Magda Steczkowska – “…nie na zawsze”

W przededniu premiery otrzymałam płytę Magdy Steczkowskiej – “…nie na zawsze“. To było nie lada wyzwanie. Przede wszystkim gatunek – pop, który w swojej czystej postaci nigdy nie był dla mnie przestrzenią do odpoczynku i refleksji. Po drugie – miało to być moje pierwsze “spotkanie” z Magdą.

Nie wiedziałam czego się spodziewać, nie miałam też żadnego punktu odniesienia. Przez chwilę zastanawiałam się, czy przed pierwszym odsłuchem nie przybliżyć sobie jej dotychczasowej dyskografii. Jednak w wywiadach zapowiadających premierę “…nie na zawszeSteczkowska podkreślała to, jak bardzo indywidualna jest to płyta i jak mocno prezentuje ona jej artystyczne Ja. Dlaczego więc nie zaufać Artyście i nie dać się wciągnąć w taką podróż?

071bb44c5d74e7ad61f2988e80902b51

Pierwsze spotkanie

Ważnym dla mnie, jako odbiorcy, jest moment, w którym po raz pierwszy trzymam płytę w dłoniach. Zanim trafi ona do odtwarzacza – musi mnie zachęcić, zaprosić, rozbudzić moją ciekawość. Jako odbiorca lubię się czuć, że Artysta myślał o tym momencie, w którym jego krążek trafi do moich rąk i właśnie dlatego dokonał takich, a nie innych wyborów. A Magda Steczkowska mnie zaskoczyła. Z jednej strony rozbudziła wielkie nadzieje, z drugiej – odrobinę zawiodła. Przede wszystkim zachwycił mnie digipack w jego fenomenalnej szacie zewnętrznej. Wyjątkowo aksamitny w dotyku, w ciekawy sposób obudził zmysły i niemałe oczekiwania. Niestety – zaraz po otwarciu – kolejne zaskoczenie, gdyż zamiast eleganckiej prezentacji krążka zobaczyłam… kopertę. Płyta była wsunięta w kartonową kieszonkę digipacka. Hmm… Również książeczka dołączona do albumu okazała się dość skromna. Nie mniej – znajdowało się w niej wszystko, czego odbiorca mógłby poszukiwać. Jedynym minusem pozostaje więc sam sposób umiejscowienia płyty w digipacku. Tego akurat, nawet po upływie dwóch miesięcy od pierwszego “spotkania”, nie mogę Magdzie “wybaczyć” 🙂

LEĆ

Pierwsze dźwięki kazały z pokorą spojrzeć na uprzedzenia, z którymi podeszłam do albumu. Zrażona do samego gatunku oczekiwałam usłyszeć przede wszystkim jednorodność i słodką sielankowość, tak charakterystyczną dla popu – tego tendencyjnego, pozbawionego współczesnych ozdobników. Jednak wprowadzenie do “Leć” rozbudziło nadzieje – kilka głębokich dźwięków wprowadziło niejednorodność, której się nie spodziewałam. Nie sposób odmówić w tym miejscu wyobraźni muzycznej, którą Magda Steczkowska z pewnością ma! Pomimo prostej, popowej linii melodycznej, w ciekawy sposób prowadzi narrację drugoplanową – słychać w tle wciągającą paraboliczność dźwięków. Silną stroną tego utworu są również przejścia – porządkują i systematyzują całość.

Wsłuchując się w ten utwór można odpocząć. Zapomnieć się na chwilę. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie szukała dalej – tym bardziej, że Magda daje słuchaczom niezwykły skarb: każdy z utworów opatrzyła krótkim wstępem, wskazówką interpretacyjną, kierunkowskazem i zaproszeniem jednocześnie.

To o mnie. Moich lękach i walce z samą sobą. O macierzyństwie, które jest największym wyzwaniem i radością mojego życia. O tym co za mną i przede mną. I o marzeniach, że kiedyś, kiedy moje córki dorosną, zadzwonią do mnie z pytaniem: “Mamo, pójdziemy na kawę?” [Magda Steczkowska]

Leć” to w gruncie rzeczy utwór o dojrzewaniu – jednak nie tym, które wpisane jest w nastoletni czas inicjacji, ale tym, które staje się codziennością każdego – niezależnie od wieku. W dojrzewaniu tym jest ŚWIADOMOŚĆ – przede wszystkim zmienności, którą naznaczone jest życie. “Leć” to również zapis linearności – jest czymś POMIĘDZY. To historia Kobiety, która ze śmiałością spogląda za siebie i jednocześnie nie boi się spojrzeć w przyszłość.

Wsłuchując się w “Leć” nie mogę oprzeć się skojarzeniom z filozofią poetycką Gastona Bachelarda. Przynosi ona bardzo ciekawą propozycję interpretacyjną. Pamiętając o tym, że marzenia w refleksji Bachelarda mają charakter a-substancjalny, mogą tworzyć rzeczywistość w żaden sposób nieuwikłaną czasem ani miejscem. Marzenia, jako substancje, urzeczywistniają się poprzez żywioły. I Gaston Bachelard z niezwykłą dokładnością opisał je w swoich pracach. Natomiast Magda Steczkowska, mówiąc o marzeniach, pozostaje w obszarze tylko jednego z czterech żywiołów – powietrza. Pomimo lęków i walki, o której sama wspomina przy okazji utworu, z jakiegoś powodu decyduje się uczynić powietrze pierwiastkiem nadrzędnym i żywiołem, który praktycznie w całości zawłaszcza sobie rzeczywistość poetycką “Leć“. Udaje jej się to w pełni – na ile świadomie kierowała się koncepcją Bachelarda, a na ile była to po prostu artystyczna intuicja i wewnętrzny instynkt? Nie wiem – odpowiedź na to pytanie nie jest tym, czego poszukuję. O wiele bardziej zastanawia mnie wewnętrzny porządek tego pozornie “lekkiego” utworu. Pamiętać należy, że zgodnie z refleksją Bachelarda, ogień i woda są żywiołami, które mogą nieść destrukcję, ból, cierpienie i zniszczenie. Natomiast powietrze – NIE. Powietrze w filozofii Bachelarda jest żywiołem radości, lekkości, siły i unoszenia. I na dokładnie tych samych pierwiastkach Magda Steczkowska buduje rzeczywistość swojego utworu.

PIOSENKA ZAMIAST WSPOMNIEŃ

Po pierwszych dźwiękach skrzypiec wiedziałam, że nie zatrzymam się na jednym odsłuchu tego utworu. Jak dla mnie – jest to jedna z najpiękniejszych perełek na płycie Magdy. Po pierwsze – niezwykle ciekawy aranż, brak przewidywalności, który w muzyce uwielbiam, wielopoziomowość utworu, zróżnicowanie jego brzmienia poprzez nałożenie na siebie rytmicznych bitów oraz solowych partii smyczkowych, które zdają się subtelnie walczyć o dominację. I nie trudno zauważyć, że wprowadzają odrobinę dramaturgii do całej muzycznej historii. Gdyby całkowicie wyciszyć linie wokalną – utwór wydaje się fenomenalną i radosną propozycją klubową. Jednak jego osią kompozycyjną jest kontrast. Zderzenie dwóch, przeciwstawnych sobie sił. W odczytaniu, a właściwie zrozumieniu tego ciekawego zestawienia (także: w zrozumieniu, dlaczego wydaje się ono odbiorcy interesujące) pomóc może – o paradoksie! – filozofia Fryderyka Nietzschego.

Nietzsche w “Woli mocy” podejmuje walkę z filozoficznym nihilizmem. To również ją czyni nadrzędną siłą sprawczą wszelkich przemian. Istniejąca i bliżej nieokreślona, niepodlegająca poznaniu empirycznemu “wola mocy” dąży do ciągłych spięć – walki, która leży w jej naturze. Wtedy dopiero istnieje, a istnienie jej stało się faktem apriorycznym. I wykorzystuje to Magda Steczkowska.

“Wola mocy nie jest bytem, nie jest stawaniem się, lecz patosem — jest faktem elementarnym, z którego dopiero wywodzi się stawanie, działanie…” [Fryderyk Nietzsche]

Po pierwsze – utwór “Piosenka zamiast wspomnień” wzrasta na wszechobecnym kontraście. Realizuje się on w różnych opozycjach: myśli-myśli, dźwięki-dźwięki, myśli-dźwięki. Dzięki temu Steczkowskiej udaje się podkreślić dynamikę i wpisaną w nią dramaturgię zdarzeń. A skoro tak – daje odbiorcy silny argument przeciwko nihilizmowi.

Po drugie – jest w tej historii ukryty niepokój. I w tym miejscu najwłaściwszym wydawałoby się “zapuścić” w rejony hermeneutyki podejrzeń – tej, która poszukuje sensów niewypowiedzianych wprost, ukrytych pod warstwą tekstu i muzyki. Dla “Piosenki zamiast wspomnień” charakterystyczna jest ciągła, nietzscheańska walka, między tym, co “pragnę wygrać”, a tym, czego “się obawiam”. I właśnie lęki zostały tutaj zaimplikowane i to dzięki nim odczuwalna jest istota podejmowanej walki. Gdyby nie świadomość lęków – toczony pojedynek i podejmowane decyzje nie miałyby jakiejkolwiek wartości. Skoro jednak odbiorca odczuwa, że mają – znaczy to, że utwór niesie ze sobą coś więcej niż to, co bezpośrednio przekazane w warstwie tekstowej.

DSC_0132

GDZIEŚ BEZ NAS

“I tak, wierzę w ten lepszy świat choć na tym jest mi całkiem dobrze” [Magda Steczkowska]

Gdzieś bez nas” to utwór, w którym spokojną narrację prowadzi współczesny Odys. Ponownie Magda Steczkowska sięga po lustrzaną konstrukcję utworu – jego kwintesencją jest to, co znajduje się POZA wypowiedzianym. Prowadzona narracja cały czas bazuje na napięciu związanym z ciągłymi zmianami, byciem w ruchu, poszukiwaniem…

“gdzieś jest być może lepsze gdzieś
to jedno najwspanialsze z miejsc
nie wiadomo jednak gdzie
na pewno bez nas nie
gdzieś jest być może lepszy świat
bez problemów i bez wad”

Magda, w duecie z Kubą Molędą, odbywają ciekawą podróż do własnej Itaki. Chociaż miejsce to nie zostało do końca określone – wspólna wędrówka zdaje się być w sposób zupełnie naturalny wpisana w ich losy. Co jednak ciekawe – opiera się ona na odczuwalnej labilności, której linia biegnie między tym, co wpisane w obszar psyche, a tym, co bezpośrednio związane z sommą. Jest bowiem założenie wspólnego bycia, bliskości rozumianej w sposób przestrzenny – tej bliskości, którą można poznawać poprzez zmysły. Nie mogę jednak zrezygnować z przeświadczenia, że ta liryczna opowieść mogłaby w jeszcze większym stopniu spleść się w poszczególnych wypowiedziach obu postaci (KubyMagdy). Cały czas odnoszę wrażenie, że nawet jeżeli śpiewają razem, odwołują się do jednej historii, to pozostają osobno. Przyczyn rezultatu takiego odbioru nie poszukuję w warstwie muzycznej, gdyż ta jest urozmaicona, przyjemna i jednocześnie dynamiczna. Stwarza doskonałą przestrzeń do efektywnego dialogu. Problem więc zatrzymuje się na poziomie tekstu. Na czym może polegać? Moim zdaniem na muśnięciu, subtelnym zaznaczeniu elementu dramaturgii, zaakcentowaniu jej obecności, ale jednocześnie odsunięciu się podmiotu mówiącego od tego “żywiołu”. “Gdzieś jest być może lepsze gdzieś” – tak silna niedookreśloność czyni z Odysa włóczęgę, tego w sensie Baumanowskiej filozofii człowieka współczesnego. I kiedy nastrój ten zostaje zaprezentowany odbiorcy, natychmiast zostaje on przerzucony w zupełnie przeciwny biegun emocji: “to jedno z najwspanialszych miejsc“, by zaraz potem powrócić do poczucia pustki i zagubienia: “nie wiadomo jednak gdzie“. Jest więc w tym utworze pewna nieosiągalność, tworząca scenę dramatyczną. Brakuje jednak wyraźnego rozróżnienia między obrazem ciała i schematem ciała, tym o którym wspominał  w swoich pracach Shaun Gallagher. Obraz ciała (body image) jest obecny u Steczkowskiej – to przekonania, postawy i cały system percepcji. Brakuje jednak ekspozycji sfery przynależącej do schematu ciała (body schema), związanej z bezrefleksyjnym odczuwaniem oraz brakiem konieczności monitorowania ciała, czyli po prostu jego przemieszczaniem się. A rozróżnienie to jest naturalną konsekwencją narracji opartej na celowej labilności, wykorzystującej zarówno postawę Odyseusza, jak i Baumanowskiego człowieka współczesnego (tułacza, podróżnika, włóczęgi). I właśnie dlatego odbiorca może mieć wrażenie, że utwór “Gdzieś bez nas” jest tylko pozornie dramatyczny i niezrozumiale “lekki” w swej narracji. Należy oczywiście uwzględnić w tym miejscu ewentualność, że efekt ten był zamierzony i od samego początku miał być tym elementem, który tworzy nastój.

TOBĄ ODDYCHAM

“Życzę każdemu, żeby przeżył to o czym śpiewam. Ja to właśnie przeżywam…” [Magda Steczkowska]

To kolejny utwór z “…nie na zawsze“, do którego mam sentyment. W zasadzie niczego mu nie brakuje. Jest zarówno odczuwalna emocjonalność, wyrazista ekspresja z odrobiną pazura (dla mnie bardzo ważna!), tekst – prosty, zrozumiały, pozbawiony wielkich metafor, czytelny, po prostu rzeczywisty! Utwór ten udowadnia, że nie potrzeba wielkiej poetyki oraz wyrafinowanych konstrukcji myślowych, aby wyrazić to, co niewyrażalne i wypowiedzieć to, co pozostaje pod powłoką pojęć.

I co ciekawe – ponownie mogę powrócić tutaj do poetyki Bachelarda. Po raz kolejny Steczkowska sięga po POWIETRZE i dzięki temu tworzy nastrój przepełniony szczęściem, pewnością, marzeniami, pragnieniami – tym wszystkim, co unosi naszą codzienność.

Sam tytuł – “Tobą oddycham” implikuje żywioł powietrza. Ale zostaje on również uwypuklony poprzez najbardziej charakterystyczną dla fenomenologii powietrza metaforę skrzydeł: “Potrzeba dwóch skrzydeł by się wzbić“.

I w zasadzie nic więcej do tego utworu dodać nie trzeba 🙂 Wystarczy się wsłuchać i dać wciągnąć w tę historię. 🙂

shell-1031296_960_720

JEDNA

To, za co lubię ten utwór, to melancholia pełna pokory. Dojrzałości i pokoju, który jest wynikiem wewnętrznej harmonii. Nie ma w tej historii Don Kichowskiej walki z wiatrakami, czy też Konradowskiego wyzywania Absolutu do pojedynku. Pomimo całej dramaturgii, jest odczuwalny pokój. Jackowi Cyganowi należą się w tym miejscu podziękowania za doskonałą konstrukcję tekstu, wykorzystującą subtelną, bardzo kobiecą metaforykę wypowiedzi, co w jeszcze większym stopniu podkreśla element smutku. “Muszla”, “Róża”, “Kartka”, “Igła”, “Kropla” – wszystkie te atrybuty, personifikacje, porównania odnoszą się do sfery kobiecej zmysłowości. Implikowana przez nią delikatność wnosi również pierwiastek niewinności. Kontrastuje on więc z tym wszystkim, co pozostaje po stronie “męskiej”.

Utwór “Jedna” lubię za jeszcze jeden kontrast – między tym, co jednostkowe i wyjątkowe, a tym, co pozostaje w wielości. Jest to element ciągłej, odwiecznej walki człowieka (bez względu na płeć) świadomego. I dzięki takim “starciom” nawet najgłębiej skrywane emocje mają możliwość urzeczywistnienia się poprzez transubstancjację. Dzięki takim “starciom” możemy również zaobserwować ruch w sferze kulturowej – to właśnie ta siła jest “wolą mocy”, o której wspominał Nietzsche. Magda zdaje się nie tyle zauważać, co wyraziście odczuwać jej obecność – zarówno w konstrukcji zastanej rzeczywistości, jak i relacji interpersonalnych, które ją współtworzą.

PRAWIE WSZYSTKO

Jeżeli miałabym wskazać najlepszy tekst autorstwa Magdy Steczkowskiej, który znalazł się na płycie “…nie na zawsze“, to byłyby to słowa do utworu “Prawie wszystko“. I chociaż tytuł brzmi przewrotnie, to na poziomie tekstu znalazło się nie PRAWIE, a po prostu WSZYSTKO. Jest szczęście i smutek, poczucie spełnienia i pamięć o poszukiwaniu celu, jest spokój, ale i otwartość na odrobinę “zdrowego” chaosu. Jest też pewna linearność refleksji, która do mnie przemawia.

“Tyle mądrych słów
napisano już
Tyle ważnych dat
podarował czas
Nie widziałam nic
tylko moje łzy
one skradły mi
najpiękniejsze dni”

Przeszłość oscyluje więc pomiędzy tożsamością językową, obiektywną naukowością, faktami mającymi swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, a emocjonalnością, która wypełnia przestrzeń pomiędzy tymi wszystkimi elementami. Jest więc w tym świecie miejsce na obecność ogólnych, poznawalnych społecznie zjawisk, jak i skryty indywidualizm.

Prawie wszystko” to opowieść o tworzeniu – świadomym, pod prąd, na przekór. Wspaniale podkreśla to muzyka: delikatnie melancholijna, nastrojowa, stwarzająca poczucie pełnej kameralności zwierzeń (strofa) i zarazem subtelnie unosząca, obdarzająca dozą paradoksalnie nieuzasadnionego optymizmu (refren).

DO SZALEŃSTWA

Od najmłodszych lat wzrastałam w muzyce mocnych, rockowych brzmień. Moją kulturową inicjacją były dyskografie zespołów tworzących dzisiaj rockowy kanon. Nie potrafię więc być obiektywna przy ocenie oraz interpretacji “Do szaleństwa“. 🙂 To utwór, do którego najczęściej wracam. Oczywiście nie jest on pełnym rockowym uniesieniem, ale rozbudza we mnie dziwnie znajomą nostalgię. Fenomenalne połączenie pianina i gitary, no i w końcu udało mi się usłyszeć, jak Magda przestaje “opowiadać”, a “wykrzykuje” to, co w niej. Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że ani słowa, ani też muzyka do utworu “Do szaleństwa” nie są jej autorstwa. Wykonanie to jest niezwykle emocjonalne i brzmi autentycznie – w tym miejscu ogromne brawa dla Magdy za umiejętność interpretacji, włożenia w cudze słowa i refleksje własnych emocji, przeżyć i doświadczeń.

“O trudnej miłości. Kto taką przeżył ten wie.” [Magda Steczkowska]

Takim krótkim wprowadzeniem Magda, bez zbędnych metafor, wyjaśnia ten utwór. I rzeczywiście – jego nastrojowość mocno zarysowuje zarówno warstwa tekstowa, jak i muzyczna, w której nie brakuje zamierzonego chaosu, próby uporządkowania rzeczywistości, zmysłowości, jak i bliżej nieokreślonej destrukcyjnej siły, która obecna jest pomiędzy wszystkimi dźwiękami. To czuć w interpretacji, słychać w warstwie muzycznej i widać na poziomie tekstu.

Najpiękniejszymi momentami, w zupełnie subiektywnym odbiorze, są te chwile ekspresji (wejście w refren) – całkowitego wybuchu emocji, który w każdej milisekundzie brzmienia przesiąknięty jest zmysłowością.

Czy jest tutaj, prócz emocjonalności, miejsce na głębszą refleksję filozoficzną? TAK! Narracja, która obecna jest w tym utworze, jest ściśle oparta na fundamentach nietzscheańskiej koncepcji poznania dionizyjskiego. Nie usiłuję tutaj powiedzieć, że Magda Steczkowska z pełną świadomością takich korelacji wykorzystała poszczególne zabiegi, ale jedynie zaznaczyć ich obecność. Niech będzie to potwierdzeniem faktu, jak głęboko jesteśmy wszyscy zakorzenieni w kulturze będącej naszym wspólnym dobrem i dziedzictwem, z którego wyrastamy. Ale… Do rzeczy!

Dionizos to starogrecki bóg związany z kultem wina oraz misteriami eleuzyjskimi. Jego postać implikuje i wprowadza do kultury zarówno szaleństwo, jak i tajemniczość, niedopowiedzenie, ból i cierpienie. Co więcej – Dionizos przynosi poznanie i prawdę, ale równocześnie w proces tegoż poznawania wpisuje cierpienie. Odkrywanie dionizyjskie zawsze pozostanie odkrywaniem niepełnym i brutalnym zarazem. Z jednej strony woal tajemnicy, z drugiej – wymykający się empirycznemu poznaniu szaleństwo, z trzeciej – trans uwypuklający to, co dotychczas skrywane pod racjonalnością cogito. Wszystkie te elementy tworzą pewną ciężką i pejoratywną emocjonalność, która jednak na stałe wpisana jest w ludzką egzystencję. Jej obecność jest obligatoryjna – wynika z konieczności utrzymania harmonii. I tę szaloną, odkrywającą bolesną veritas rzeczywistość obrazuje utwór “Do szaleństwa“. Uzupełnieniem tego obrazu po raz kolejny staje się gra żywiołów. Przypomnijmy, że dotychczas Magda Steczkowska zatapiała tworzoną przez siebie rzeczywistość w POWIETRZU – tym, które wiąże się z marzeniami, lekkością, delikatnością i subtelnością. Tym razem do utworu wprowadzone zostają dwa inne żywioły – te, które w przeciwieństwie do POWIETRZA mogą implikować siłę destrukcyjną. Jest to ZIEMIAOGIEŃ. Pierwszy z wymienionych żywiołów urzeczywistnia się w granicach (“Każdą granicę przekroczyliśmy znów“) i ostro zarysowanych krawędziach (“Na krawędzi każda chwila“), nie zaś w plastyczności czy też przestrzenności. Nie ma też nawiązań do podpowierzchniowych bogactw (czegoś, co można by odkryć). Jednak z żywiołem ziemi wiąże się także cielesność – a i jej nie brakuje w “Do szaleństwa“. I jak zwykle, u Steczkowskiej ciężar sensu w dużej mierze zostaje przerzucony na to, co niewypowiedziane wprost – coś, czego nie ma, a poprzez to, że go nie ma – JEST.

“Boję się myśleć, co zrobi nam czas
Chce mi się krzyczeć gdy budzi mnie strach
Nikt aż tak blisko, nie będzie już
Serca nam biją połączony puls”

Pod strachem ukryta została determinacja i pewność. Nie ma w tym utworze jakiejkolwiek wątpliwości, że szaleństwo jest drogą, z której należy zejść. I doskonałym wyjaśnieniem tego zabiegu niech będą słowa Anny Kamińskiej opisującej żywioł ziemi w poetyce Bachelarda:

Istotna, której żywiołem jest ziemia, twardnieje, by trwać, czy też, aby trwać, musi twardnieć, walczy więc przeciwko sobie samej, zmagając się ze swą słabością, ze swą miękkością, tak jak rdzeń starego dębu – im twardszy tym szlachetniejszy i tym bardziej utwierdzony w trwaniu. [Anna Kamieńska]

Jest również OGIEŃ, którego obecność zaznaczyłam już wcześniej. Zobrazowany jest w dwojaki sposób – zawsze jednak staje się siłą zmieniającą zastaną rzeczywistość. W pierwszej części utworu – jest ciepłem, które stapia (“Stapiasz się ze mną jak cząstka mnie“). W drugiej – nieokrzesanym i dzikim żywiołem: “Za mocno serca rozpalił żar“. Trudno jednoznacznie doprecyzować, czy OGIEŃ w tym utworze urzeczywistnia tzw. kompleks Prometeusza, Novalisa czy Empedoklesa. Uznając, że dwa przywołane wcześniej wersy stanowią dopełnienie jednego obrazu, najwłaściwszy okazuje się kompleks Novalisa (rozumiany jako impuls erotyczny, wynikający z potrzeby współodczuwania, wynoszący ponad zmysł wzroku zmysł dotyku, związany z “przenikaniem” i “docieraniem do tego, co w środku”). Jeżeli jednak wypowiedzi podmiotu potraktujemy, jako dwa, niezależne obrazy, to niezbędne okażą się nawiązania do kompleksu PrometeuszaEmpedoklesa.

Ten pierwszy obecny jest w wypowiedzi: “Za mocno serca rozpalił żar“. Jest tu obecna prometejska obawa przed żywiołem, która ma podłoże społeczne. Jak zauważa Bachelard – zakaz przed ogniem wynika z zakazów społecznych – po prostu “nie wolno go dotykać”. Dotyk ognia jest a priori zły i destrukcyjny. Nie wynika to z indywidualnego poznania żywiołu, ale z oddziaływania społecznego. I w tym kontekście zostaje w utworze wykorzystana metaforyka ognia. Spalanie się w jego żarze nie jest przecież elementem jednostkowego doświadczenia podmiotu – jest obrazem wykorzystującym powszechne myślenie o ogniu (kompleks Novalisa).

Drugi z przywołanych kompleksów – Empedoklesa – dotyczy połączenia miłości do ognia i obawy przed nim. Wspomniane wcześniej “stapianie się” jest częścią tej obawy, implikuje bowiem transubstancjację materii. Jest tu też obecne przekraczanie granic – kolejny element charakterystyczny dla kompleksu Empedoklesa.

Ta wyjątkowa kulturowo-filozoficzna gra motywów, kontrastujących ze sobą pierwiastków jest tym, za co uwielbiam utwór “Do szaleństwa“. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeszcze nie raz wrócę do jego odkrywania.

JESTEŚ TU

magda

“…I znowu będziesz dopóki nie spotkamy się znowu, Tato…” [Magda Steczkowska]

Utworów, które są tak intymne i trudne jednocześnie, nie interpretuję 🙂 Niech mają swój czas na rozkwit i niech w świecie sztuki bronią się same. Niech ich uzupełnieniem będzie milczenie krytyków, kulturoznawców oraz interpretatorów. Może za kilka lat przyjdzie moment, aby o nich przypomnieć. Może 🙂

OSZUKAMY CZAS

Ciekawe brzmienie 🙂 Jest w tym utworze to, co lubię – odrobina elektroniki, pierwszoplanowa płynność i dynamizująca rytmiczność, oddziałująca niejako z drugiego planu. Są też chórki, które zdecydowanie uplastyczniają całość. Jestem zdecydowanie na TAK. I bardzo lubię Magdę w tak kolorowych utworach, wielopoziomowych, dających jej przestrzeń do zaprezentowania całego spektrum wokalnego. Magią i kwintesencją utworu jest wejście w refren – dzięki zachowaniu tendencji unoszącej udaje się Steczkowskiej wnieść do tej opowieści piękny patos.

13532235541030751873
Fot. magdasteczkowska.pl

No i co tu dużo mówić o historii – szkoda poszukiwać w niej jakiejkolwiek głębszej refleksji, skoro jest opowieścią o prostej i bliskiej codzienności. O emocjach w nich uczestniczących, o różnorodności i barwach życia, o trwaniu w uczuciach. I o wierności, która dla wielu staje się zdewaluowaną wartością. Magda Steczkowska staje niejako po przeciwnej stronie barykady. Pokazuje, że to właśnie w trwaniu jest to, czego poszukujemy, i to właśnie to pozwala nam “dosięgnąć gwiazd”.

ODCHODZĘ

Utwór “Odchodzę” lubię za optymistyczną wolność – także tę od własnych słabości, przyzwyczajeń. Jest tutaj niezależność – oderwanie poczucia własnej wartości od tego, co jest poza nami. To delikatny pstryczek w nos od Magdy Steczkowskiej – przypomina o tym, jak ważne jest pielęgnowanie w sobie wolności. Trzeba umieć odchodzić, aby nauczyć się zostawać. Trzeba mieć siłę przełamania własnych słabości, aby odejść – a to jest podstawą TRWANIA. “Odchodzę” jest więc historią wolnej kobiety, a co więcej – kobiety w pełni świadomej swojej wolności. I dzięki temu nawet trudne i wymagające zmiany w życiu nie wydają się być tak bolesnymi, jak na początku mogło się zdawać. Jest więc w tej popowej opowieści coś sentymentalnego i opartego na doświadczeniu.

Podsumowanie

Trudno jest mi podsumować tak pobieżną analizę. To jedynie muśnięcie tego, co drzemie w płycie “…nie na zawsze”. Jednak album ten nauczył mnie czegoś istotnego. Dotychczas z niemałym uprzedzeniem odnosiłam się do gatunku muzyki i kierunku artystycznego rozwoju, który obrała sobie Magda Steczkowska. Podjęcie próby zrozumienia jej – niejako z przypadku – zmusiło mnie do większej pokory. I za to jestem Magdzie wdzięczna. Po raz kolejny przekonałam się, że nawet jeżeli bronimy się przed “szufladkowaniem” sztuki, to i tak podświadomie to robimy, porządkując tym samym odbiór i dopasowując poszczególne elementy świata sztuki. Gdy tylko o tym zapominamy wartościowe dzieła, propozycje pełne niespodzianek, przeciekają nam przez palce.

A płytę Magdy odkładam na półkę  z pełną satysfakcją i zadowoleniem. Nie chowam jej głęboko, bo chociaż nie jest to w pełni muzyka, która gra w mojej duszy, to jednak do albumu będę wracać – chociażby dlatego, aby przypominać sobie o tym, że trzeba być bardziej uważnym i pokornym odbiorcą.

 

OCENA
  • 6/10
    Okładka/opakowanie - 6/10
  • 7/10
    Muzyka - 7/10
  • 8/10
    Wokal - 8/10
  • 8/10
    Teksty - 8/10
7.3/10

Podsumowanie

Bardzo sentymentalna, piękna płyta!

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *