Justyna Steczkowska z “Animą” w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku

Są takie koncerty, po których potrzeba ciszy, aby usłyszeć dźwięki. Są takie spotkania, po których potrzeba samotności, aby czuć bliskość. I takim czasem oraz spotkaniem okazała się „Anima” – koncert promocyjny, zapowiadający premierę koncertowego DVD Justyny Steczkowskiej („Anima Live”).

Fot. Paweł Deska / Royal Concert

Odbiorcy odpoczywali od „Animy” dość długo – ten nieznośny muzyczny post przerodził się w dociekliwość, w pytania, w tęsknotę i potrzebę powrotu. I w końcu nadarzyła się ku temu okazja, bo każdy koncert „Animy” to okazja do powrotu.

Jak było?

Mistycznie, tajemniczo, czasami melancholijnie i poważnie, innym razem z radością i wiarą w to, że „będzie dobrze”. Było kobieco, subtelnie, elegancko, dostojnie – tak, aby móc cieszyć nie tylko uszy, ale i oczy. W całym Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku czuć było animę Justyny Steczkowskiej. Widać było, że czuwała nad powstawaniem strony wizualnej koncertu, nie wspominając już o dźwiękowej.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

W pierwszej kolejności muszę zaznaczyć, że to pierwszy koncert Justyny, w trakcie którego podobały mi się wizualizacje. Wiele z dotychczasowych posunięć w tym zakresie uważam za błąd – przykładowo: koncert „Maria Magdalena” (recenzja TUTAJ). I o ile w wielkich halach tego typu rozwiązania w ciekawy sposób zamykają przestrzeń sceny, to obecność wizualizacji w Teatrze Szekspirowskim budziła moją wątpliwość. Ale tym razem było inaczej.

Justyna pojawiła się na scenie wyłaniając się spod niej – z rozpostartymi skrzydłami. Za jej plecami – cały wszechświat, niczym „kosmiczna zupa”. Łagodne, tematyczne wizualizacje, które odbiorcy mogą pamiętać z teledysku. A zaraz po nich – obraz „Terry”, przypominający o tym, że „jesteśmy tu by zestarzeć się, w pielgrzymkach do miejsc gdzie chowa się sens”.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

Justyna od początku była wyciszona, stojąc na scenie budowała swój, muzyczny świat. Odwykłam już od „takiej” Steczkowskiej. Przez ostatnie dwa lata bawiła się na scenie z Cyganami, cieszyła różnymi projektami, zachwycała uśmiechem i zawodową aktywnością. A Justyna Steczkowska, która stanęła przed publicznością w Teatrze Szekspirowskim była zupełnie inna. Była poważna, skupiona, pozbawiona tej beztroski, do której już zdążyła nas przyzwyczaić. I przez to trudno było nawiązać z nią kontakt – trzeba się było dostroić do wrażliwości, z którą do nas przyszła. Niektórym wystarczyło kilka dźwięków, inni może potrzebowali całego koncertu. Ale to był bez wątpienia prawdziwie mistyczny czas, w którym każdy z odbiorców musiał odbyć wyjątkowo trudną podróż w głąb siebie, dotknąć tam tematów, o których na co dzień nie chce pamiętać, przyznać się do słabości i pragnień, których zazwyczaj się wstydzi. To była filozoficzna podróż, która wymagała aktywności, pełnego zaangażowania, wsłuchania w dźwięki i słowa.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

Justyna szczędziła komentarzy – szczególnie w pierwszej części koncertu. Zostawiła odbiorców tyko z muzyką. To był skok na głęboką wodę. Na początku artystka mogła nawet wydawać się nieobecna – jakby zamknięta w zupełnie innym świecie. Ale każdy, kto był tego wieczora w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku wie, że nie był to świat zamknięty przed nim – wręcz przeciwnie. Justyna pozostawiła odbiorcom decyzję – czy chcą wejść w tę muzyczno-filozoficzną rzeczywistość czy nie? A jeżeli przekroczyło się próg tego dziwnego świata, to okazywało się, że tam jest ciepło i przyjemnie. Nie ma wcale takiego dystansu między odbiorcą a artystą, jak mogło się wydawać przedtem – z zewnątrz. Nie ma obojętności, nie ma chłodu, kompozycje są bardziej polifoniczne i rozbudowane, obrazy wyraźniejsze i bogatsze w treści, a sensy – jaśniejsze, bardziej zrozumiałe i bardziej indywidualne niż uniwersalne. Bo taki właśnie jest świat „Animy” – to rzeczywistość pozbawiona fizycznej formy, pozbawiona pojęć, w których mogłaby się cała zamknąć. Wystarczy posłuchać, aby zrozumieć…

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

To była trudna, ale i budująca podróż. Ale Justyna zadbała o to, aby nikt, kto razem z nią wyruszy, nie zgubił się po drodze. Systematycznie rozbudowywała fabułę, dbała o oszczędność w gestach i mimice – tak, aby nie zakłócić dźwięków i nie odebrać słowom ich znaczeń. A to, czego ona sama nie wypowiedziała i nie wybrzmiało ze sceny, uzupełniały obrazy. Wspaniałym widokiem było obserwowanie dojrzałej Artystki na tle… jej samej sprzed dwudziestu lat („Grawitacja” – wizualizację tworzyły sceny z teledysku). Dobrym krokiem był też minimalizm widoczny w niechaotycznych obrazach – pulsującego słońca, subtelnie falującej wody. Takie rozwiązania nie rozpraszały uwagi odbiorcy.

Jeden tylko mam zarzut w tym zakresie – związany w wykorzystaniem obrazów z „Marii Magdaleny” – projektu, nad którego wizualną stroną czuwał Michał Pańszczyk. Dla fanów Justyny Maria Magdalena („All Is One: Pilgrimage of the Soul”) otoczona jest swego rodzaju sacrum. To przedsięwzięcie, które cały czas szuka swojego miejsca. Ale musi to być jego miejsce, nie żadne inne. Na pewno nie koncerty Justyny Steczkowskiej, bowiem „Maria Magdalena” nie jest „Justyną Steczkowską”. Koniec i kropka. Gdy zobaczyłam pocięte obrazy, sklejone niechronologicznie (gdzie w projekcie wyjątkowe znaczenie ma linearność zdarzeń), czułam, jakby ktoś wtargnął w sferę sacrum bez należnego jej szacunku, z kulturową obojętnością i swego rodzaju barbarzyństwem. Mocne słowa, wiem. Ale „Maria Magdalena” – tak w warstwie muzycznej jak i wizualnej NIE JEST projektem komercyjnym. Jest projektem cichym, ale otoczonym prawdziwą i szczerą miłością odbiorców. Nie wolno jej traktować jako tło do czegoś – nawet jeżeli jest to mądra opowieść z „Animy”. Takiemu wykorzystaniu obrazów z „All Is One” mówię stanowcze NIE.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

To w zasadzie jedyne ALE, które mogę znaleźć. Koncert promocyjny był wspaniałym, ale i trudnym powrotem (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Artysta musi bowiem stawiać odbiorcom poprzeczkę wysoko – tak, aby oni mieli możliwość rozwijać się przy jego twórczości, odkrywać to, co nowe, nieznane dla nich. A z tego, co można było zaobserwować, Justyna Steczkowska bardzo dobrze czuje się w roli przewodnika. I obdarzona jest zaufaniem, dzięki któremu może prowadzić publiczność w to, co nieznane. Musi szanować to zaufanie, bo bez niego żadna, nawet najpiękniejsza podróż by się nie odbyła. I tego Jej życzę.

A sobie – sobie życzę częstszych powrotów do „Animy”.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

Na koniec wspomnieć mogę jeszcze o dwóch zaskoczeniach. Pierwszym był „Pryzmat”, który Justyna naprawdę bardzo rzadko wykonywała na żywo. To utwór, będący lustrzanym odbiciem dawniejszego przeboju artystki – „To mój czas”. Jednak tamten, popowy, pełen jest młodzieńczej krnąbrności, nieustępliwości, determinacji. „Pryzmat” natomiast zachwyca dojrzałością, świadomością nieuchronnego, pełnym przeżywaniem „TERAZ”. „Pryzmat” jest tym utworem, w którym można dostrzec całą złożoność przemian, które zaszły w Artystce.

Drugą niespodzianką, która naprawdę wywołała uśmiech na mojej twarzy, był pierwszy z bisów – „High Heels”. To pierwszy raz, kiedy Justyna zdecydowała się wykonać ten utwór na żywo. Czy to jeszcze kiedyś powtórzy? Oby! Bo wyszło smakowicie, z takim znaczącym przekąsem i nutką kokieterii.

Fot. Paweł Deska/ Royal Concert

Spoglądając na moje półki z płytami widzę krążki, które przesłuchałam tylko raz w życiu, jak i te, które, które dały mi muzykę mojej codzienności. I to jest chyba prawdziwa wartość pracy artystycznej – stworzyć coś, do czego odbiorca chce wracać, za czym tęskni, co chce stale odkrywać, co dojrzewa razem z nim i dzięki temu nieustannie obdarza „nowym”. I taka jest właśnie „Anima”.

SETLISTA:

  1. Anima
  2. Terra
  3. Wybaczcie mnie złej
  4. Szachmistrz
  5. Leć
  6. Grawitacja
  7. Pryzmat
  8. To co jest ci dane
  9. Nie jestem tym kim byłam
  10. Kochankowie syreny
  11. Sanktuarium
  12. Modlitwa

BIS:

  1. High Heels
  2. Wracam do domu

Przeczytaj również...

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *