Koncert Muzyki Filmowej w Poznaniu – cz. 2

Im dalej w las, tym więcej drzew… Im lepsze wykonania serwowali nam Artyści, tym większe okazywały się nasze – odbiorców – wymagania. Nic więc dziwnego, że po naprawdę magnetycznym występie Justyny Steczkowskiej, Januszowi Radkowi przypadła trudna rola. Ale nie tylko jemu. Koncert Muzyki Filmowej tak naprawdę dopiero się zaczynał – wchodził w swój “Złoty wiek”.

43 minuta…

– “Ne me quitte pas” ~ “Nie opuszczaj mnie” – Janusz Radek –

Ne me quitte pas” to jeden z tych utworów, który za każdym razem wzrusza, porusza i zanurza w melancholii. Takich utworów nie można odrywać od oryginału – każda kolejna interpretacja musi oddać ducha, który został zamknięty w wykonaniu Jasquesa Brela. Dlatego też każdorazowe zmierzenie się z tym utworem stanowi ogromne wyzwanie. Jak nie kopiować, nie powielać, ale jednocześnie – nie zmieniać?

Jednym z najdoskonalszych wykonań (mam tutaj na myśli polską scenę muzyczną) jest interpretacja Michała Bajora. Nie ma co ukrywać, że “Nie opuszczaj mnie” jest utworem, w którym najdobitniej brzmi męski głos. Dlaczego? Bo delikatność i łagodność kobiecego wokalu nie stworzy kontrapunktu dla warstwy muzycznej. Może ją podkreślić, ale się z nią nie skontrastuje. Co oczywiście nie zmienia faktu, że doczekaliśmy się kilka naprawdę pięknych, kobiecych interpretacji. Wśród tych najbardziej poruszających wspomnieć można chociażby Edytę GeppertEdytę Górniak czy Anię Wyszkoni (i w tym miejscu przychylam się najbardziej do wykonania Górniak, która wygrywa przede wszystkim wejściami w refren).

fota-1-39
Fot. Paweł Deska

Janusza Radka w takim repertuarze jeszcze nie słyszałam. A to dość niebezpieczna dla Artysty sytuacja, kiedy podejmuje się on wykonania utworu, który słyszałam już w tak wielu, różnych interpretacjach. O wiele trudniej jest mu wtedy zaskoczyć mnie – zarówno jako krytyka, jak i odbiorcę oczekującego przede wszystkim solidnej dawki emocji. Zastanawiałam się czy Radek znajdzie w “Nie opuszczaj mnie” przestrzeń dla siebie i swojego głosu?

 

Czy będzie umiał wprowadzić do interpretacji nowy sens?

Czy znajdzie taki kompromis, który pozwoli mu nie odchodzić od oryginału, ale jednocześnie stworzyć coś zupełnie nowego?

Nawet gdyby zdecydował się podążyć którąkolwiek ze znanych już ścieżek interpretacyjnych – nie byłoby to dla mnie wystarczające. Od Artysty z takim dorobkiem i takim talentem oczekuje się czegoś więcej…

Czekałam więc w napięciu, w skupieniu, w dobrze znanym artystycznym poddenerwowaniu.

Już przy pierwszych dźwiękach byłam spokojna o aranżację. Dopracowana, nieudziwniona, a jednak inna – rozbudzająca ciekawość. I trzeba przyznać, że brzmienie symfoniczne jest najlepszym, co utwór “Nie opuszczaj mnie” może dostać.

Wróćmy jednak do Janusza Radka. Zastanawiałam się jak sobie poradzi z “wejściem”. Rola wokalisty rozpoczyna się w bardzo niewdzięcznym momencie – w pauzie, w ciszy, w trwaniu. Tym samym – to on, przez tę jedną chwilę staje się “dyrygentem” dla całej orkiestry. Jeżeli rozpocznie zbyt wcześnie – pauza przestanie być nośnikiem emocjonalnym, nie odda tego wszystkiego, co związane z nastrojowością. Jeżeli rozpocznie zbyt późno – efekt będzie podobny. Artysta sam, bez pomocy nikogo, musi wiedzieć – a raczej czuć! – kiedy powinien wejść. Dla widzów z wyrobionym gustem muzycznym, dla słuchaczy umiejących wyłapać każde spóźnienie w wejściu w takt znaczenie mają nawet ułamki sekund. A Artysta – w tym przypadku Janusz Radek – zostaje na scenie z tym zadaniem sam.

I udało mu się.

img_2278
Fot. Paweł Deska

Ogromnie zaskoczona byłam tym wszystkim, co Janusz Radek wprowadził do utworu jako “swoje”. Trzeba przyznać, że idealnie panował nad dramatycznością, którą w tym przypadku potraktować należy jako wartość estetyczną. Radek ustawił ją nad przepaścią, gdzie za wytyczoną przez jego interpretację linią znajdowała się “wzniosłość”. Była odczuwalna, ale nie można było jej dotknąć. Zatrzymał więc odbiorców w uczuciu samotności i nieustannie ratowanej od całkowitego zgaśnięcia nadziei – utrzymał nas w dramatyzmie.

I może wydawać się, że dla utworu “Nie opuszczaj mnie” nie jest to nic nowego. Ale przypieczętowaniem całości była interpretacja muzyczna niektórych wersów. W szczególności, kiedy Radek wyśpiewywał “… a królową ty…“. W poprzednich wykonaniach, które miałam w pamięci, fragment ten był zawsze swoistym “gwoździem do trumny” – przypieczętowaniem nieosiągalnego. W wykonaniu Janusza to moment największego wzlotu nadziei – czuć tam tlącą się iskierkę optymizmu. I zapewne niektórym, przyzwyczajonym do w pełni dramatycznych interpretacji, właśnie przez ten niuans wykonanie Artysty może nie przypaść do gustu. Mnie przypadło!

Jest jeszcze kilka akcentów w tym wykonaniu, które po prostu muszę podkreślić. Po pierwsze – dołożyć do tego wszystkiego należy wyczuwalną paraboliczność: Radek prowadził odbiorców przez świat umierającej nadziei, aby zaraz potem podsycić ją gorącymi pragnieniami. A potem znowu wędrowaliśmy wszyscy w ciemne, nieznane przestrzenie. Takie wykonanie to bardzo skuteczna recepta na muzyczną nudę – przy takiej labilności nie sposób bowiem przewidzieć, co stanie się za chwilę.

Drugą kwestią, którą pozwolę sobie podsumować ten występ, jest zgranie Janusza Radka z aranżacją. W pamięci mam jego dialog z partiami smyczkowymi, które niejako łączyły wyśpiewywane przez Artystę wersy. Oczywiście takich rzeczy nie sposób oddać słowami – przekładanie muzyki na tworzywo słów jest zabiegiem z góry skazanym na niepowodzenie. Jednak nie mogę oprzeć się pokusie, aby przynajmniej nie zaznaczyć, że moim ulubionym momentem był waśnie ten, w którym pomiędzy powtarzanymi po sobie frazami “…nie opuszczaj mnie…” pojawiało się subtelne podciąganie dźwięku (smyczki).

48 minuta

– Grażyna Torbicka –

To, z jaką lekkością Grażynie Torbickiej przychodziły kolejne zapowiedzi, budzi ogromny podziw. Co najważniejsze i co powinno być wskazówką dla wszystkich, którzy kiedykolwiek chcą zmierzyć się z rolą konferansjera – nie prowadziła ona monologu lecz żywy dialog z publicznością. I tutaj mogłabym rozpisać się na temat funkcji językowych i zabiegów retorycznych, ale niech magia tego dialogu pozostanie w sferze magii i tajemnicy 🙂

50 minuta…

– SKYFALL /”Skyfall” – Krzysztof Cugowski/ –

Kolejna perełka tego koncertu. Mało tego – śmiem nawet twierdzić, że wykonanie lepsze od oryginału. Dopiero głos Cugowskiego wydobył ze “Skyfall” całą przestrzenność. Oczywiście w wykończeniu całości pomogła fenomenalna aranżacja – trzeba przyznać, że była naprawdę doskonale opracowana.

img_3675
Fot. Paweł Deska

Tutaj w zasadzie nie ma o czym pisać. Krzysztof Cugowski praktycznie rozniósł swoim głosem Halę Arena w Poznaniu. Na długo w pamięci zachowam refren “Skyfall” w jego wykonaniu.

Fantastyczne okazało się też wykończenie utworu. Płynna, zachowująca pełną linearność linia melodyczna została subtelnie “nakłuta” akcentującymi rytmiczność smyczkami.

 

55 minuta…

– ŚNIADANIE U TIFFANY’EGO /”Moon River” – Justyna Steczkowska & Krzysztof Kiljański/

img_2325
Fot. Paweł Deska

I tak, jak gitara bardzo przeszkadzała przy “9 wrotach“, tak tutaj stanowiła wspaniałą analogię i sposób powiązania nowej aranżacji z oryginałem. Tym bardziej nie przeszkadzała, gdyż w późniejszych partiach jej rolę przejęło pianino. Doskonałe wyważenie pomiędzy tymi dwoma akcentami.

Co więcej – JustynaKrzysztof rzeczywiście oddali nastrój utworu i na chwilę wprowadzili wszystkich w świat, który pamiętamy z “Śniadania u Tiffany’ego“. On – poważny, stateczny, a nawet niejednokrotnie zaskoczony jej spontanicznością. Ona – radosna, pełna życiowej energii, zdająca cały czas rozglądać się za “Panem Kotem”… Ładny to był widok i przemiłe dźwięki dla ucha.

59 minuta…

– DZWONNIK Z NOTRE DAMME /”Kiedyś” – Mietek Szcześniak/ –

Doskonale znamy Mietka Szcześniaka, więc nie może dziwić, że w swoim repertuarze odnajduje się on jak ryba w wodzie. Długie, miękkie dźwięki to jego znak rozpoznawczy. I tutaj ich nie zabrakło. Szcześniak nie udziwniał, nie dekorował zbytnio tego wykonania, nie improwizował. Dzięki temu obdarzył wszystkich naprawdę rozkosznym spektaklem dźwięków.

64 minuta…

– WŁADCA PIERŚCIENI: DRUŻYNA PIERŚCIENIA /”May It Be” – Justyna Steczkowska/ – 

fota-1-21
Fot. Paweł Deska

Enya dała nam, odbiorcom kultury, coś niezwykłego – dała nam możliwość wejścia do lasów Lothlórien. Zanurzenia się w świecie tolkienowskich zdarzeń, spojrzenia ukradkiem na Galadrielę i przejścia przez najbardziej tajemnicze zakątki Śródziemia. By odtworzyć tę aurę potrzeba starannie przemyślanych dźwięków, które zarysują przestrzeń królowej rodu  Ñoldorów. W tak delikatnych, łagodnie falujących utworach jak ten, każda, nawet najmniejsza niekonsekwencja może zakończyć się katastrofą – rozwianiem mistycznej mgły spowijającej Lothlórien.

fota-1-41
Fot. Paweł Deska

Dlatego tym bardziej przemawiające było wykonanie Justyny.  Można powiedzieć, że wydobyła z siebie wszystko, co elfickie. 🙂 Jej głos, chociaż tak inny od głosu Enyi, to jednak idealnie wkomponowujący się w nastrojowość tego utworu.

Słów kilka trzeba jeszcze powiedzieć o oprawie scenicznej. W tym przypadku zasługuje ona na szczególne uznanie. O ile w innych utworach mogła, ale nie musiała być dodatkiem, tak w przypadku “May It Be” stała się ona komponentem niezbędnym. Justyna pojawiła się na scenie w pięknym, przysłaniającym ją do samych stóp płaszczu, który przypominał te, które nosiły Elfy z lasów Lothlórien.

68 minuta…

– MISSION IMPOSSIBLE /temat z filmu – instrumental/-

– JAMES BOND /temat z fimu – instrumental/ –

Tym instrumentalem zakończyła się pierwsza część koncertu. Ciesząc się dźwiękami można było również śledzić narrację opowiadaną tańcem. Po przerwie – odbiorcy mieli okazję pozostać na chwilę w tematyce “misji niemożliwych” – tym razem towarzyszył im motyw z Jamesa Bonda.

img_4885 img_4890

Fot. Paweł Deska

76 minuta…

– ROBIN HOOD /”Everything I Do” – Justyna Steczkowska & Andrzej Piaseczny/

fota-1-25
Fot. Paweł Deska

Już przy pierwszych dźwiękach zabrakło wprowadzenia Grażyny Torbickiej. Naprawdę 🙂 Tak szybko przyzwyczaiła widownię do siebie, że chyba wszyscy byli zdziwieni jej nieobecnością. Tutaj jednak rolę konferansjerów wzięli na siebie JustynaAndrzej. Krótkim, sympatycznym wprowadzeniem pozwolili nam wejść do Sherwood.

img_2372
Fot. Paweł Deska

Wykonanie bardzo przyjemne, pogodne, ale dla mnie to za mało. Może też trudno porównywać utwór popowy (bo przecież “Everything I Do” do takich trzeba zaliczyć) z takimi kompozycjami, jak chociażby “Dziewiąte wrotaKilara. Co jednak trzeba przyznać – utwór ten brzmi o wiele lepiej w duecie damsko-męskim niż w solowym wykonaniu, które pamiętamy dzięki Bryanowi Adamsowi.

 

80 minuta…

– PHILADEPHIA /”Streets of Philadelphia” – Krzysztof Kiljański/-

I tak, jak nigdy Krzysztof Kiljański nie był w stanie przekonać mnie do siebie, tak tym wykonaniem zdobył moje serce. Trzeba przyznać, że w utworach o przyjemnym, bluesowym zabarwieniu, w którym dominuje trąbka, Artysta czuje się najlepiej. I najlepiej też brzmi w takich kompozycjach.

fota-1-19
Fot. Paweł Deska

Streets of Philadelphia” to jeden z moich ulubionych kawałków “na drogę”. To utwór, przy którym chce się pokonywać kolejne kilometry. A podróż to zawsze doskonały pretekst do tego, aby poznawać. I tym razem miałam okazję poznać Krzysztofa Kiljańskiego. Rzadko zdarza mi się z takim uśmiechem na twarzy odpoczywać przy muzycznej “lekturze”. Krzysztof zdaje się jednak doskonale czuć amerykańskiego ducha, który zamknięty został pomiędzy dźwiękami Bruce’a Springsteena. Jego wykonanie to również niepodważalny dowód na to, że nie potrzeba nie wiadomo jakich udziwnień i ornamentów, aby stworzyć wyjątkowo romantyczny i pełen ciepła nastrój.

85 minuta…

– Grażyna Torbicka – 

Każdy powrót Grażyny Torbickiej rozbudzał ciekawość 🙂  Co tu dużo ukrywać. I poznańska publiczność doceniła ją brawami, bo gdy tylko mikrofon przypadł w udziale Tomkowi Szymusiowi, ten zaakcentował obecność i rolę Torbickiej w projekcie. A w Hali Arena rozległy się niesamowite owacje!

88 minuta…

– CINEMA PARADISO /motyw – instrumental/-

– DAWNO TEMU W AMERYCE / motyw – instrumental/-

– OJCIEC CHRZESTNY / motyw – instrumental/-

Muzyczna opowieść o różnorodności włoskiego świata filmu. Opowieść przeplatana dźwiękami Ennio MorriconeNino Rota. Dopełnieniem wszystkiego stał się oczywiście obraz i ruch, czyli tancerze, którzy swoim ciałem prowadzili narrację.

95 minuta…

– Grażyna Torbicka – 

Nie sposób nie przyznać Torbickiej racji. Zapowiadając kolejny utwór – “Kołysankę Rosemary” – podkreśliła wyjątkowość wykonania. I rzeczywiście – Justyna Steczkowska jak żadna inna wokalistka jest w stanie wydobyć z “Kołysanki…” dosłownie wszystko.

Bardzo się cieszę, że Państwo będą mieli okazję usłyszeć tę właśnie kołysankę w wykonaniu artystki, której talent wokalny wydobywa wszystkie niuanse, jakie ta kołysanka Krzysztofa Komedy ze sobą niesie…. [Grażyna Torbicka]

97 minuta…

– DZIECKO ROSEMARY /”Kołysanka Rosemary” – Justyna Steczkowska/ –

Jedno z moich ulubionych wykonań z tego koncertu – tak pod względem muzycznym, jak i wizualnym. Justyna stała niemal nieruchomo, a od dołu sceny oświetlało ją reflektor. Zdawała się więc stać w ogniu. Całości dopełniała jej falująca, czerwona suknia, która w kompozycji ze światłem i wiatrem naśladowała żywe i zachłanne płomienie.  To było naprawdę bardzo ciekawe zjawisko.

img_3892
Fot. Paweł Deska

img_0692

Fot. Paweł Deska

I tak, jak powiedziała Grażyna Torbicka, wokaliza Justyny wydobyła z “Kołysanki Rosemary” wszystko, co możliwe. Co więcej – należy też zwrócić uwagę na ciekawą aranżację. Dotychczas utwór ten nasiąknięty był nieco jazzową nutą. Tutaj, w wydaniu orkiestrowym, zyskał przestrzenność, jakąś wewnętrzną harmonię która pozwoliła skupić się na samej wokalizie.

img_3896
Fot. Paweł Deska

102 minuta…

– CZTERY WESELA I POGRZEB / “Love Is All Around” – Andrzej Piaseczny / –

fota-1-13
Fot. Paweł Deska

Pojawienie się na scenie Andrzeja Piasecznego z takim lekkim, popowym utworem zaraz po mrocznej wokalizie Justyny to naprawdę duży przeskok. Dobry dla tych, dla których wokalizy są “zbyt ciężkie”, ale trudny dla tych, którzy dopiero co weszli w nastrojowość kompozycji Kilara. To jednak ważne, że w trakcie koncertu nie zabrakło różnorodności.

Osobiście nie lubię – ani oryginału, ani coveru Wet Wet Wet. Dlatego też także wykonanie Piasecznego mnie nie powaliło. Lekkie, popowe, przyjemne dla ucha. Zachowane w nastrojowości utworu. Wzbogacone ciekawą aranżacją muzyczną, w której dekoracją bez wątpienia były skrzypce i przejścia, które tworzyła gitara elektryczna. Publiczności zgromadzonej w poznańskiej Hali Arena podobało się jednak bardzo, co z resztą wyraziła naprawdę głośnymi brawami 🙂

106 minuta… 

– GLADIATOR /”Now We Are Free” – Justyna Steczkowska/

img_2507
Fot. Paweł Deska

A zaraz potem na scenie ponownie pojawiła się Justyna. I w prawdzie instrumentalne wprowadzenie tego nie zapowiadało (uważam, że było niepotrzebnym akcentem, który nijak nawiązywał do tego, co ma lada moment wykonać artystka).

Mierzyć się z utworami, za którymi stoją takie nazwiska jak Hans ZimmerLisa Gerrard, to wyzwanie, które mogą podjąć jedynie najwybitniejsi artyści. I dotyczy to zarówno przygotowywania aranżacji, jak i samego wykonania.

Utwór przepiękny, więc w zasadzie sam się broni. Czegoś mi jednak tutaj zabrakło. Nawet trudno powiedzieć czego. Może to kwestia przyzwyczajenia do oryginału? Zdecydowanie najmocniejszą stroną “Now We Are Free”  był drug głos, który Justynie podłożyła jej siostra – Krystyna. W zasadzie rozpięła za Justyną niezwykle równe, czyste w brzmieniu, nieskazitelne płótno dźwięków, na którym solistka mogła malować swój obraz. Były też dwa momenty, w których orkiestra postawiła na naprawdę mocne forte – wówczas Justyny głos niejako zlewał się z nią. A głos Krystyny pozostawał wyjątkowo wyraźny.

img_3951
Fot. Paweł Deska

Przed tym wykonaniem byłam niezwykle ciekawa, czy Justyna zdecyduje się przemówić językiem Lisy, czy też postawi na improwizację. Miała do tego pełne prawo, gdyż słowa użyte przez Gerrard nie pochodzą z żadnego, skonwencjonalizowanego języka. Są jej własną mową – mową serca, mową dźwięków. A jednak Justyna postanowiła zaufać Lisie i pójść wytyczoną przez nią drogą. I dzięki temu obie udowodniły jak ważny w muzyce jest język, jak ważne są słowa – ich brzmienie i dopasowanie. W “Now We Are Free” na próżno szukać ostrego w brzmieniu “r”. Za to sporo jest łagodnych samogłosek… Ale to też temat na osobny artykuł 🙂

I tak minęło 114 minut koncertu… Ale to nie koniec 🙂 Pozostały jeszcze bardzo smaczne kąski i naprawdę intrygujące duety.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *