O rodzinnych sekretach bez sekretów

Długo się zastanawiałam czy napisać tę recenzję. Mam zasadę, dzięki której czasem łatwiej jest mi zamilknąć niż skrytykować. Krytyk musi bowiem mieć na uwadze twórcę – jego emocjonalność, indywidualną wrażliwość, czas w którym tworzył i całą rzeszę związanych z osobą twórcy pierwiastków. I wtedy ocenia – czy jego zdanie wyrządzi więcej krzywdy, czy też służyć będzie naprawie niedoskonałości. Jest to zadanie niezwykle trudne – tym bardziej jeżeli dotyczy bliskiej sercu osoby i jej życia pozascenicznego.

Książka “Steczkowscy. Miłość wbrew regule” autorstwa Agaty Steczkowskiej miała być biografią – tak była zapowiadana. Niestety – pozostaje jedynie książką. I to nie jest pozycja z wyższej półki. Może kilka konkretów.

1. Quasi-biografia

Steczkowscy. Miłość wbrew regule” biografią nie jest. Jest opowieścią snutą lekkim i przyjemnym dla czytelnika językiem, bez naukowego bełkotu, bez odnośników, przypisów, bibliografii, szerokiego tła historyczno-kulturowego, które pozwoliłoby osadzić życie bohatera/bohaterów w konkretnym miejscu i czasie (na tle, które czytelnik ma szansę poznać).

Oczywiście mam świadomość, że biografia nie musi mieć charakteru naukowego. Może być biografią literacką lub popularyzatorską. Jako filolog mam jednak osobiste zdanie, z którego nie zrezygnuję: biografia powinna być dziełem rzetelnym, przedstawiającym czytelnikowi fakty, wobec których nie może mieć on żadnych wątpliwości. A wątpliwości pojawiają się zawsze, gdy czytelnik wyczuwa brak obiektywizmu. Tak też dzieje się w przypadku książki najstarszej z sióstr Steczkowskich.

2. Obiektywizm-Subiektywizm?

Wspomniałam wyżej o braku obiektywizmu. To oczywiście moje spaczenie zawodowe, ale w przypadku takiej pozycji książkowej akurat ma swoje uzasadnienie.

Najlepiej czytało mi się książkę do momentu, kiedy Agata opowiadała historię swoich dziadków, potem rodziców – z lat przed jej narodzeniem. Tworzyła (ona lub Beata Nowicka) ciekawą narrację snutą przyjemnym dla ucha językiem. Unikała zbędnych opisów, nadinterpretacji – analizę i wnioski wydarzeń pozostawiała po stronie czytelnika. W pamięci mam przepiękną historię miłości protoplastów jej rodziny. Nie było w tym ochów i achów, był ciężar dnia codziennego i siła jednostki – zaprezentowane w faktach. I to robiło ogromne wrażenie.

A potem historia się zmienia – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przychodzi moment, kiedy na świecie i w historii Państwa Steczkowskich zjawia się Agata. I zmienia się też narracja. Robi się ona nieznośnie indywidualna i zawężona – jest to tym silniej odczuwalne, im bardziej czytelnik dał się wciągnąć w poprzednią część książki.

To zrozumiałe, że książka jest pisana “z perspektywy”. Jak najbardziej to rozumiem. Ale dla mnie jest ona niepodważalnym dowodem, że biografii rodziców nie powinny pisać ich dzieci. Podobnie z resztą można się zirytować w trakcie lektury książki Kiry Gałczyńskiej – córki Konstantego Ildefonsa. Rzetelność w przypadku takiego dzieła, jakim jest biografia, wykazał natomiast Andrzej Franaszek, spisując życie Czesława Miłosza.

Przywołuję te przykłady aby ukazać mój punkt widzenia, moje “the best” i “the worst” w kategorii Biografie.

W kwestii braku obiektywizmu pociągnąć można jeszcze kilka, jak nie kilkanaście wątków. Drażniąca pozostaje dla mnie jednostronność narracji. Z jednej strony rozumiem – Agata uargumentowała swoje stanowisko i na początku wspomniała, że nie chce poruszać kwestii związanych z rodzeństwem. Z drugiej – czy jest sens w takiej sytuacji usilnie pisać coś, co dotyczy wszystkich i przedstawiać “to” z perspektywy jednostki?

Można też odnieść wrażenie, że do momentu, w którym w historii Państwa Steczkowskich nie pojawia się Agata – jest to prawdziwie ich historia, ich losy oraz ich walka. A potem historia zmienia się w opis indywidualnych przeżyć Agaty. I nie ma się co dziwić – spisując kolejne karty książki autorka bazowała przecież na własnych wspomnieniach, w których żywym elementem zapewne pozostają po dziś dzień emocje. A tam gdzie są emocje, tam nigdy nie będzie obiektywizmu. Historia Państwa Steczkowskich staje się więc z czasem historią Agaty Steczkowskiej. A szkoda.

3. Model rodziny

To, co stanowi niewątpliwy walor książki, to przesłanie związane z modelem rodziny. Bo można się wiele nauczyć, wiele wywnioskować odnośnie relacji, które obecne są w rodzinie. To ogromna wartość tej pozycji i tego nie można pominąć.

Pojawiają się też anegdoty, które ukazują w dość zgrabny sposób cienie i blaski rodzinnego życia. Każda opleciona jest delikatnym językiem, w którym wyczuć można ogromny szacunek autorki do prezentowanych zdarzeń. Z tej perspektywy chylę czoła przed Agatą – myślę, że w żaden sposób nie naruszyła, właśnie dzięki tej wrażliwości, tego, co intymne i co powinno pozostać TYLKO własnością jej rodziców, jej samej i rodzeństwa. Z drugiej strony – nadal pozostaję przy swoim – w mojej ocenie nie da się tego połączyć z rzetelną, pełną w swym wymiarze biografię. Taka narracja może pozostać ciekawą, pełną uniesień opowieścią. Nie biografią.

4. Struktura

Kolejną kwestią, która wywołuje u mnie wewnętrzne dyskusje, jest sama struktura książki. Po pierwsze trzeba zaznaczyć, że edytorsko w jasny, czytelny dla odbiorcy sposób zostały wydzielone różne narracje: wspomnienia Agaty, opowieści spisywane zapewne przez współautorkę (Beatę Nowicką) oraz anegdoty przywoływane słowami znajomych, sąsiadów etc. Trzy graficzne wyodrębnienia – nie sposób się pomylić, co bez wątpienia wpływa na spójność lektury.

Druga kwestia to “opowiedziane” listy rodziców, które do siebie pisali. Agata już na początku zaznaczyła, że z racji na poufność materiału jedynie zrelacjonuje ich treść. Ale tutaj dla mnie, jako filozofa, pojawia się nierozstrzygnięty konflikt stanowisk. Z jednej strony – autorka przyznaje, że listy są materiałem (pamiątką o wyjątkowej wartości sentymentalnej) nie będącym jej własnością – pozostają własnością Pani Danuty, jej mamy. Z drugiej – decyduje się na opowiadanie o ich treści, własnymi słowami. Nie rozumiem więc: jeżeli nie są to treści, które z perspektywy etycznej można by publikować, to dlaczego porusza i wydobywa na światło dzienne wszystkie te sensy, zwroty, tęsknoty dwojga ludzi? Jeżeli natomiast otrzymała od mamy, osoby do której listy należą, zgodę na ujawnienie tych materiałów – dlaczego ich nie opublikowała w oryginalnym brzmieniu (nawet posługując się cenzurą i wycinając fragmenty zbyt intymne). Jako czytelnik – filolog i filozof – odczuwam tutaj zgrzyt. Oprócz tego zaznaczyć należy, że takie “opowiadania” i “streszczanie” listów jest dla czytelnika nieczytelnym przekazem. Działa na zasadzie głuchego telefonu – starej zabawy, którą pamiętam z dzieciństwa. Nie przypominam sobie, aby kiedyś zabawa zakończyła się przekazaniem poprawnej odpowiedzi – zawsze stawała się źródłem śmiechu, bo przekazywane sensy tak bardzo odbiegały od siebie, że aż nie sposób ich było połączyć. A biografia to nie narzędzie zabawy – to słowa dotykające czyjegoś życia. Tutaj nie powinno być miejsca na niedopowiedzenia, w których może pojawić się błędna interpretacja.

4. Historia

Na koniec pozostawiam to, co najpiękniejsze, czyli samą historię, która zasługuje na niewypowiedziany szacunek. I dlatego nie zamierzam wypowiadać się na ten temat. Chcę jednak zaakcentować, że jest to opowieść o naprawdę niezwykłych ludziach. Bez względu na to, jakie ktoś ma wymagania odnośnie formy jej przedstawienia – jest jedną z tych historii, która powinna rodzić ciszę, a nie dyskusje. Temu uczuciu, moim zdaniem, należy się cisza i ciepło, którego zazna jedynie w gronie najbliższych. Nie pytania i krytyka obcych. Nie dyskusje. Danuta i Stanisław Steczkowscy zbyt wiele razy, w ciągu całego swojego życia, stawali się “przedmiotem” zbędnych dyskusji. Myślę więc, że czas najwyższy, aby otrzymali ciszę.

Amen.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *