Kasia Kowalska – Aya – recenzja

Od premiery najnowszego albumu Kasi Kowalskiej minęło już trochę czasu. I dobrze – pierwsze recenzje, pisane naprędce, zapewne zginęły już pod wielkim “wow”, natłokiem myśli i porównań, których temu wydawnictwu nie brakuje. “Aya” to jednak nie jest kolejny album w karierze Artystki. To coś na wzór filozoficznej wiwisekcji, którą odczytać można niezwykle indywidualnie, intymnie wręcz, ale też takiej, która ma wymiar uniwersalny.

Długo szukałam punktu wyjścia dla tej płyty. Od początku wiedziałam jedynie czego nie chce – nie chcę porównywać “Ayę” do poprzednich płyt. Kobieta, która na tym krążku odkrywa skrawek siebie, jest przecież zupełnie inną Osobą niż Kasia sprzed 10 lat (nota bene sama wyśpiewuje tę życiową prawdę, i to wprost 🙂 ) . Ten wniosek wydaje się logiczny, niemal infantylny. A jednak – konia z rzędem temu, kto pokaże mi recenzje, w której nie pojawiły się odniesienia do Kowalskiej sprzed dekady.

W tej się nie pojawią 🙂

Wspomniałam na początku, że szukałam istotnegu punktu wyjścia – kontekstu, który pozwoliłby otworzyć całą historię, czegoś, co będzie jak blok startowy dla sprintera. I znalazłam. To opowiadanie, do którego nawiązał w swoim artykule Artur Szutta (magazyn “Filozofuj!” nr 16). Wspomniał on o Poszukiwaczu Jorge Bucaya.

W skrócie historia Poszukiwacza wygląda tak:

Pewien podróżny, zmożony trudami wędrówki, postanowił odpocząć. Przysiadł więc w parku i rozejrzał się dookoła. Zorientował się wówczas, że miejscem jego spoczynku jest nie park, ale cmentarz – wokoło wędrowca wyrastały niewielkie nagrobki, na których, prócz imienia, znajdowały się też inskrypcje: “żył 6 lat”, “żył 8 lat”, “żył 10 lat”. Podróżny zatrwożył się i zapłakał. Jego szloch usłyszał kustosz cmentarza – podszedł do wędrowca i zapytał o przyczynę tego smutku. Gdy wędrowiec wskazał na znajdujące się dookoła nich nagrobki, na których żaden nie zawierał inskrypcji mówiącej o tym, że pogrzebany żył więcej niż 15 lat, kustosz poklepał go wymownie po ramieniu, jakby chcąc podtrzymać na duchu.
– Nie płacz – powiedział kustosz. – Pozwól, że opowiem ci o tutejszej tradycji. Widzisz, przybyszu, w naszym mieście jest taki zwyczaj, że gdy tylko ktoś kończy 15 lat, otrzymuje w prezencie dziennik. Od tego dnia zapisuje w nim wszystkie ważne, pełne emocji momenty – te które wywołały radość, ale też i te, które zrodziły łzy. Zapisuje ich datę oraz czas trwania. Po jego śmierci sumujemy te przeżycia i odpowiednią dla nich wartość zapisujemy na nagrobku. To bowiem czas tych emocji stanowi właściwą wartość i jakość życia. Wszystko co poza nimi, jest po prostu trwaniem.

Puenta wypływająca z opowiadania Bucaya spotyka się z tym, co skrywa w sobie “AyaKasi Kowalskiej. To pytanie o wartość przeżyć – o czas ich trwania, efektywność ich istnienia w naszym życiu. To wyraźnie postawione pytanie: co z tym zrobiłeś/zrobiłaś? Bez względu na to, czy był to smutek, czy radość? Jak wykorzystałaś/wykorzystałeś ten czas?

Źródło: kasiakowalska.pl

Dla Kasi Kowalskiej widać, że był to okres wzmożonej pracy nad sferą emocji – nie tyle próba ich okiełznania i zapanowania nad nimi, co podjęcie wysiłku zrozumienia. Na nim opiera się bowiem nasza umiejętność presupozycji – wychodzenia w przyszłość, przewidywania, a wraz z nią – podejmowania decyzji. W przepiękny sposób historię tę otwiera tytułowy utwór – Aya – o którym pisałam już jakiś czas temu (teledysk naprawdę warto jest zobaczenia – zachęcam więc do lektury – TUTAJ).

Oczywiście na płycie nie zabrakło także bardzo biograficznych momentów (Dla Taty), ale czy naprawdę chodzi o to, aby muzykę Kasi Kowalskiej odczytywać przez pryzmat jej emocji? Czy może to tylko katalizator do rozpoczęcia poszukiwań własnego katharsis i źródła indywidualnego oczyszczenia? To chyba też odpowiedź na filozoficzne pytanie Bucaya – jak wykorzystałaś/wykorzystałeś czas tych emocji, które Ci zostały dane?

Kowalska przekuła je w nieśmiertelność. Zamknęła w zastygłym bursztynie, dzięki czemu może po nie sięgać kiedy tylko zechce…

Zatrzymać czas
Poczuć siłę zwykłych chwil
Niech letni wiatr niespokojne uśpi sny
Tak niewiele chcę
Niech letni wiatr osuszy łzy

Czyż nie o tym pisał Jorge Bucay? 🙂 Czy nie tak wygląda właśnie historia Poszukiwacza? 🙂 I jeżeli spojrzeć tak dokładnie na całą płytę, to widać wyraźnie spójność narracji – także na poziomie muzycznym, gdzie nie brakuje ciekawych eksperymentów (chociażby łączenie folkowych brzmień z klasycznym pop-rockiem). Mogę powiedzieć nawet więcej – Kowalska od początku chce odbiorcy dać jasno do zrozumienia na co powinien zwrócić uwagę i w jaki sposób przeżyć tę “chwilę” z nią. A już najdobitniej czyni to utworze Czas się kurczy

To, co w życiu liczy się
Dotyk kogoś, kto chce z tobą być
Na dobre i na złe
Otwórz oczy, serce bij
Miłość ta uzdrowi cię
Miłość leczy nas

Nie chcę czekać już więcej
Czas się kurczy, więc śpiesz się
Dzień i noc

To zaledwie chwila – tak jak te z opowiadania Bucaya. Ale jakże może być wartościowa, jeżeli zostanie przeżyta świadomie – jeżeli odbiorca pozwoli otworzyć skrzynię pełną emocji i wspomnień – tych miłych, i tych trudnych.

Po tych kilku wnioskach można podejrzewać, że płyta zakrawa o miano lizaka – przesłodzonego do granic możliwości 🙂 Nic podobnego. Nie brakuje w tym wydawnictwie refleksyjnych, pełnych namiętności kompozycji, które mogłyby brzmieć ponuro, gdyby nie muzyka. No właśnie – muzyka. Ta muzyka, która odczarowuje słowa i zmienia ich znaczenie – ta, która tworzy kontekst dla emocji i dzięki której melancholia staje się tajemnicą, a mrok i niepewność przekształcają się w chęć odkrywania i podążania “na drugi brzeg morza” (Czerń i Biel).

Źródło: kasiakowalska.pl

Na koniec wspomnę jeszcze i kilku perełkach – moich perełkach na tej płycie.

Pomijając już całą filozofię 🙂 warta uwagi jest kompozycja “Wyspy Miliardów Gwiazd” – muzycznie chyba najciekawszy, najbardziej nieprzewidywalny utwór. Czuć w nim chęć eksperymentowania i penetrowania zupełnie nowych przestrzeni muzycznych. Nowych, ale jednocześnie głęboko zakorzenionych w tym, co dzisiejsza pop-papka traktuje już jako historię. Niech więc “Wyspy Miliardów Gwiazd” pozostaną numerem 1 wartym wyróżnienia.

Somewhere Inside” – utwór zaśpiewany w duecie z Alannah Myles jest po prostu smaczny. Przyzwyczajeni i osłuchani z polskim singlem (Alannah), mamy okazję wsłuchać się w plastyczność i uniwersalność przekazu. Brzmi inaczej, a jednak pozostaje tym samym utworem, z tym samym sensem 🙂 Tutaj więc punkt drugi godny podkreślenia.

Tam gdzie nie sięga ból – tutaj wybitnie można pokochać Kasię za wokal. Aż szkoda, że takich przejść, z taką nutą dramatyzmu jest tak mało. Kowalska, jak dla mnie, tym utworem stawia kropkę nad “i”. Jeżeli jeszcze ktoś podejrzewał, że nie jest w stanie unieść głosem najtrudniejszych emocji, to ten utwór zweryfikuje jego postawę. Pięknie się tego słucha – jest w tej walce spokój i pewność siebie. Nie ma wyduszonych dźwięków, ale nie ma też sztucznego ugłaskiwania emocji. To, co trzeba przeżyć, Kowalska pozostawia do przeżycia. Oczywiście decyzja po stronie odbiorcy – on ostatecznie zadecyduje czy podąży tą ścieżką.

OCENA
  • 6/10
    Okładka/opakowanie - 6/10
  • 8/10
    Muzyka - 8/10
  • 9/10
    Wokal - 9/10
  • 9/10
    Teksty - 9/10
8/10

PODSUMOWANIE

W wydaniu graficznym “czegoś” jednak zabrakło. Sesja zdjęciowa przepiękna – jednak brak mi tam motywu spajającego całość. Płyta trzyma spójną narrację, zaś samo jej “opakowanie” – nie. A szkoda, bo mogłoby być ciekawym dopełnieniem.
Muzyka traci kilka drobnych punktów na asekuracyjnym eksperymentowaniu. Jest kilka momentów, w których zabrakło albo umiejętności określenia się po jednej stronie, albo odważnego “pójścia na całość”. I to słychać – ten asekuracjonizm (“Wyspy miliarda gwiazd”).
Teksty super. Z jednym małym potknięciem w postaci “Miłosnych zbrodni”. No ja nie czuję tutaj cha-chy ;]
Do wokalu nie powinnam się przyczepiać, ale momentami – przez asekuracyjne kompozycje – traci.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *