Bastion [1978] – Stephen King – recenzja

Bez dwóch zdań Bastion Stephena Kinga zasługuje na uznanie. Nazywany przez wielu opus magnum mistrza grozy, zachwyca nie tylko objętością, ale przede wszystkim strukturą fabuły. 

Nie można jednak pozostać bezkrytycznym wobec takiego dzieła. By jednak móc wspomnieć o kilku potknięciach Kinga, zarysować należy najważniejsze dla powieści zabiegi.

Bohaterowie

Pierwszą trudnością i jednocześnie przyjemnością w lekturze Bastionu Stephena Kinga jest mnogość bohaterów, a co za tym idzie – ich historii. Mało tego – King śmiało pogrywa sobie z odbiorcą i bez najmniejszego skrępowania wprowadza do fabuły nowych bohaterów . Pojawiają się oni nagle i równie niespodziewanie znikają. Nigdy nie wiadomo, czy nowo poznana postać towarzyszyć nam będzie przez kolejnych 10 czy też 500 stron. 

Wielu bohaterów zostaje przez Kinga starannie przygotowanych. Posiadają wyraźnie zarysowaną strukturę wewnętrzną, wyeksponowane zostają ich cechy i relacje ze światem zewnętrznym. I tuż po tym, gdy zostają tak starannie zaprezentowani – giną. Pozostają dla całej powieści nic nie znaczącym momentem. Taka staranność i skrupulatność eksponuje element nieuchronności przemijania i uległości wobec potęgi wirusa, który dominuje w pierwszej części powieści.

Z czasem czytelnik z coraz większą lekkością podchodzi do poznawania nowych postaci – jakby z przeświadczeniem, że są oni “tylko na moment”. I tutaj po raz kolejny King posługuje się elementem gry – tych bohaterów, którzy pozornie wrzuceni zostali do fabuły jedynie na moment, przywraca do powieści – przypomina o nich czytelnikowi po 400 lub 600 stronach. 

To jednak nie jedyny zabieg fabularny związany z bohaterami Bastionu. Najciekawszym jest ich punktowość wobec fabuły. Na początku powieści każda postać znajduje się w zupełnie innym miejscu. Czytelnik wprowadzony zostaje przez Stephena Kinga w jej wąski świat – bliski i właściwy tylko temu konkretnemu charakterowi. Na mapie zdarzeń zaczynają więc pojawiać się drobne punkty, poznane już przez czytelnika – nasi bohaterowie. 

Wraz z rozwojem fabuły – rozpoczyna się wędrówka bohaterów. Zachowują się oni jak elektrony krążące wokół jądra powieści, którym jest wirus. Za każdym razem, gdy czytelnik ma szansę powrócić do konkretnego bohatera-elektronu, obszar otoczenia wokół niego zdaje się rozszerzać. Przyrównać to można do pola grawitacyjnego lub elektrostatycznego, które systematycznie, wraz z każdym kolejnym rozpoznaniem, ulega powiększeniu. Co więcej – bohater-elektron pozostaje w ruchu – krąży na swojej orbicie, przez co pole jego odkrywania również ulega poszerzeniu. 

Systematyczność tego procesu i jego konsekwencja zasługuje na uznanie. Tworzy ona bowiem pierwszą część Bastionu. Do momentu, aż losy wszystkich bohaterów-elektronów nie znajdą wspólnego dla siebie, jasno zdiagnozowanego mianownika, rozwój zdarzeń oparty pozostaje właśnie na tej zależności. I jest niezwykle wciągający – akcentuje bowiem obecność tej przestrzeni, która znajduje się między jednym a drugim poznanym już polem oddziaływań. A tam jest niepewność, nieprzewidywalność – tam wszystko może się zdarzyć. 

Niestety taka struktura wyczerpuje się mniej więcej w połowie – w chwili, gdy losy bohaterów zostają wyraźnie i namacalnie splecione, a z kilku lub nawet kilkunastu ścieżek fabularnych, wyodrębniają się dwie główne arterie – dobra i zła. To bardzo oczywisty podział – chyba nawet zbyt oczywisty. Nawet zdrady, zmiany obozów nie są w stanie wprowadzić rozwój zdarzeń na ten sam poziom dynamiki, jaki dawało jej poprzednie rozwiązanie. I trzeba to wyraźnie zaakcentować, bo takie “tąpnięcie” fabularne wprowadza element znużenia, który wynika z przewidywalności zdarzeń. Oczywiście nie jest tak, że czytelnik zna dalsze losy bohaterów. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że w tej odwiecznej walce dobra i zła i tak znamy ostatecznego zwycięzcę.

Dwutorowa fabuła

Powyższe wnioski w jasny sposób zarysowują dwutorowość fabuły, a co za tym idzie – taką też, dualistyczną, strukturę powieści. 

W pierwszej części poznajemy losy różnych bohaterów-elektronów, a jądrem, wokół którego się przemieszczają, jest wirus – Kapitan Trips. Dla mnie to zdecydowanie najmocniejsza część Bastionu. Wiąże się z nią element grozy, nieprzewidywalności, mocno zaakcentowana dynamika zdarzeń. To zaś wprowadza czytelnika w stan wyczekiwania. Oczywiście intuicyjnie czuje się, że wszystkie te historie w końcu spleść się muszą w spójną całość. Silnie wyczuwalny jest magnetyzm pól tych historii – szczególnie, gdy każdy z bohaterów rusza w drogę. 

Druga część Bastionu to już struktura napięciowa między dwoma obozami: dobra i zła. Powieść w tym aspekcie robi się przewidywalna, iż bohaterowie zyskują na tendencyjności. O ile wcześniej nie chodziło o ulokowanie ich w konkretnym obozie: dobrych lub złych, o tyle w drugiej części – już są do niego mocno, nierozerwalnie wręcz przypisani. To przeszkadza w lekturze, bowiem tworzy duży kontrast ze stopniową rozbudową pierwszej części.

Powieść drogi

Nie da się ukryć, że tak duże – także pod kątem objętościowym – dzieło, nie dałoby się zamknąć w jednym domu czy też nawet mieście. Bastion jest więc powieścią drogi, a każda droga to zawsze pewien sposób poznania. Stephen King zmusza więc czytelnika by podążał śladami bohaterów, przemierzając postapokaliptyczne pustynie opuszczony miast Ameryki. To doskonały zabieg, który ugruntowuje strukturę fabuły opartą na bohaterach-elektronach. Problem pojawia się w chwili zlokalizowania i ugruntowania dwóch, opozycyjnych obozów. Ich przywódcy – Stu i Flagg – w chwili gdy kończą podróż i zatrzymują się w miejscu, swej Ziemi Obiecanej, wprowadzają do powieści element stagnacji. 

Sytuacji nie odmienia też, choć odrobinę poprawia, podróż Stu z towarzyszami, w celu unicestwienia Flagga. Dlaczego?

Ponieważ mniej więcej w połowie powieści każdy z nich, a tym samym i każdy związany z danym bohaterem, zostaje przypisany do konkretnego miejsca. Oczywiste jest więc, że Stu zechce “wrócić do domu”, a jego nowa podróż jest tylko czasową zmianą miejsca. Inaczej sytuacja wyglądała we wcześniejszych wydarzeniach, kiedy to bohaterowie brnęli w nieznane – pchani strachem i wolą życia zarazem. Nie znali miejsca docelowego podróży. 

Nie zmienia to jednak faktu, że Bastion zasługuje na uznanie. Wewnątrz powieści znaleźć możemy wiele ciekawych postaci, którym będziemy kibicować aż po ostatnie strony opisywanych wydarzeń. Zachwycać też będą ambitne zabiegi teoretycznoliterackie, którymi Stephen King wzbogacił swoje opus magnum. 

 

Podsumowanie
  • 8.8/10
    Fabuła - 8.8/10
  • 7.8/10
    Narracja - 7.8/10
  • 9.3/10
    Bohaterowie - 9.3/10
  • 9.8/10
    Świat przedstawiony - 9.8/10
8.9/10

Ocena

Najmocniejszą stroną powieści są bohaterowie i świat przedstawiony. Szczególnie część zbudowana wokół tematu Kapitana Tripsa zachwyca. Również rytm powieści, stałe, utrzymane na podobnym poziomie napięcie zasługuje na uznanie (także pierwsza część, niestety w drugiej odczuwalna jest większa stagnacja).

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.