Kiedyś “ubierała się na czarno”… – czyli koncert Ani Wyszkoni

Magdalena M. Jaroń

Kiedy ją poznałam “ubierała się na czarno i lubiła śpiewać”. Nosiła martensy, a jej znakiem rozpoznawczym pozostawały wpadające w ciemny burgund włosy do ramion i niski, altowy, matowy głos. Nie było w niej wówczas nic niezwykłego – do czasu, aż weszła na scenę. Bo to właśnie stamtąd Ania Wyszkoni opowiadała najpiękniejsze historie.

gala.pl

Moja droga muzycznych inspiracji odeszła daleko od Ani Wyszkoni. Był czas, że znajdowałyśmy się na przeciwległych biegunach. A kiedy intuicyjnie czułam, że jesteśmy już bliżej jakiegoś punktu wspólnego – usilnie broniłam się przed poznawaniem Ani na nowo. Lubiłam tamtą dziewczynę. Pod sztandarem jej rockowej energii minęły mi nastoletnie lata. To były ważne dla mnie wspomnienia – piękne i wartościowe. To było złoto i najcenniejszy skarb mojej wczesnej młodości 🙂 Sztandar mojego buntu. I wcale, ale to wcale nie chciałam wprowadzać Ani Wyszkoni w świat dojrzałości, kobiecej zmysłowości, delikatności, łagodności… Wcale 🙂  Z jej karierą pozostawałam jednak “na bieżąco” – mimo wszystko w sercu pozostał sentyment. Wiedziałam co tworzy, w którą stronę kierują jej artystyczne ścieżki, ale koncertów unikałam z premedytacją…

W końcu pojawił się Ktoś, kto koncertującą Anię Wyszkoni zna niemal na wylot. I otrzymałam argumenty, z którymi ciężko było się spierać: że wokalnie jest zupełnie inaczej, że wizualnie wszystko jest dopięte na ostatni guzik, że można poczuć się zaskoczonym, że to przyjemne dla oka i ucha… Ewelino – tutaj ogromny ukłon w Twoją stronę 🙂 I wielgachne “dziękuję” za to, że przez ostatnie dwa lata regularnie wierciłaś mi dziurę w brzuchu i że dzięki Tobie temat koncertów Ani wracał do mnie jak bumerang.

fot. Ewelina Jaworska

Wracając jednak do samego koncertu – rozpoczęło się z nutką niedopowiedzenia. Stojąc pod samą sceną aż żałowałam, że nie ma mnie w tym czasie w którymś z ostatnich rzędów, tam z pewnością widzowie mogli w pełni zachwycić się widowiskiem. Scena zasłonięta czarnym suknem (jak za starych i dobrych czasów “Łez” 🙂 ) – tym razem nie było jednak bariery zza której dobiegać miał jedynie dźwięk. Ania z zespołem rozpoczęli swój spektakl bardzo zmysłowo, dając obietnicę rozbudzenia wszystkich zmysłów. Światła pozwoliły dopowiedzieć kilka znaczących wersów do całej historii. Bo chociaż słychać było o miłości, pewności siebie, niezależności, to dopiero obraz stał się opowieścią o kobiecości, subtelności i zmysłowości.

fot. Ewelina Jaworska

To, czym Ania bezapelacyjnie mnie ujęła już od pierwszych minut koncertu, to szacunek z jakim odnosi się do swojego zespołu. Wielu Artystów zapomina o tym, że SĄ dzięki całemu sztabowi ludzi, którzy pracują dla nich i na nich – dzień i noc – wkładając w to swoje serce, pasję, czas i wiedzę. Takie gesty wdzięczności są niezwykle ważne i pozwalają tworzyć team na lata. I dzięki temu odbiorca ma szansę otrzymać niezwykłą atmosferę, która przychodzi do niego ze sceny.

Brawa też za szacunek wokalistki do publiczności – za pokorę, schyloną głowę i wdzięczność. To droga, która przez lata będzie prowadziła po ścieżkach usłanych artystycznym zaufaniem i szczerym przywiązaniem odbiorców.

Natomiast z perspektywy muzycznej bez wątpienia mile zaskoczyły mnie aranżacje – dla nich rzeczywiście warto wybrać się na koncert. Są inne, przemyślane, czasami bardziej ascetyczne niż albumowe wersje utworów. Dzięki nim Ani Wyszkoni udaje się otworzyć utwory na zupełnie nowych odbiorców – na ich doświadczenia, przeżycia, wspomnienia – tak indywidualne i niepowtarzalne. Zachwycona jestem wirtuozem gitarowych strun – Markiem Radulim. Tak jak nigdy gitara nie jest w stanie do mnie przemówić, tak tym razem z szeroko otwartymi oczyma wpatrywałam się gryf, na którym Marek pisał własne historie. Elegancja, z jaką przechodził od jednego dźwięku do drugiego, potrafiła wprawić w osłupienie.

fot. Ewelina Jaworska

Po sobotnim koncercie w pamięci zachowam kilka momentów. Jednym z najwyraźniejszych pozostanie wykonanie utworu “Z ciszą pośród czterech ścian“. Koncertowa aranżacja kładzie na łopatki wersje z albumu studyjnego. Do tego dodać należy również wokal Ani, który pozostaje pełny i silny. Pamiętam czasy, kiedy Ania szarpała dźwięki – skakała między nimi nieśmiało, jakby bojąc się przepaści. Dlatego teraz z tym większą rozkoszą wsłuchiwałam się we fragmenty oparte na krótkich wokalizach, w których na próżno szukać niedoskonałości.

fot. Ewelina Jaworska

Bez wątpienia miłym akcentem było też muzyczne spojrzenie wstecz. Medley będący artystyczną mozaiką i historią Ani Wyszkoni chyba nie tylko u mnie wywołał uśmiech od ucha do ucha. Była Sandra i jej “Maria Magdalena“, Alanis Morissette buntująca się w utworze “Ironic“, Myslovitz – “Długość dźwięku samotności“, no i oczywiście kultowa już “AgnieszkaŁez. I z ręką na sercu przyznaję – tak jak nigdy nie lubiłam tego utworu, tak teraz go kocham 🙂 Nie za słowa ani muzykę – ale za wspomnienia i fragment nastoletniego szaleństwa, które odzyskałam w sobotnią noc. 🙂 Naprawdę – przez te kilka minut było jak za dawnych lat – kiedy jedynym problemem była platoniczna miłość i zbliżająca się kartkówka z matmy 🙂 Reasumując: tęskniłam za rockową dziewczyną z Tworkowa, no to ją dostałam 🙂

Nie żałuję, naprawdę nie żałuję, że poszłam na koncert. Ania jest dzisiaj zupełnie inną artystką – w zasadzie nawet nie powinno się jej porównywać do Ani sprzed kilkunastu lat. Ale pozostała w niej ta sceniczna autentyczność, dzięki której kiedyś, na niewielkich klubowych scenach, a potem ogromnych scenach międzynarodowych festiwali pociągała za sobą publiczność. Dopiero po koncercie zrozumiałam, że przez te wszystkie lata obawiałam się, że wraz ze zmianami towarzyszącymi metamorfozom muzycznym, zmieniła się też sceniczna wrażliwość i otwartość Wyszkoni. Cieszę się, że przekonała mnie do siebie – na nowo!

Na koniec pozostaje mi jedynie wspomnieć swój wpis sprzed roku:

Mam nadzieję, że uda mi się w końcu dotrzeć na koncert Ani – po tylu latach naprawdę ciekawa jestem jak zmieniła się na scenie. Mam również marzenie, aby – już jako dojrzała kobieta i krytyk sztuki – uścisnąć jej dłoń i pogratulować świadomych, artystycznych decyzji. [Czytaj całość]

Mogę odhaczyć! 🙂 Marzenie spełnione.

Zdjęcia z sobotniego koncertu:

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *