijała się kariera Imagine Dragons odcisnął mocne piętno na “Origins“. To zespół, który osiągnął niewyobrażalny sukces i wszedł do machiny komerci bez nacisku na wizerunek czy akcji brandingowych. Tutaj po prostu kilka dobrze przygotowanych singli (“Believer“, “Natural“, “Thunder“) przeszło jak taran, zdobywając szczyty list przebojów. To znowu wyznaczyło drogę… czy jednak dobrą? Teraz “Origins” praktycznie niczym nie zaskakuje, chociaż członkowie zespołu twierdzą, że poszli w zupełnie innym kierunku. Jakim? Tej “nowości” akurat nie rozumiem, nie dostrzegam…

Abym nie pozostawała gołosłowna. Oto kilka konkretów świadczących o tym, że “Origins” jest co najmniej czymś dziwnym, a już na pewno jest wytworem pracy, która zmierza do bliżej nieokreślonego celu.

Panowie z Imagine Dragons zebrali wokół siebie indywidualistów – jak mniemam, założyli, że taka różnorodność pierwiastków NAJ, w zderzeniu w jednym projekcie, przyniesie im pozłacany sukces. Niestety – wygląda to jak kiczowato pozłacane putta w rogach pięknego obrazu.

Efekt takiego, nieprzemyślanego zestawienia indywidualności, pozbawia tę płytę konceptu i uporządkowania. A przez to teksty stają się nieautentyczne, muzyka udziwniona i sztuczna. Przykładowo – piosenka “Digital” nagle zaskakuje breakbeatem w bębnie. A pozostałe otwory? Utrzymują mieszankę złożoną z:

  • gitar z efektem reverb,
  • gitar inspirowanych mocno brzmieniem na wzór XX,
  • wokalami, które momentami nieudolnie naśladują wysokie dźwięki Justina Bieber’a (Sorry),
  • pseudo-mrocznym folkiem na wzór Mumford & Sons.

To tylko kilka przykładów, ale takich zarzutów wobec “Origins” można mieć wiele. Nie jest to udana propozycja muzyczna. Zbyt udziwniona, sztucznie pozłacana, przesilona i nieautentyczna. Mnie ona kompletnie nie przekonuje. Brzmi nazbyt komercyjnie.

Podsumowanie
  • 7.5/10
    Okładka/opakowanie - 7.5/10
  • 6/10
    Muzyka - 6/10
  • 3/10
    Teksty - 3/10
  • 7/10
    Wokal - 7/10
5.9/10

Ocena

Okładka wygląda ciekawie i zapowiada inspirującą podróż. Niestety, w rzeczywistości jest inaczej – ogromne rozczarowanie. Projekt zbyt udziwniony i jednocześnie niezbyt oryginalny w brzmieniu.

Przeczytaj również...

2 komentarze

  1. Z ciężkim sercem zgadzam się z każdym słowem. Mój ulubiony zespół mnie mocno zawiódł, liczyłam na coś fantastycznego a dostałam no cóż… Origins

  2. Nie mogłam doczekać się premiery Origins, liczyłam na kolejny fenomenalny krążek, który zostanie ze mną na najbliższe co najmniej tygodnie, jeśli nie miesiące. Moje rozczarowanie po pierwszym przesłuchaniu było ogromne, zespół faktycznie poszedł moim zdaniem w zupełnie innym kierunku, ale w żadnym wypadku nie jest to dobry kierunek. Słabo, słabo, słabo… Nie mam nawet ochoty przesłuchać raz jeszcze, żeby znaleźć jakieś pozytywy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *