Maleficent. Tęsknota za… dzieciństwem

Sobotni wieczór to dobry czas na to, aby odłożyć “Bycie i czas” Heideggera, zamknąć drugi tom poezji Gałczyńskiego i po prostu, beztrosko, zasiąść przed telewizorem. Rzadko kiedy zdarza mi się zakończyć taki seans z poczuciem pełnej satysfakcji. Ale tym razem się udało.

Maleficent (pozwólcie, że nie będę posługiwać się polskim tytułem) to prawdziwa uczta, która może cieszyć zarówno najmłodszych, jak i najstarszych. Prawdę powiedziawszy – zaskoczyła mnie ta produkcja! Długo od niej uciekałam – przede wszystkim dlatego, że “dzisiejsze” wytwory Disneya nie są tym, do czego pragnę powracać. Daleko odeszły od mądrych i estetycznych propozycji – “Króla Lwa“, “101 dalmatyńczyków“, “Bambiego“… A do tamtego świata chciało się wracać, bo dawał niezwykłe poczucie bezpieczeństwa: ci źli nie skrywali się pod płaszczem dobra, więc nikt z nas nie musiał obawiać się własnej naiwności. Można też było zaczerpnąć solidnej dawki wiedzy o świecie – częściowo pozbyć się iluzji, ale też zbudować wiarę w… szczęście. To chyba najważniejsza rola bajek. Łączyły zabawę z nauką, a z drugiej strony – kształtowały estetykę. Dzisiaj infantylność wielu propozycji jest przerażająca. Pytam się: dlaczego malucha traktuje się w kategorii głupka? No cóż – to już temat na epopeję…

maleficent-2014-149Wracając jednak do “Maleficent” – nie będę ukrywać, że obejrzałam ten obraz ze względu na Angelinę. Mam do niej osobistą słabość, ale też wysokie wymagania. Uważam, że beztroskie i heroiczne czasy “Tomb Raider” ma już za sobą. Gdyby dzisiaj do tego wróciła – czułabym się zawiedziona. Bo ją stać na więcej niż tylko show podbudowane dynamiczną akcją, kilkoma kopniakami i nasączone seksapilem. Byłam więc ciekawa, co Jolie zaprezentuje w… bajce. Emanować seksem – nie może, bo nie wypada. Popisywać się zwinnością i opanowaniem sztuk walki – za bardzo też nie, bo przecież tego typu produkcje powinny raczej stronić od tak bezpośrednich aktów przemocy. Aktorce pozostało więc jedno – gra aktorska. Może wydać się to infantylnym stwierdzeniem, jednak tak naprawdę tego typu obrazy potrafią wiele zweryfikować.

Pamiętacie “klasyczną” wersję “Śpiącej królewny“? Tę ze wspaniałą muzyką Czajkowskiego? O ile dobrze pamiętam, “wersja” dla mojego pokolenia to ta z 1995 roku, ale bajka Clyde’a Geronimiego sięga przecież  1959 roku.  Dlaczego wracam do tego obrazu? Ponieważ “Maleficent” w swojej estetyce (szczególnie dotyczy to kreacji bohaterów) jak również – co zaskakujące! – w konstrukcji dialogów jest praktycznie filmowym przełożeniem historii Aurory  (pomijam tutaj ingerencję w przebieg tej historii – o tym za chwilę).

Wystarczy spojrzeć na  tytułową Czarownicę.

m1 3

Maleficent” to zdecydowanie film oparty na… wspomnieniach. Z jednej strony produkcji można zarzucić tendencyjność – widoczną przede wszystkim w tak bezbarwnych, przewidywalnych postaciach jak księżniczka Auroraksiążę Filip. To takie typy kreacji, których nie jestem w stanie “strawić”. ALE! No właśnie… Pamiętać należy, że “Maleficent” to przede wszystkim film dla dzieci – i jako taki musi być czytelny w swoim odbiorze także dla najmłodszych. Mając to na uwadze można zachwycić się równowagą, którą Robert Stromberg uzyskał pomiędzy ciekawymi dialogami, niejednoznacznymi postaciami (bo takie tworzy!) a prostą, czytelną fabułą opartą na grze dobra ze złem.

488987_1-1

To, co najbardziej zachwyca, to oczywiście ingerencja w fabułę. Stromberg zmienia historię “Śpiącej królewny“. Mało tego – czyni ją postacią drugoplanową, praktycznie ginącą w przebiegu zdarzeń. Oglądając “Maleficent” niejednokrotnie można po prostu o niej zapomnieć – i może właśnie dlatego zachowana w jej przypadku tendencyjność postaci nie jest tak porażająca, jak mogłoby się wydawać? Główną narratorką zdarzeń czyni więc Maleficent – wróżkę, która  swoją naiwność opłaciła bólem, rozgoryczeniem i zawiścią. To jej oczami obserwujemy z ukrycia wzrastającą Aurorę, to jej sercem przeżywamy nie tylko ciężar klątwy ciążącej na księżniczce, ale i gorycz konsekwencji własnych decyzji. Dzięki Maleficent opowieść o “Śpiącej królewnie” uczy czegoś więcej niż tylko wiary w prawdziwą miłość, która jest w stanie góry przenosić i wieczny sen pokonać. Dzięki Maleficent wiemy, że miłość, którą darzymy otaczający nas świat i bliskich, jest przede wszystkim darem dla nas samych. Brzmi patetycznie, ale w historii Stromberga wygląda nawet wiarygodnie!

488990_1-1Co więc zmienia Stromberg? Przede wszystkim zaczyna snuć opowieść długo, długo przed wydarzeniami, które znamy z wcześniejszej wersji “Śpiącej królewny“. To pozwala już w pierwszych minutach całkowicie zaabsorbować uwagę widzów – tych młodszych, dla których to pierwsze spotkanie z Aurorą, i tych starszych – którzy po prostu chcieli po raz kolejny wejść w baśniową scenerię. Poznajemy więc Maleficent jako… dobrą wróżkę – pełną wiary, nadziei, radości, beztroski… Ale też naiwności, która stopniowo prowadzi ją donikąd.

I nawet w momencie, kiedy wydawałoby się Maleficent już otrzymuje życiową lekcję i doświadcza pierwszego, bolesnego spotkania z ludzką zachłannością i żądzą władzy, zachowuje w sobie to, co najpiękniejsze – siłę przebaczenia i wiarę w człowieka. Paradoksalnie – to ona wiedzie ją na manowce i doprowadza do utraty najcenniejszego dla wróżki skarbu – skrzydeł. Ale też dzięki niej – odzyskuje ona wszystko to, co utraciła.

497472_1-1Dla najmłodszych widzów to pewnie wciągająca historia, która momentami budzi grozę, innym razem – cieszy szczęściem bohaterów i klasycznym happy endem. Dla tych starszych, to wzruszająca opowieść o utracie wewnętrznej wolności, która jest konsekwencją… miłości. Ale też świadectwo odzyskania tejże wolności, o paradoksie!, co może się stać tylko na fundamentach prawdziwej miłości.

Maleficent” wzrusza, bawi ciekawymi dialogami (szczególnie między CzarownicąDiavalem), zaskakuje! No i oczywiście zachwyca smaczną grą aktorską Angeliny. Z niewyobrażalną gracją hamuje ona swój seksapil, ale jednocześnie nie rezygnuje z niego całkowicie. Stawia na emocjonalność, ale nie dynamiczną i chaotyczną ekspresję. I z jednej strony – Czarownica pozbawiona jest wielopłaszczyznowości, z drugiej – nie brakuje jej psychologicznej głebi. Takim oto sposobem “Maleficent” staje się magiczną opowieścią o klasycznej walce dobra i zła, w której to zawsze wygrywa dobro. Ale pomimo znajomości ostatecznego wyniku bitwy nie sposób się nudzić. Warto też na powrót stać się dzieckiem i wejść raz jeszcze w świat, w którym kreatorką rzeczywistości jest magia.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *