Maria Magdalena – Justyna Steczkowska A.D. 2019

Maria Magdalena nie narodziła się “wczoraj”. Jej droga do tego, aby ukazać swoje oblicze była długa. I trudna. Wymagająca. Wiedzą o tym Ci, którzy za projektem Justyny Steczkowskiej podążają od lat. Teraz jednak Maria Magdalena dojrzała na tyle, aby spotkać się z odbiorcą – nie tym “wybranym”, ale Każdym. Czeka więc na niego w zatopionych w mroku salach koncertowych, gdzie każdy dźwięk znaczy więcej niż tysiąc słów.

Justyna Steczkowska nie pierwszy raz próbuje przekonać świat do Marii Magdaleny. Jednak chyba dopiero teraz odnalazła dla niej doskonałą formę komunikacji z odbiorcą. W 2016 roku MM zagościła bowiem we Wrocławiu.  Była to wówczas typowo klubowa odsłona, która naprawdę mogła zachwycić! Jednak jest ogromna różnica między Marią Magdaleną z Wrocławia, a tą, która obecnie żyje w Justynie Steczkowskiej

Zmieniła się. Dojrzała. Przestała szukać poklasku – otoczyła się ciszą. I w tej ciszy zamknięta tworzy dzisiaj własną magię spotkania. Nie chce już skaczących pod sceną słuchaczy. Pożąda dziś świadomych odbiorców, zanurzonych w jej świecie. Jest ogromna różnica i widać drogę, którą Justyna Steczkowska przebyła z Marią Magdaleną. Koncert w olsztyńskiej filharmonii jest tego doskonałą dokumentacją. 

Koncert Maria Magdalena. All is One jest inny. Pełno w nim ciszy i skupienia – szczególnie na widowni, gdzie z pojedynczych emocji kształtują się wyjątkowe historie. Nie ma w nich “przerywników” w postaci śmiesznych anegdotek, przemówień czy braw wyrywających ze skupienia. Jest ciągłość – tak jak ciągła była i jest historia Marii Magdaleny.

Cały koncert opiera się na trzech mocnych filarach. Każdy ma swoje źródło w muzyce.

Pierwszym jest wokal Justyny Steczkowskiej, odgrywający główną, ale nie jedyną istotną rolę, niejednokrotnie uzupełniający partie instrumentalne.

Drugim – wyjątkowa narracja muzyczna stworzona i tworzona w czasie rzeczywistym przez Jakuba Rene Kosika. To on jest scenografem Marii Magdaleny. On przenosi ją w kolejne wymiary, dodaje przestrzenności brzmieniowej, tworzy głębię, w której odbiorca może się zanurzyć w pełni.

Trzecim filarem jest natomiast orkiestra – nie da się ukryć, że tylko doskonale poprowadzone partie smyczkowe są w stanie otulić całość lekkością brzmienia.

Justyna Steczkowska

Jeżeli ktoś już bywał na koncertach Justyny Steczkowskiej, to musi się nastawić na to, że tym razem będzie zupełnie inaczej. Jeżeli zaś ktoś wybiera się po raz pierwszy – nie powinien liczyć na spotkanie z Dziewczyną Szamana, bo… jej tam po prostu nie ma. Jest natomiast Maria Magdalena, która od początku do końca koncertu pozostaje w pełni świadoma każdego dźwięku.

Zanim jednak przejdziemy do dźwięków – słów kilka o estetyce samego koncertu. Nie ma fajerwerków. Nie ma tancerzy. Nie ma telebimów. Nie ma największej, najwspanialeszej, naj-niewiadomojakiej produkcji. Jest sztuka. A sztuka potrzebuje Artysty, siebie samej oraz odbiorcy. I to wszystko jest. Nic poza tym. Justyna zadbała, aby żaden element nie rozpraszał uwagi odbiorcy od dźwięków. I w tym tkwi jej dojrzałość sceniczna. Kiedy robi show – jest ono przygotowane z dbałością o ekspresję. Kiedy jednak tworzy dzieła takie jak Maria Magdalena, zarówno swoim ciałem, strojem, jak i scenografią uzupełnia starannie treść niesioną muzyką. Media i pseudo-dziennikarze ubiegający się o miano dziennikarzy muzycznych nie będą więc mogli napisać słów kilka o ponętnych nogach Justyny Steczkowskiej. Jeżeli zaś starczy im wytrwałości i otwartości, to z pewnością będą mogli sporo napisać o muzyce, która rysuje Marię Magdalenę. Naprawdę bardzo, ale to bardzo podobała mi się ta ascetyczna formuła, minimalistyczna wizja, w której dźwięk wyniosiony zostaje do rangi absolutu.

Swoją drogą, jak już jesteśmy przy estetyce, nie sposób nie zauważyć, jak bardzo linearna jest historia Justyny Steczkowskiej jako Marii Magdaleny. Zaczyna się zapewne wiele lat wcześniej niż wszyscy sobie to wyobrażamy. Kiedy dokładnie? A któż to wie?

Wokalnie Justyna nie ma sobie równych. Nie musi “dawać z siebie wszystkiego”, aby tworzyć magię, atmosferę i zachwycać całym kalejdoskopem dźwięków. I to czuć – że podróżując z nią poprzez wokalizy i rozmaite wersy w ogóle nie zbliżamy się do granicy. Jakby jej nie było. Jest wolność dana tu i teraz – w konkretnym brzmieniu. A w tej wolności jest radość – nawet jeżeli otacza ona wolność trudną, wymagającą zrozumienia. Tak po prostu brzmią utwory, tak kształtują się wokalizy i tak Justyna Steczkowska rysuje kolejne kompozycje ze swojego najnowszego albumu. Mądre jest to śpiewanie – dojrzałe, pełne wewnętrznego spokoju, harmonii niemal absolutnej. To słychać i można się tym brzmieniem cieszyć. Ba! Można je nawet zabrać ze sobą, bo wychodząc z sali koncertowej ta harmonia wcale nie ucieka. Zostaje z odbiorcą.

Jakub Rene Kosik

Mistrz przestrzenności brzmienia. Nie wyobrażam sobie, aby bez niego Maria Magdalena była w stanie zaistnieć. O ile Justyna jest w stanie nadać tej historii tempa, dynamiki, ustalić jej kierunek… o tyle to właśnie Jakub Rene Kosik tworzy dla niej całą scenerię. Przestrzenność, przestrzenność i jeszcze raz przestrzenność – budowaną na wyrazistych basach, które wyznaczają granice świata Marii Magdaleny. Kosik tak prowadzi dźwięki, aby odbiorca nie miał jakichkolwiek obaw, by pozostać w tym świecie na dłużej. To dzieki niemu Maria Magdalena nie brzmi zbyt patetycznie. To dzięki niemu Maria Magdalena zyskuje bardziej ludzką twarz – pozostaje w sferze transcendencji, ale jednocześnie wychodzi bardziej ku odbiorcy. Nie spogląda w stronę wzniosłości, rozumianej jako wyjątkowa kategoria estetyczna. Ona bowiem zawsze tworzy dystans – to co wzniosłe, pozostaje nieosiągalne, dostępne tylko na odgległość, w akcie podziwiania. Jakub Rene Kosik daje jednak Marii Magdalenie taki kształt, aby ta była w stanie stać się jedną z wielu – brzmieć znajomo, przystępnie.

Orkiestra Kameralna Silesian Art Collective

Ostatnim filarem, o którym wspominałam, jest orkiestra. To przede wszystkim ogromna moc smyczków, ale również i subtelność harfy. Dzięki połączeniu żywego brzmienia z elektroniką Maria Magdalena staje się dziełem ponadczasowym – nieograniczonym jakimkolwiek kanonem. Sięga jednocześnie do przeszłości i przyszłości, będąc najsilniej zakorzeniona w teraźniejszości. Paradoks? Możliwe – taka właśnie jest w brzmieniu Maria Magdalena. MariaMagdalena zarazem. Pełna harmonii i wzajemnej negacji. I doskonale tę część jej “osobowości” czy też raczej “tożsamości” podkreśliła orkiestra.

Ci, którzy już znają Marię Magdalenę, będą zachwyceni. W trakcie koncertu pojawia się kilka nowych przejść, odrobina muzycznych eksperymentów, które przenoszą akcent emocjonalny – np. w Cristal Children. Fantastycznie brzmią też “stare” utwory Justyny Steczkowskiej – doskonale znane z “Animy“. “Wybaczcie mnie złej” oraz “Pryzmat” to prawdziwe perełki brzmieniowe, które doskonale czują się w towarzystwie tak skrojonego brzmienia. Te utwory żyją dzięki naturalnemu brzmieniu instrumentów – możliwość doświadczenia tego na żywo jest czymś niezapomnianym.

Na koniec warto wspomnieć, że koncertowa setlista obejmuje WSZYSTKIE utwory z najnowszego albumu Justyny Steczkowskiej. Smacznym dodatkiem są dwie dodatkowe kompozycje, które odbiorcy mogą pamiętać z “Animy” (Wybaczcie mnie złej, Pryzmat). Na bis dostaliśmy natomiast powtórkę Ave (No Control) oraz Wracam do domu (które nota bene brzmiało wyjątkowo świeżo, ponieważ stanowiło fantastyczne połączenie głosu Justyny i harfy).

I to w zasadzie tyle. Nie podejmuję się głębszego podsumowania, bo Maria Magdalena to niezwykle intymna podróż, którą po prostu trzeba odbyć samemu 🙂

Przeczytaj również...

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *