Michael Buble – Love – Recenzja

Jeżeli ktoś z Was ma ochotę posłuchać starego, doskonale nam znanego Michaela Buble, to niech koniecznie sięgnie po jego najnowszą płytę – “Love“. Jest to album nasączony smoothowymi propozycjami ze wspaniałą orkiestracją, rodem z największych i najpiękniejszych filharmonii. Wsłuchując się w “Love” można przenieść się do świata pełnego magii dźwięków. Michael Buble wraca więc z albumem, w którym się można zakochać.

Album “Love” otwiera interpretacja jednego z największych przebojów Nat King Cole’a – “When I Fall In Love“. Ale chyba nikt tak jak Michael Buble nie jest w stanie oprawić tego brzmienie w swingowo-smoothowe ubranka. A w nich, i to trzeba przyznać, utwór brzmi i romatycznie, i tajemniczo zarazem. Można więc wsłuchiwać się w klasyki, odkrywając jednocześnie na nowo ich magię.

Love” to pierwszy album Michaela Buble, który artysta zdecydował się nagrać i wydać po zdiagnozowaniu u jego syna, Noah, raka. Na szczęście chłopiec jest obecnie w stanie reemisji, co pozwoliło artyście wrócić do muzyki. I nie można mu odmówić pasji i zapału – chociaż brzmi jak stary, dobry Buble, to jednak nie nudzi.

Love You Anymore” jest doskonałym przykładem tego, jak artysta łączy stare z nowym. Z jednej strony jest to utwór brzmiący mocno Michaelem Buble sprzed lat, jednak z drugiej – nie jest to typowa dla artysty aranżacja. Jest bardzo uwspółcześniona. Podobny zabieg usłyszeć można także w “La vie en rose“, propozycji, którą artysta prezentuje w duecie z Cecile McLorin Salvant.

I tutaj słowa uznania! Niejeden artysta podejmował się reinterpretacji tak popularnych, dobrze znanych melodii. Jednak aby zdjąć z nich kurz nie wystarczy zwykłe wykonanie. Należy zmierzyć się z całą historią takich tytułów jak “La vie en rose“, czy “My Funny Valentine” i w niej, tejże historii właśnie, odnaleźć miejsce na własną opowieść. Wyjście spoza ram oznacza dewastację tego, co dla takiego utworu kluczowe. A sztywne odtworzenie tego, co zastane, to znowuż niewystarczający wysiłek w starciu z taką legendą. Michael Buble ma jednak doskonałą intuicję i wchodzi wgłąb każdej kompozycji. Zachowuje więc duszę tego, co zastane, a od siebie dodaje jedynie drobiazgi. One mają jednak znaczący wpływ na ostateczny odbiór.

Fantastycznie słychać to w “My Funny Valentine” – mojej ulubione kompozycji z płyty “LoveMichaela Buble. Przecież z tytułem tym mierzyli się Ella Fitzgerald (moim zdaniem najbardziej sensualne wykonanie!), Frank Sinatra (przecudny głos, który odkrył zupełnie nowe kolory w tym utworze), jak i Chet Baker (wykonanie najbardziej tajemnicze, prawdziwe jazzowe misterium). A współcześnie? No przecież tego wyzwania podejmował się Seal, Miles Davis, Matt Dusk czy nawet Matt Damon (!), który w filmie “Utalentowany Pan Ripley” podjął się wykonania “My Funny..” (nota bene partnerowała mu w tym filmie Cate Blanchett!).

Teraz kolej na Michaela Buble. Pytanie – czy jest w stanie wnieść coś do historii muzyki i świadomości odbiorców swoim wykonaniem? Czy tylko powieli któryś ze schematów? No tak – i to wiele. Przede wszystkim Buble odrywa “My Funny Valentine” od sztywnych korzeni jazzowych i przenosi ją w świat wielkiej orkiestracji. Momentami utwór mógłby uchodzić za ścieżkę dźwiękową do kolejnego Bonda. Sami posłuchajcie i oceńcie 🙂 Plus za to, że to, co w “My Funny…” najważniejsze, zostało zachowane.

Kolejnym walorem “Love” jest urozmaicenie płyty. To album, który cieszy spójnością, ale jednocześnie za każdym razem zaskakuje. Naprawdę! Wystarczy spojrzeć na przejście między wspomnianą wyżej “My Funny…” a “Such a Night“. Pomiędzy tymi utworami jest emocjonalna przepaść, a jednak muzycznie są one spójne – Buble wznosi pomiędzy tymi światami most i powoli, ale i zdecydowanie, przeprowadza odbiorcę do zupełnie innego świata.

A co po żywiołowym i dynamicznym “Such a Night“? Kolejna podróż i uspokojenie nastroju. Michael Buble naprawdę żongluje emocjami i to słychać. Nie można się więc nudzić wsłuchując w “Love“, nie można też przewidzieć kierunku dalszej wędrówki. Zupełnie tak, jak z miłością: raz przyjmuje kolory sentymentalizmu i melancholii, raz darzy szaleństwem i niczym niepodpartym optymizmem, a innym razem wymaga racjonalizmu. Doskonała to definicja muzyczna tego, co tak ważne i tak często wyśpiewywane. Buble jednak w ciekawy, odkrywczy i przede wszystkim miły dla ucha sposób opowiada o uczuciach. Nie tworzy sztucznej narracji – wykorzystuje utwory dobrze znane. Nie wywarza otwartych drzwi – nie chce być filozofem. Chce po prostu przedstawić swoją, artystyczną opowieść o różnych kolorach miłości. “Love” jest bardzo udanym krążkiem, który naprawdę może zachwycić.

 

 

Podsumowanie
  • 8/10
    Okładka/ Opakowanie - 8/10
  • 10/10
    Muzyka - 10/10
  • 10/10
    Wokal - 10/10
  • 9.5/10
    Teksty - 9.5/10
9.4/10

Ocena

Ogromny plus za doskonale skomponowane duety – perfekcyjnie dobrane głosy. Bardzo dobre aranżacje i ujmujące orkiestracje. Fantastycznie dobrane utwory. To jeden z lepszych albumów, których słuchałam w tym roku.

Przeczytaj również...

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *