Janusz Radek w świecie Haliny Poświatowskiej

Długo czekałam na ten koncert. Od kilku miesięcy zżerała mnie ogromna ciekawość jak Janusz Radek poradzi sobie na żywo z repertuarem tak ciekawym i metafizycznym w swoim brzmieniu, w bezpośredniej relacji z publicznością. 

Płyta “Kim Ty jesteś dla mnie” to prawdziwy majstersztyk – tak pod względem muzycznym, jak i tekstowym. Ale żadna, nawet najlepsza płyta nie jest i być nie może gwarancją dobrego, owocnego spotkania z artystą na żywo. Byłam więc niezmiernie ciekawa tego czy Janusz Radek znajdzie złoty środek i sposób na transsubstancjację emocji, które Halina Poświatowska zamknęła w złotej klatce swojego intelektu.

To trudne, ponieważ zdać sobie należy sprawę z tego, że od wieków żyjemy w świecie, w którym emocje i uczucia stawiane są w opozycji do rozumu. Wychowani jesteśmy w takim porządku rzeczywistości – nawet trudno nam sobie wyobrazić, że może być inaczej. Stale toczymy ten sam spór filozoficzny o hegemonię – dla jednych zwycięzcą pozostają emocje (jak dla Davida Hume’a), dla drugich – rozum (jak dla Immanuela Kanta). A dla Haliny Poświatowskiej? Dla niej wygranym był człowiek – bez płci, bez wykształcenia a nawet bez imienia. Po prostu człowiek, który jest jednym i drugim: duszą i ciałem, uczuciem i rozumem. Jest tym wszystkim jednocześnie. To nietypowe stanowisko, które nie dla wszystkich interpretatorów okazało się zrozumiane. Dlatego też poezja Haśki wielokrotnie została skrzywdzona przez krytyków czy badaczy, którzy albo dali się porwać wirowi zmysłowości i emocjonalności, albo wręcz przeciwnie – oddali się niemal naukowej analizie filozoficznych i logicznych wątków obecnych w jej poezji.

Inaczej poezję Haliny Poświatowskiej potraktował Janusz Radek. Dokonał czegoś, co w zasadzie można by nazwać redukcją fenomenologiczną – dokładnie tą samą, o której pisał Edmund Husserl. Oczyścił więc wiersze Haśki z wszelkich naleciałości. Zrezygnował też z interpretacji, która byłaby naddatkiem. Starał się dojść do fenomenu – rzeczy samej w sobie. Najgłębiej jak się da – bez uprzedzeń, bez uległości wobec tego, co już o Haśce powiedziano, bez oczekiwań.

Z takim samym założeniem i deklaracją pojawił się także na toruńskiej scenie w minioną niedzielę. A przepiękna sala koncertowa Dworu Artusa to przestrzeń sprzyjająca takim koncertom – pomaga w stworzeniu niezwykłej atmosfery wokół dźwięków.

To, co bez wątpienia ujęło mnie w występie Janusza, to sceniczny ascetyzm, który jednak nie przerażał surowością. Oszczędność w formie na rzecz treści. Dzięki temu odbiorca ma możliwość zanurzyć się w tym świecie, dostroić do emocji, które odgrywają istotną rolę. Celowo piszę “istotną”, unikając słowa “najważniejszą”. Bo w występie Janusza Radka czuć i widać także rolę rozumu – wyjątkowo intensywnego procesu intelektualnego, który stał się preludium dla dźwięków. To droga artysty do tego, co aktualnie możemy usłyszeć. Radek oczywiście nie wymusza na odbiorcach, aby podążali tą drogą, jego refleksji i jego spotkań z Poświatowską, przedstawia natomiast dojrzały owoc tego czasu, który spędził z poetką. I to czuć, to słychać – w każdym utworze.

To co piękne dla zwykłego odbiorcy, który światem sztuki cieszy się jedynie raz na jakiś czas, to pokazanie, jak różne i jednocześnie takie same są światy, w których żyjemy równolegle – świat emocji oraz intelektu. Jak bardzo cieszymy się jednym i drugim, chociaż czasem wydaje nam się, że o wiele szczęśliwsi bylibyśmy tylko w jednym. Janusz Radek pokazuje je oba – osobno, udowadniając jak bardzo jesteśmy do nich przywiązani, i razem – aby pokazać, że to my jesteśmy tym dualizmem i nie ma sensu z nim walczyć. A jak to udowadnia?

Przy swoim autorskim utworze o Halinie prezentuje proces tworzenia, nagrywając poszczególne partie wokalne, nakładając na siebie kolejne głosy – odkrywa przed odbiorcami to, co przez artystów najgłębiej skrywane, czyli proces tworzenia, z ciszy do dźwięku. Najpierw udowadnia więc, jak bardzo podziwiamy intelekt, kunszt, dbałość o detal i harmonię – o to wszystko co jest dziełem naszego umysłu.

A potem zanurza się w świecie emocji, w którym “Sheila” brzmi magicznie. Sięga po improwizację, nie myśli o kolejnych dźwiękach – daje im się tworzyć ot tak, jak tylko chcą. I pokazuje jak bardzo potrzebujemy ekspresji, że bez niej zatracilibyśmy swoje człowieczeństwo. W tej improwizacji jest też solidny kuksaniec – przerazić może moment, w którym odbiorca zdaje sobie sprawę z tego, że stojący przed nim artysta jest… wolny. W danej chwili jest zupełnie wolny – od wszystkiego. A kiedy ostatni raz my byliśmy tak wolni – od myślenia o dziś, od planowania czy nawet od marzeń? Kiedy byliśmy Locke’owską tabulą rasą? 

Koncerty promujące płytę “Kim Ty jesteś dla mnie” to niezwykła, ale i trudna podróż w głąb siebie. Fenomenalne aranżacje Adama Drzewieckiego, który przenosi muzykę i dźwięki Radka w trójwymiarowy świat rozmaitych brzmień, tworzą granice świata Poświatowskiej. Dzięki nim nie sposób się zgubić – to właśnie Drzewiecki wskazuje na okna, drzwi, wąskie korytarze… Czasami uchyla drzwi do drugiego pokoju, aby potem, mocnym, przestrzennym basem je zatrzasnąć. I taki też był świat Poświatowskiej – niedostępny we wszystkich swoich wymiarach. Poetka była jednak świadoma go w pełni – także w tych obszarach, których doświadczać z całkowitą swobodą nie mogła. To, co z pełną wirtuozerią wyczynia Drzewiecki, staje się dźwiękową rekonstrukcją realnej, namacalnej codzienności Haśki.

Jeżeli więc ktoś szuka świata bez show, bez zadęcia na blichtr, na bycie TOP1, to świat RadkaPoświatowskiej będzie dla niego tą oazą. W trakcie koncertu można usłyszeć niemal całą playlistę z albumu. Pozostaje tylko żałować, że “prawie” (zabrakło m.in. mojego ulubionego utworu z płyty – “Mówisz na śmierć“) – ale ten niedosyt jest przyjemny. Budzi ciekawość, rozbudza wyobraźnię i chęć szukania tych dźwięków na kolejnych koncertach. 🙂

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *