Nie zatrzymujcie Łez, niech lecą…

Dzisiaj podejmuję się dość surowej oceny zespołu, który niegdyś był dla mnie całym muzycznym światem. Spoglądam na wieloletni dorobek Łez, jak również na solową karierę Ani WyszkoniAdama Konkola, i po prostu nie mogę uwierzyć w tak olbrzymią przepaść dzielącą artystów, którzy wyrastali na tych samych dźwiękach. Z ogromnym sentymentem wsłuchuję się w stare płyty Łez, ale to, co dzisiaj proponuje zespół, to nawet trudno nazwać. Ale może po kolei – bo będzie i o Łzach, i o Ani, i o Adamie

“Trochę wspomnień tamtych dni…”

Muzyka tego zespołu towarzyszyła mi od najmłodszych lat – to od zawsze byli artyści “mojego pokolenia”. Zaczynali tworzyć wtedy, kiedy ja zaczynałam świadomie słuchać muzyki, poszukiwać jej w konkretnych realizacjach. Zanim jeszcze szeroki świat ujrzał i usłyszał “Demo” z 1996 roku, moi sąsiedzi byli skazani na te dźwięki (tutaj ogromne podziękowania dla tych, dzięki którym w tamtych czasach miałam dostęp do niewydawanych materiałów 🙂 ). Dzisiaj aż się uśmiecham, kiedy słyszę ciężki, przygniatający słuchacza głos Ani Wyszkoni, która z trudem ale i jakąś enigmatyczną prawdą wyśpiewuje każdy kolejny wers.

Proszę bardzo – oto krótka, zaledwie 2-minutowa próbka tego, co stało się zalążkiem zespołu. –> CZARNA MAGIA (Łzy, Demo 1996)

Wiem 🙂 Straszne 🙂 Ciężkie, mało rozbudowane instrumentalnie, z niewyrobionym wokalem. Ale było tam coś, co zadecydowało o późniejszym sukcesie zespołu – wrażliwość na emocje, prosty przekaz, mądre słowa i prawda.

Później przyszedł czas na prawdziwą karierę i naprawdę dobre, rockowe płyty. Słońce (1998, sprzedaż ponad 22 000 egzemplarzy), W związku z samotnością (2000, 125 000 sprzedanych albumów; nota bene – jest to mój ulubiony krążek!); Jesteś jaki jesteś (2002, ponad 45 000 sprzedanych płyt), Nie czekaj na jutro (2004, ponad 80 000 sprzedanych płyt) i Historie, których nie było (tutaj w zasadzie zakończyła się moja “przygoda” z Łzami i chyba też skończyła się historia Łez).

Do czego zmierzam? Do tego, że nie rozumiem co się stało z zespołem po odejściu Ani. Teksty i muzykę tworzył przez wiele lat Adam Konkol. I pomijając kwestię kilku hitów (“Agnieszka“, “Narcyz“) to trzeba przyznać, że tworzył fantastyczne utwory – pełne magii, mrocznej tajemniczości, niejasności. W utworach tych zawsze działo się COŚ, KTOŚ był bohaterem – ktoś bardzo dobrze określony. Nie był bezosobową postacią. Miał indywidualne cechy, nie był bezbarwny. Przykłady? Proszę bardzo – po jednym z każdej płyty.

Płyta Słońce, utwór Czy to grzech? (Łabędź) – historia tragicznego gwałtu opowiedziana ustami ofiary.

Płyta W związku z samotnością, utwór Niebieska sukienka – wyrwany jeden moment, który został zatrzymany w czasie – na kanwie głównego motywu (niebieskiej sukienki) zbudowana została akcja; motyw ten stał się również nośnikiem emocji (tutaj nie mówi się o rozstaniu, jako o rozstaniu – trywialnie, ale opowiada się o emocjach za pomocą emocji).

Płyta Jesteś jaki jesteś, utwór Anastazja jestem – historia umierającej dziewczyny, a dokładniej – spojrzenie na świat oczyma osoby, która nie ma już żadnej nadziei na życie.

Płyta Nie czekaj na jutro, utwór Dla miłości warto – monolog otwierający całą szkatułkę z emocjami – na podstawie jednego tekstu i dźwięków jednego utworu jesteśmy w stanie zobaczyć historię wieloletniego związku – jego burz i uniesień.

Czyli co? Czyli artyści potrafili stworzyć coś, co nawet jeżeli nie było popularne, to jednak broniło się samo. A teraz?

“Zabij się, zabij się… Nikt nie lubi tutaj cię…”

Nie bez przyczyny tytuł tego nagłówka to wyrwany fragment jednego z wczesnych utworów Łez. Bo nie znajduję innych słów, aby wyrazić moje, jako odbiorcy, rozgoryczenie. Pytania, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi brzmią:

– dlaczego Konkol oraz reszta zespołu tak uporczywie trzymają się rymów częstochowskich? Jeżeli w taki sposób chcą opowiadać wiarygodne historie, no to sorry…

– dlaczego nie rozwijają się, nie eksperymentują z nowymi instrumentami? (odeszli od mocno rockowego brzmienia – ok… ale jeżeli ich dalszą drogą ma być takie mdłe coś, to ja dziękuję bardzo).

I żeby nie było – dostrzegam też dobre utwory. Można je wyłuskać i to tym bardziej mnie irytuje… bo oznacza, że zespół stać na COŚ więcej. Doskonałym tego przykładem jest jeden z ostatnich utworów – “Życie jest piękne“.

ALE…

Byłam na koncercie i “jednego” i “drugiego” zespołu – Łez “Aniowych” i Łez “Sarowych”… Różnica jest niewyobrażalna. Pamiętam jak dziś, że z koncertów “Aniowych” wracałam mokra jak szczurek 🙂 Bo po 2 godzinach skakania pod sceną byłam naprawdę odwodniona! I tego chyba już nikt nie powtórzy – nawet najlepsza wokalistka. Widziałam nagrania z występów Woodstock – to doskonały dowód na to, że ludzie tęsknią za tamtym, starym, mocnym i szczerym zarazem, rockowym brzmieniem zespołu. I nikt mi nie powie, że dzisiaj nie ma miejsca na smutne historie. Łzy zawsze balansowały między zdrowym i zabawnym kiczem, a prawdziwym dramatyzmem, który wypowiadany był wprost. Duży przeskok, ogromna labilność, ale i zarazem duża przestrzeń dla odbiorców, którzy mogli w trakcie koncertu doświadczyć całej gamy emocji.

Koncerty ŁEZ zawsze, ale to naprawdę ZAWSZE wyglądały tak…

Łzy bez Ani, to takie Łzy (ten sam utwór)…

I prawda jest taka, że wraz z odejściem Ani, historia Łez się kończy. Teraz to inny zespół, inni ludzie (chociaż ci sami…). Dziwi mnie to, dlaczego Adam nie pociągnie ich za sobą – tak jak robił to kiedyś.

ALE… jak spoglądam na dalsze, solowe poczynania i AniAdama, to ten rozłam zupełnie mnie nie dziwi.

Anka dojrzała w muzyce – to było widać i słychać już na ostatnich płytach nagrywanych z Łzami. Pamiętam ten moment, kiedy wszyscy byli zdziwieni, gdy na scenie zaczęła pojawiać się w szpilkach, a martensy odstawiła do szafy. Gdy przestała ubierać się na czarno, a sięgnęła po biel, róż i całą gamę innych kolorów. Szok – rockowa dziewczyna na scenie w pięknych białych spodniach rozciętych w nogawkach po same uda. Wtedy jeszcze bardziej przyciągała, bo rzeczywiście – dojrzewała jako wokalistka i kobieta zarazem. To był naprawdę fantastyczny okres, który niezwykle miło wspominam 🙂

Dzisiaj, gdy włączam jej kolejną płytę, to po pierwsze słyszę, jak wiele pracy wykonała nad swoim głosem. To zupełnie inna piosenkarka. Świadoma dźwięków. Eksperymentująca i niebojąca się towarzyszenia różnych instrumentów. Osiągająca coraz większe pułapy w muzyce, niejako rozciągając swój głos – dzisiaj jest on zdecydowanie bardziej plastyczny niż kiedyś. I, o dziwo, Ania pozostała w nurcie opowiadania zwykłych historii w niebanalny sposób. Wykorzystuje, a w zasadzie kontynuuje to, co przyniosło jej miłość fanów w czasach, gdy śpiewała i tworzyła z Łzami.

Adam? No właśnie… Z Adamem w zasadzie nie wiem co się dzieje. Bo może nie byłoby o czym pisać, gdyby z takim repertuarem jaki przygotowuje dzisiaj, pojawił się od początku. Ale on umie, on ma możliwości, a przede wszystkim – ma artystyczną duszę, z której jest w stanie wydobyć nietrywialny sposób wyrażania uczuć. Więc pytam się – dlaczego sięga po płytkie teksty, rażące w uszy rymy częstochowskie, które niemal przykleiły mu się do tyłka, jedną stylistykę muzyczną, której trzyma się kurczowo jakby to był cały dorobek jego życia… Nie rozumiem. Naprawdę.

Podsumowując…

Dzisiaj, z perspektywy czasu, trzeba przyznać, że Ania kwitnie, rozwija się, stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej… i coraz trudniejsze cele osiąga. Zachwyca i zaskakuje.

Łzy – zatrzymały się w miejscu. Dosłownie. Nie szukają, nie eksperymentują. Zupełnie tak, jakby sparaliżowane strachem bały się zaryzykować.

Adam – szuka, próbuje rozwinąć solową karierę…

Tymczasem ja włączę sobie nagranie starego koncertu. To nic, że słaba jakość dźwięku i obrazu. To nic, że nieaktualne. 🙂

 

 

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *