Znalezione nie kradzione [2015] – Stephen King – recenzja

Ponoć “rękopisy nie płoną”, jak w swoim opus magnum wspomina Michaił Bułhakow. Ale czy na pewno? “Znalezione nie kradzione” – druga część trylogii Stephena Kinga odkrywa, że najczarniejszą stronę fanatyzmu.

Znalezione nie kradzione” zaprezentowane jest jako druga powieść z cyklu o przygodach detektywa Hodgesa. Ale prawdę powiedziawszy – jego obecność w poszczególnych wątkach fabularnych jest kwestią wtórną. Powieść jest na tyle samodzielna, że śledztwo mogłoby przypaść w udziale każdemu innemu policjantowi – bez szkody dla spójności wydarzeń.

Także sama kwestia splecenia nowej historii z wątkiem Pana Mercedesa, doskonale znanego z poprzedniej powieści Stephena Kinga, jest jedynie smacznym dodatkiem. To dobrze – bo nie ma w “Znalezionym niekradzionym” powtórek, uporczywych przypominajek, które wywołują o widza efekt deja vu. Gdyby pozbawić powieść związku z “Panem Mercedesem” – nie straciłaby na uroku, ani tym bardziej na fabule. Można więc “Znalezione nie kradzione” traktować jako w pełni samodzielne dzieło, w którym znani z poprzedniej części bohaterowie są jedynie zgrabnie wplecionym gratisem.

Stała pozostaje jednak struktura narracji powieści. Tak, jak pisałam w recenzji “Pana Mercedesa“, tak i u tutaj mamy do czynienia z narracją dwubiegunową. Z jednej strony poznajemy historię Morrisa Bellamy’ego – mordercy zafascynowanego twórczością Rothsteina. Z drugiej – odkryta zostaje perspektywa Pete’a Saubersa, syna niedoszłej ofiary “Pana Mercedesa“. I, tak jak poprzednio, obie historie nieusatannie się ku sobie zwracają – aż do momentu bezpośredniego starcia. 

Natomiast same losy Billa Hodgesa nie służą w tym przypadku utrzymaniu spójności pomiędzy jednym a drugim biegunem narracji. Nie ma takiej potrzeby. Mam jednak nieodparte wrażenie, że pisząc “Znalezione nie kradzioneStephen King miał już w głowie ułożoną fabułę dla kolejnej części trylogii. To czuć, bo obecność Hodgesa oraz jego towarzyszy, choć niezbyt kluczowa dla fabuły, wprowadza kilka nierozstrzygniętych wątków (jak chociażby odwiedziny Hodgesa w szpitalu).

Ciekawy i godny uwagi jest też delikatny, bardzo subtelny akcent irracjonalny, który Stephen King zdecydował się wprowadzić do powieści. Jest on niejasny i bezpośrednio niezwiązany z fabułą drugiej części trylogii. Ale jednak stanowi istotny element budujący spójność wszystkich powieści o przygodach Kermita Hodgesa i Brady’ego Hartsfielda. I za to też ogromny plus.

To, co natomiast mnie nie przekonuje, to nader nieuzasadnione wprowadzanie przekleństw do narracji. Dotychczas King doskonale radził sobie bez nich. Teraz – nie wiedzieć czemu – sięga po przekleństwa największego kalibru. O ile w partiach dialogowych jak najbardziej są one elementem dobrze wpasowanym, a nawet budującym nastrój, o tyle w ustach trzecioosobowego narratora brzmią dziwnie, w sposób niedopasowany. Tym bardziej, że w umyśle czytelnika niemal natychmiast pojawiają się ich odpowiedniki, które można by było zastosować bez skody dla fabuły, nastrojowości etc. Dlaczego jednak Stephen King zdecydował się na taki zabieg? Trudno to wyjaśnić – “Znalezione nie kradzione” nie przynosi odpowiedzi.

Podsumowanie
  • 9/10
    Fabuła - 9/10
  • 7/10
    Narracja - 7/10
  • 8.9/10
    Bohaterowie - 8.9/10
  • 8/10
    Świat przedstawiony - 8/10
8.2/10

Ocena

Zdecydowanym plusem jest atrakcyjny sposób nawiązania do poprzedniej części. Minusem – mankamenty językowe.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.