Olga Bończyk – Ślady miłości (2021) – recenzja

Po bardzo długim czasie powracam z recenzją. Filozofia Sztuki milczała przez ponad 2 lata. Nie był to w żadnym stopniu czas stracony. Był intensywny, dziwny, pracowity, poświęcony licznym projektom. Ale niewiele wówczas było wydawnictw, które miałyby siłę chociaż na chwilkę oderwać mnie od “codzienności”. Czekałam, czekałam, szukałam, znowu czekałam… aż w końcu pojawiła się Ona – Olga Bończyk ze swoim najnowszym albumem zatytułowanym “Ślady miłości“.

Olgi Bończyk nigdy nie słuchałam. Dziwnie zaczynać recenzję od takiej deklaracji, ale czytelnikowi należy się szczerość. Dotychczas kojarzyłam ją przede wszystkim ze współpracy z Romanem Kołakowskim, z którym i ja miałam zaszczyt, choć przez krótki czas, współdziałać. Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie występ Olgi na cieszyńskim rynku (“Sztandary Niepodległości” – R. Kołakowski), a potem – w trakcie wielkiego widowiska z okazji 100. lat odzyskania przez Polskę Niepodległości (“Imiona Wolności” – R. Kołakowski). W takich spektaklach muzyczno-teatralnych Bończyk zawsze była jednym z najsilniejszych akcentów, zapadających w pamięć. Ale czy dała się tymi występami poznać w pełni? Nie…

Właśnie dlatego – przez tę niewiedzę, ciekawość, a nawet i ugruntowane we mnie oczekiwania, zdecydowałam się  zapoznać z najnowszym wydawnictwem artystki. Nie mogę powiedzieć, że rozpoczęłam odsłuch z “czystą kartą”. Wręcz przeciwnie – rozpoczęłam go z pytaniem, które towarzyszyło mi od dawna: Czy Olga Bończyk w swojej autorskiej twórczości jest w stanie tak zahipnotyzować jak w trakcie wielkich widowisk, gdzie oglądamy ją jako jedną z wielu?

Ślady miłości…

Nim znalazłam odpowiedź na to pytanie, zaintrygował mnie tytuł wydawnictwa – “Ślady miłości“. Nie byłabym sobą, a Filozofia Sztuki nie byłaby Filozofią Sztuki, gdybym w tym miejscu nie wspomniała o dojść oczywistym i narzucającym się wręcz skojarzeniu, do metafory “śladów” Paula Ricoeur’a. Cóż z niej wynika najbardziej istotnego? Konkluzja, iż ślady są po to, aby je odkrywać. 

Niby proste, ale jednak… Niekiedy to powołanie, a wręcz obowiązek (tak wręcz nazywa to Ricoeur) odkrywania i odczytywania śladów, jest przez nas ignorowany. 

Skoro zatem Olga Bończyk zdecydowała się zamknąć swój album w takiej właśnie definicji – oczekiwałam, że zabierze mnie w podróż do przeszłości, w której tylko nieśmiało spoglądamy wstecz, aby przypomnieć sobie to co było i potem iść dalej. Bogatsi o tę wiedzę, o pamięć. 

I nie zawiodłam się. Ta płyta rzeczywiście jest swego rodzaju epicentrum zdarzeń, w którym skumulowała się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Coś fantastycznego – Bończyk udało się w tekstach utworów zamknąć wszystkie te trzy czasy na raz. Uwięzić je w klatce słów i znaczeń. Pisząc z perspektywy teraźniejszej, przywołuje obrazy przeszłości, aby za ich pomocą otworzyć się na przyszłość.

Dlaczego to takie ważne? Bo gdyby w tekstach i muzyce zabrakło wrażliwości na którykolwiek z tych czasów – obraz byłby niespójny. Albo zbyt melancholijny, wręcz dołujący, albo niekorespondujący ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym (opartym na przepływie zdarzeń). U Olgi zachowany jest porządek, który pięknie określić można mianem równowagi. 

Od pierwszego do ostatniego utworu słychać, że kompozycje są przemyślane. Ale to nie wszystko. Słuchać również, że są one przeżyte. Za tymi obrazami, za kompozycjami, które są płótnem tychże obrazów, stoi doświadczenie. Życie. I to słuchać na tej płycie. W każdej jednej nucie. 

Album “Ślady miłości” jest też spójny tematycznie. Trudno uciec od skojarzenia, iż artystka dokonuje swoistego rozrachunku, a przygotowane przez nią utwory rażą wręcz wiwisekcyjną otwartością. Trzeba to docenić, bo taki zabieg jest iście niebezpieczny. Warto sobie zadać pytanie, czy ktoś, ktokolwiek z nas miałby odwagę swoje najskrytsze tęsknoty wystawić na piedestale i podsunąć ludziom do oceny? Ja nie. Na pewno nie. Dlatego ogromnie szanuję Olgę Bończyk za tę decyzję, otwartość i odwagę. To w zasadzie świadczy o jej niezależności i dojrzałości jako artysty.

Słów kilka o kompozycjach

Na pewno są na płycie utwory, do których będę wracać. Co ciekawe – nie słucham swingu i jazzu (a nawet, delikatnie mówiąc, nie przepadam za tym stylem). Kwestia gustu muzycznego. JEDNAK – i to ogromny plus – album “Ślady miłości” cechuje się ogromną różnorodnością muzyczną. Mamy więc spójność tematyczną (jeden temat) i mnogość stylów. Po raz kolejny muszę zatem podkreślić, że Bończyk zgrabnie wszystko zrównoważyła. 

Wróćmy jednak do samych kompozycji. Jest kilka, które szczególnie mnie ujęły. Są to “Za miłość twą dziękuję ci“, “Więcej niż kochanek” (utwór który już wcześniej wpadł mi w ucho), “Czuła przystań“. Cóż – jestem monotematyczna i monostylistyczna w swoich upodobaniach. Musicie mi wybaczyć. 🙂 Ale na pewno miłośnicy innych stylów, bardziej swingowych brzmień, znajdą u Bończyk coś dla siebie.

Zatrzymam się jednak na chwilę przy kompozycji “Za miłość twą dziękuję ci“. Dla mnie ten utwór stanowi obrazek reprezentujący całe wydawnictwo. W zasadzie zamyka w sobie wszystkie barwy “Śladów miłości”. Warto zwrócić tutaj uwagę na fenomenalną nutę – dźwięki, które delikatną mgiełką wypełniają całą przestrzeń utworu. Po pierwsze – bardzo delikatne i stonowane wejście, tworzące wyjątkowo intymny, sprzyjający refleksjom klimat. Potem – wejście przed refrenem, które ma charakter sinusoidalny: góra-dół, góra-dół. To naprawdę słuchać! 🙂 Włączcie sobie ten kawałek 🙂 Unoszenie i spadanie. W fenomenalny sposób buduje to emocjonalność utworu, nadaje mu sens i przenosi z przestrzeni bardzo indywidualnej, do tej uniwersalnej – dostępnej dla każdego odbiorcy. Dla mnie i dla Ciebie. Olga Bończyk stworzyła tam miejsce, w którym zmieszczą się Twoje wspomnienia. Twoje tęsknoty. Obrazy utraconych chwil, o których nie chcesz zapominać. 

Podsumowanie

Odsłuchując “Ślady miłości” bałam się, że Olga Bończyk zasypie mnie falą melancholii. Ale o dziwo – w tej płycie nie ma smutku. Jest tęsknota, czasem nawet żal za utraconą chwilą, skrawek smutku ułamany nad pędzącą, heraklitejską rzeką. Ale nie ma tam bezsensownego, niedojrzałego buntu. Jest dojrzałość, która wyrasta ponad wszystko. 

 

 

 

Przeczytaj również...

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *