Muzyka jak Religia

Przez ostatnie tygodnie znacznie ograniczam swoja aktywność w wirtualnym świecie – tak w social mediach (może nawet i przede wszystkim), jak i w ogóle w przestrzeni online. Wystarcza mi, że mam z nią do czynienia w pracy 🙂 Są jednak momenty, które zmuszają do powrotu – wszystko po to, by pozostawić ślad. Takim też okazał się poniedziałkowy koncert…

Zaczynając od początku winna Wam jestem wyjaśnienia. Nie jestem typem charyzmatycznej blogerki i w zasadzie w ogóle nie przeglądam statystyk strony. Tym bardziej miłym zaskoczeniem były dla mnie liczne zapytania, które pojawiły się po pierwszych tygodniach ciszy. Dziękuję Wam za to 🙂 To bardzo miłe! <3 Cisza nie jest i nie będzie (bo będzie trwała) spowodowana moim “zawodowym” wypaleniem ani też “brakiem czasu” (pojęciem-workiem, do którego ostatnio wszyscy pakujemy wszystko to, czego nie udało się wykonać…). To świadomy wybór, którego dokonałam, aby oczyścić umysł z wszelkich dodatkowych impulsów i skoncentrować się w najbliższych miesiącach na pisaniu doktoratu 🙂 Nauka, a co za tym idzie – przygotowanie dysertacji – jest kwintesencją mojej życiowej pasji 🙂 Wybaczcie więc, że całym sercem, duszą, czasem i zaangażowaniem jestem teraz tam 🙂 Jeżeli przetrwacie ze mną ten czas – obiecuję, że wrócę niesiona na zupełnie nowych skrzydłach 🙂

Na bloga wpadać będę okazjonalnie – po to by dzielić się z Wami spostrzeżeniami, refleksjami, własnymi przeżyciami. W zasadzie nie zamierzałam pisać, ale poniedziałkowe spotkanie z Artystą obudziło we mnie potrzebę zaakcentowania kilku niezwykle istotnych zjawisk. Nie bez powodu publikuję ten wpis pod takim właśnie tytułem: “Muzyka jak religia“.

Pozwólcie, że przedstawię kilka wybiórczych scen, które na zawsze już zachowam w swoim sercu jako wskazówkę będącą odpowiedzią na pytanie “jak żyć?”.

Na poniedziałkowy koncert Edyty Geppert jechałam bez przekonania. Bilet był – wziął się nie wiadomo skąd, a ja postanowiłam sobie, że ograniczam wszelkie doznania artystyczne (powód wyjaśniłam wcześniej). Uznałam jednak, że Geppert raczy słuchaczy taką muzyką, która pozwoli mi pozostać w kręgu lirycznych doznań. Pojechałam więc (a w drodze na koncert słuchałam KoRna… 😉 ).

Kiedy zobaczyłam scenografię – westchnęłam głęboko. Byłam rozczarowana, gdyż w zeszłym roku, w tym samym miejscu, ta sama Artystka, zaprezentowała dokładnie to samo. Nie liczyłam na nowy repertuar, ale chciałam czegoś NOWEGO.

Siedziałam w pierwszym rzędzie – między panią koło 50., która przyszła z przyjaciółką (może sąsiadką?) a panem – w podobnym wieku, który zjawił się z żoną (partnerką?). Obserwowałam ludzi, którzy wchodzili na salę. Po chwili przede mną przeszła para zakochanych – on wyglądał na fana reggae (dredy, tunele w uszach), ona podobnie. Zaraz za nimi szła staruszka obwieszona od stóp do głów naszyjnikami z pereł. Jej twarz zdobił nierówno wykonany, zapewne drżącą dłonią, makijaż. Wyglądała dostojnie. Po niej do sali weszły dwie dziewczyny, które usiadły nieopodal mnie – lat koło 20-stu, trzymały się za ręce, nieustannie szukały się spojrzeniami. A za nimi szedł młody chłopak w garniturze, który doskonale pasował mi do wizerunku studenta Akademii Muzycznej.

Wszyscy ci ludzie wyglądali pięknie. Wyjęci z tła, w którym się znaleźli, pewnie byliby szarzy, przeciętni. Piękni byli na tle różnorodności, która ich zdobiła. Naprawdę – fantastyczny widok!

Na koncert jechałam w dość melancholijnym nastroju – ostatnie godziny rozmyślałam nad kwestią odpowiedzialności za słowa, tej odpowiedzialności, którą wszyscy powinniśmy traktować nad wyraz poważnie. Targało mną rozczarowanie (ot tak, młodzieńcze), jakiś bunt, zniechęcenie. Sama nie wiem co jeszcze 🙂 Od Edyty Geppert oczekiwałam przede wszystkim godziny świętego spokoju, który przyniesie oddech. A ona weszła na scenę i rozpoczęła:

Niby wszystko takie jasne, a tak ciemno,
Że powtarzać sobie muszę – nie jest źle
A ty, duszo na ramieniu, trzymaj ze mną
Gdy się gubię, kiedy wątpię – pilnuj mnie.

Dało się zapomnieć, że scenografia taka sama (i TA SAMA) jak w zeszłym roku, że Edyta w tym samym stroju… 🙂

Dialogi, które Edyta prowadziła z mężem (Pan Piotr występuje z nią na scenie) również niczym się nie różniły od dobrze znanego mi scenariuszu. Były momenty, że ta przewidywalność mnie drażniła. Jednak Geppert zaskoczyła mnie kilkoma nowymi utworami, którymi zmieniła swój repertuar. Prowadziła ciekawą narrację, którą zamknęła w klamrze silnych przeżyć.

Rozpoczęła mocnym uderzeniem, kilkoma melancholijnymi i nieraz dramatycznymi refleksjami. Pamiętam jak siedzący obok mnie mężczyzna, o którym wspomniałam już wcześniej, ukradkiem wycierał łzy. Dokładnie wiem, w którym momencie popłynęły:

Nie, nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci dziękuję, mój kraju
Za jakiś czwartek jakiś piątek jakiś wtorek
I za nadziei cały worek

Nie, nie żałuję
Przeciwnie bardzo ci dziękuję
za to, że jesteś moim krajem
Że jesteś piekłem mym i rajem

A po kilkunastu minutach utkwiłam wzrok w tych dwóch dziewczynach, które cały czas trzymały się za ręce. Siedziały kilka miejsc ode mnie i uśmiechały się od ucha do ucha zatapiając we wzajemnych spojrzeniach, gdy Geppert śpiewała:

Zawsze byłam za inna
Za niewinna za winna

Pamiętam też jak przyciągnął mnie obraz staruszki – tej eleganckiej, wymalowanej, która zabrała z domu najpiękniejsze i najcenniejsze perły. Teraz swoje dłonie trzymała mocno zaciśnięte na zwisających z jej szyi drobiazgach, oczy miała zamknięte. Podbródek jej drżał. W tym samym czasie do moich uszu dotarł przeraźliwy krzyk Geppert:

Ludzie giną!

W wioskach, których nie wyśledzi
wzrok- bez krzyku, bez spowiedzi,
bez żegnania się z rodziną
ludzie giną! 
Ludzie giną, gdy do urny
wrzucasz głos na nowych durni
z ich nie nową już doktryną:
“Nie tu giną”…

Nie sądzę, aby trzeba było dokładać jeszcze słowa do tych kilku obrazów. One mówią same za siebie.

Opuszczając sale koncertową wychodziłam za młodymi dziewczynami, o których wspomniałam wcześniej i które najwidoczniej były w sobie pięknie zakochane 🙂 Zatrzymały się się na chwilę i pomogły podnieść się z fotela staruszce  udekorowanej perłami. Wówczas dostrzegłam na szyi dostojnej pani – oprócz bogactwa naszyjników – złoty krzyżyk z Jezusem, który nosiła dumnie. Uśmiechnęła się do dziewczyn, pozwoliła pomóc sobie wyjść z sali, a nawet sprowadzić się ze schodów. Widziałam tylko, że dialog między tą trójką nabierał rozpędu. Potem starsza pani poszła w swoją stronę, a dziewczyny obdarzyły się buziakiem.

Schodząc do szatni słyszałam różne opinie (w zasadzie TYLKO pozytywne): że koncert fenomenalny, wspaniały, niepowtarzalny, zaje**y… Różne głosy, różnych ludzi – jedno szczęście. 🙂

Pan, który uronił w trakcie recitalu kilka, łez minął mnie przy wyjściu z żoną. Szli w milczeniu. Uśmiechnięci.

Wtedy w pamięci powrócił do mnie jeden z utworów Geppert, który sobie zanuciłam:

[…]

Każdy odejdzie w swoją stronę
Droga nam serca ukołysze
Każdy odejdzie w swoją stronę
Droga nam serca ukołysze
Idź, idź
W swoją stronę idź
Tyle stron ma świat
Ja wiem, że łzy są słone
Idź, idź
W swoją stronę idź
Tyle stron ma świat
A droga trwa

A ten wpis zdecydowałam się pozostawić w chwili, kiedy w trakcie występu Edyta Geppert utkwiła we mnie swój wzrok. Pamiętam co wtedy śpiewała:

Chcę spotkać w tym dniu
Człowieka co czuje jak ja
Chcę powierzyć mu
Powierzyć mu swój niepokój
Chcę w jego wzroku
Dojrzeć to światełko które sprawi
Że on powie jak ja… jak ja…

Podjęłam wyzwanie 😉 I zostawiam Was z tym wpisem mając nadzieję, że zrodzi owocne refleksje 🙂

Do usłyszenia (napisania)! 🙂

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *