Lisa Gerrard – Twilight Kingdom – recenzja albumu

Kiedy miałam 15 lat i przeżywałam chyba najbardziej dekadencki czas w moim dotychczasowym życiu, kolega ze szkoły przyniósł mi płytę Dead Can Dance. To był moment, w którym po raz pierwszy “spotkałam” się z Lisą GerrardBrendan’em Perry. I w zasadzie od tamtego czasu ich mistyczna muzyka towarzyszy mi do dziś.

Oczywiście dużo się zmieniło. Dzisiaj nie sięgam po album DCD aby zanurzyć się w melancholii, ale by odpocząć. I zdecydowanie bardziej doceniam kunszt każdego z utworów. Jestem też bardziej krytyczna – nie wystarcza mi już jedynie “nastrojowość” muzyki, ale oczekuję od niej o wiele więcej. Nie zmienia to faktu, że nieustannie wracam do starych płyt Dead Can Dance. A najbardziej zachwycające jest to, że odtwarzając kolejne albumy po raz n-ty nadal mam wrażenie, że odkrywam je na nowo.

Dzisiaj słów kilka o płycie Lisy Gerrard – jej ostatnim solowym albumie, który ukazał się w 2014 roku. Długo się z nim oswajałam, wielokrotnie do niego wracałam, aż w końcu nadszedł czas aby napisać no nieco.

Recenzje, z którymi spotkał się album “Twilight Kingdom” okrzyknęły niemal jednomyślnie – nazwały krążek najlepszym z dotychczasowych, solowych przedsięwzięć Lisy. I to pierwsza i zasadnicza rzecz, której nie rozumiem i z którą nie mogę się zgodzić. Album jest INNY. Fakt. Ale odejście od odrobinę etnicznej i przesiąkniętej stylistyką new age kompozycji nie jest pewniakiem sukcesu.  By jednak wszystko wyjaśnić, muszę jeszcze na chwilę powrócić do Dead Can Dance i wcześniejszej solowej kariery – tak Lisy, jak i Brendana.

Praktycznie każda z płyt Dead Can Dance, a w szczególności albumy wydawane w latach 80., to kwintesencja walki żywiołów, które, pomimo ciągłego i wyczuwalnego w dźwiękach napięcia, uzyskiwały wysoki poziom harmonii. Właśnie dlatego muzyka DCD od zawsze była niepokojąca i kojąca zarazem. Oparta na paradoksie i bez tego paradoksu praktycznie nieistniejąca. Uzyskanie wyraźnego kontrastu, który przez wiele lat był osią kompozycyjną dla utworów DCD, pozwalało również zachować dramatyzm i podkreślić dekadenckość. To również dzięki temu utwory LisyBrendana owiane były mgłą niedopowiedzeń, mistyczną niejasnością i tajemnicą, która dla wielu odbiorców stawała się źródłem niezwykłych przeżyć, bliskich antycznemu katharsis.

Wspomniany wyżej kontrast to w dużej mierze zasługa doskonałej harmonii głosów. W zasadzie przez wiele lat to Perry pełnił rolę budowniczego niezwykłej katedry dźwięków. Przy każdym utworze dokładał kolejne cegły, scalał je trwale, wznosił okazałe wieże, które budziły zachwyt i uczucie wzniosłości. Jednak budowle te, pomimo piękna i długowieczności, pozostałyby w środku puste, gdyby nie głos Gerrard. Ciepły, łagodnie balansujący między mezzosopranem a kontraltem. I dopiero wtedy, gdy uzupełniali się wzajemnie, słychać było pełnię.

A jak to wyglądało w późniejszej karierze solowej artystów?

W zasadzie to trudno stwierdzić jednoznacznie. Trzeba mieć na uwadze fakt, że przyzwyczaili oni odbiorców do poczucia pełni, które mieściło się w dobrze znanych ramach, gdzieś pomiędzy mistycznym brzmieniem etno, a labilnością dźwięków new age. Przyznać należy, że Brendan pozostał bliżej stylistyki DCD. Lisa natomiast niejednokrotnie zaskakiwała. Nie eksperymentowała jednak – próbowała penetrować nowe muzyczne obszary, ale to wszystko pozostawało w pełni spójne z “tą Lisą“, którą wszyscy znamy chociażby z “Aion“.

Aż do 2014 roku.

No właśnie. Bo “Twilight Kingdom” zaskakuje i budzi mieszane uczucia. Włączenie albumu wywołało u mnie ogromne zdziwienie – już od pierwszego utworu. Powody są dwa.

  • Po pierwsze Lisa brzmi zdecydowanie inaczej. Słychać to od razu. Jej głos jest cięższy, poważniejszy – zupełnie tak, jakby chciała odrzucić na chwilę przypisaną jej rolę anioła muzyki. Jest bardziej demoniczna, co zaskakuje. Przyzwyczajona jestem do tego, że to Brendan brzmi bardziej “ludzko”, reprezentując zarazem sferę przemijania, obszar tego, co wpisuje się w profanum. Lisa natomiast, zawsze unosiła to “co ludzkie” do przestrzeni mistycznej, anielskiej – jej rolą było uświęcanie tego, co pozornie ulotne i wkomponowane w przemijanie i wnoszenie tego do sfery sacrum. A na “Twillight Kingdom” tego nie ma. Od razu pojawia się nastrój dekadencji. I nie ma od niego ucieczki, bo głos Gerrard potęguje uczucie ciążącego piętna eschatologii.
  • Po drugie – głos Lisy zawsze brzmiał wyraziście, był niezwyciężony. Nawet w duetach z Perrym. To samo dotyczy kariery solowej Lisy – partie instrumentalne zawsze były dla niej płótnem, na którym sama malowała obrazy. A w “Twilight Kingdom” jest zupełnie inaczej. To dźwięki, instrumenty, kompozycje są głównym narratorem opowieści. Niekiedy trudno jest się wsłuchać w partie wokalne, gdyż wybrzmiewają one już nawet nie na drugim, ale może i czwartym czy piątym planie! I im bardziej, jako odbiorcy, chcemy wsłuchać się w głos Lisy, uchwycić go i zatrzymać, tym bardziej przytłaczająca wydaje się muzyka. To chyba świadomie skonstruowana zasadzka prowadząca wprost w ramiona dekadencji. Podążając za obietnicą dawnej anielskości, która okazuje się iluzją, idąc za ideałem, który praktycznie sami wykreowaliśmy (bo przecież nikt nie obiecywał, że “Twilight Kingdom” wybrzmi tak jak inne albumy Gerrard), popadamy w świat pełen niepokoju, klaustrofobicznych i ciągnących się gęstą siecią dźwięków.

Nie chcę określać, czy to jest złe, dobre, korzystne czy też destrukcyjne dla tego albumu. Po prostu jest – i niech na tym etapie kwestie te pozostaną. Mam jednak wyraźny zarzut związany z tą ciągłą dekadencją. Z jednej strony – cieszy mnie fakt, że Lisa eksperymentuje. Rzeczywiście – ogromny podziw dla tego, jak bardzo zmienił się jej głos. Dlaczego jednak “Twilight Kingdom” jest albumem tak ubogim instrumentalnie i kompozycyjnie?

Dla przykładu: można sobie wybrać losową propozycję z poprzednich albumów solowych Lisy. Dajmy na to “In the Beginning Was the Word” (z “Departum“/ 2010/). Jest tutaj słyszalna pewna epizodyczność. Są chwile klęski i uniesienia. Jest różnorodność, a wraz z nią podarowana odbiorcy zostaje nieprzewidywalność. A teraz – przykładowy utwór z “Twilight Kingdom” – niech będzie “Our Kingdom Come“. To całkowite przeciwieństwo różnorodności. Jest linearność, płynność, przewidywalność. Razem z nią przychodzi łagodność, ale czy nie będzie ona źródłem monotonii, jeżeli w podobnej stylistyce utrzymane zostają wszystkie utwory na płycie?

I to zdecydowanie największe rozczarowanie. Bo przez to płyta staje się “ciężka”, “trudna” i przesiąknięta dekadencją aż do granic wytrzymałości. Nie budzi już tej subtelności dandysowskiej, ale przytłacza przy dłuższym wsłuchaniu się w kolejne utwory. Do tego stopnia, że budzi chęć ucieczki. A nie tak to powinno wyglądać.

Nie mniej – po płytę tę sięgam regularnie. Ale na krótko. Po dwa, może trzy utwory, które przynoszą ukojenie, cieszą harmonią i tą wspomnianą wcześniej łagodnością. Nie jestem jednak w stanie wytrwać w “Twilight Kingdom” w całości. Zawsze przerywam ten seans.

Reasumując: płytę polecam przede wszystkim tym, którzy wzrastali w kulturze dźwięków Dead Can Dance. Kompozycje z albumu bez wątpienia będą dla nich miłą niespodzianką. Gdyby jednak ktoś chciał zanurzyć się w ten świat po raz pierwszy, to radziłabym spotkać się z panią Gerrard w nieco wcześniejszym okresie jej twórczości – gdzieś między rokiem 1980 a 1990 🙂

OCENA
  • 7/10
    Okładka/opakowanie - 7/10
  • 6/10
    Muzyka - 6/10
  • 10/10
    Wokal - 10/10
  • 8/10
    Teksty - 8/10
7.8/10

Podsumowanie

Pomimo bezapelacyjnego Ganiuszu Lisy, trzeba przyznać, że nie jest to szczyt jej muzycznych możliwości.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *