Muse – Simulation Theory – Recenzja

Simulation Theory” to ósmy album w karierze brytyjskiego zespołu Muse. Dzisiaj zagościło na sklepowych pułkach – i to w wersji Deluxe, zawierającej aż 21 utworów. To godzina i niemal 20 minut rocka pod różnymi postaciami. Gdyby ktoś zapytał mnie, gdzie zakotwiczyć “Simulation Theory” – nie umiałabym odpowiedzieć na to pytanie.

Dlaczego? Z prostego powodu – płyta “Simulation Theory” to wędrówka przez wszystkie odsłony rocka. Nie ma w tej podróży ani mapy, ani celu. Tutaj sensem samym w sobie jest droga – daje ona dojrzeć wszystkie rozkowe kolory.

Ku mojemu zaskoczeniu Muse zdecydowali się na dość nieoczywiste, elektroniczne otwarcie. W zestawieniu z naprawdę ciekawą szatą graficzną okładki (zaprojektował ją Kyle Lambert), była to zapowiedź energetyzującego albumu. Może też nieco futurystycznego? No nie mogłam uciec od skojarzeń z filmem “Blade Runner 2049“, który premierę miał w zeszłym roku. “Algorithm” z pewnością doskonale wkomponowałby się w ścieżkę dźwiękową filmu Denisa Villeneuve. Jest w nim bowiem zarówno pierwiastek mechanizacji, jak i znamiona pewnej postapokaliptycznej wizji. Utrzymanie takiej nastrojowości w utworze to ogromne wyzwanie. Jednak Muse doskonale odnajdują się w tej narracji i tym samym “Algorithm” staje się fantastycznym początkiem niezwykłej przygody.

Potem jest już mniej elektronicznie, chociaż zespół całkowicie z tego nie rezygnuje. Jednak już w “The Dark Side” słychać, że futurystyczna elektronika odpuszcza nieco na rzecz… no właśnie – czego? W odpowiedzi pozostaje jedynie perkusja i rytmiczne uderzenia bębna, które przejmują tutaj (zupełnie niepotrzebnie) narrację. Szkoda, bo to trochę zabiło ten utwór.

Kolejne utwory to wejście w jeszcze dziwniejsze światy – czasami naprawdę mocno od siebie oddalone. Z każdą kolejną kompozycją elektronika coraz bardziej ustępuje miejsca klasycznemu, rockowemu brzmieniu. Odbiorca może więc czuć się zaskoczony – to tak, jakby słuchał płyty co najmniej kilku wykonawców. Jednak w kontekście całego albumu widać, że przechodzenie to jest stopniowe – pomiędzy kolejnymi kawałkami pojawiają się wyraźne koneksje muzyczne. Wypada więc oddać słowa uznania za przemyślaną koncepcję i spójną narrację – pomimo tak ryzykownego zabiegu Muse wychodzą z tego obronną ręką.

Trzeba też zaznaczyć, że wersja Deluxe dosłania nowe brzmienia utworów – np. wspomniany na początku “Algorithm“, zaprezentowany jest także w wersji alternatywnej. I muszę przyznać, że brzmi w niej doskonale! Zyskuje na przestrzenności brzmienia. To naprawdę iście kosmiczny utwór – jestem nim bezapelacyjnie zachwycona.

Na koniec pozostaje zaznaczyć, że to naprawdę dobry krążek w dorobku Muse. Jest nieco bardziej manierystyczny niż poprzednie, ale sam sposób układania narracji i budowania spójności między utworami – może zachwycać. Do tego jeszcze oprawa graficzna, która przypomina estetykę plakatów filmów s-f z lat 80. No po prostu cudo!

Podsumowanie
  • 10/10
    Okładka/opakowanie - 10/10
  • 7/10
    Muzyka - 7/10
  • 8.5/10
    Teksty - 8.5/10
  • 8.5/10
    Wokal - 8.5/10
8.5/10

Ocena

Najmocniejszą stroną jest okładka. Jedyny minus za to, że w drodze eksperymentowania równowaga między muzyką, a wokalem niejednokrotnie zostaje zaburzona – czasami przeszkadza to w odbiorze i zrozumieniu komunikatu.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *