Podróż za „Słynnym niebieskim prochowcem”…

Kiedy 7 października 2016 r. zmarł Leonard Cohen, szybko okazało się jak bardzo nieprzygotowani jesteśmy na tak dotkliwą stratę. Artyści różnych pokoleń szaleńczo, niemal na oślep, rozpoczęli projekty mające na celu przypomnienie czy też upamiętnienie barda. Niestety – co nagle to po diable. Trudno jest się wśród tych emocjonalnych zrywów doszukać czegoś, co w pełni można by nazwać kontynuacją narracji Cohena. Tym bardziej z ogromną podejrzliwością i nieufnością udałam się na spektakl „Słynny niebieski prochowiec„, który odbył się 1 maja 2017 r. w Sali Koncertowej Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie.

Cohen w swojej twórczości pozostaje smutny i wesoły jednocześnie. Nie stroni od gorzkiej ironii – zupełnie tak, jakby do tekstów wlewał pierwiastek indywidualnych rozczarowań, smutków, ale i radości czy uśmiechów zdobiących zwykły, szary dzień. I dlatego artyści mają, a nawet powinni mieć problem z jego dziełami. Nie da się ich odśpiewać, zaprezentować, odtworzyć. Trzeba je przeżyć – po swojemu, indywidualnie, wewnętrznie. Dopiero później można się nimi dzielić. Potrzebny jest więc długi i bolesny etap wiwisekcji, która pozwoli odnaleźć sens – ten, który artysta chce przekazać. 

Kolejną trudnością zawsze pozostanie mistyczność utworów Cohena. Słychać ją w tekście – w pozornym dotykaniu sensem rzeczy fizycznych, a poprzez nie – docieranie do tego, co nienamacalne. Ale słychać ją też w muzyce, która swobodnie łączy ze sobą rozmaite inspiracje i wpływy, których Cohen się nie bał. Do tego wszystkiego całość spleciona zostaje pozornie beztroskim bluesem, który pozostawia przestrzeń na improwizację, niedokładność, niesymetryczność. Zupełnie tak, jak w życiu. 

teatr-piosenki.pl

Mając te wszystkie wnioski w pamięci z nieskrywanym zaciekawieniem zasiadłam w sali koncertowej, w której miał odbyć się spektakl muzyczny. Dźwięk instrumentów, wokal, narracja, obraz, ruch, kolory – każdy kolejny element spektaklu, po który artyści zamierzali sięgnąć stawał się dla nich stopniowym podnoszeniem poprzeczki. Ostatecznie zawiesili ją bardzo wysoko. Ale czy udało się wykonać poprawnie ten skok?

Słynny niebieski prochowiec” to jeden z moich ulubionych utworów Cohena, który darzę szczególnym sentymentem (na marginesie dodam, że tutaj w pamięci mam interpretację Magdy Umer). Mało jest bowiem dzieł muzycznych, które w tak bezlitosny sposób traktowałyby o ludzkiej egzystencji i tym, co dla niej najbardziej intymne. A tym, co takie jest, wcale nie jest bliskość fizyczna czy nagość. Wręcz przeciwnie – to wszystko to, co nienamacalne: samotność, tęsknota, pamięć, miłość, pragnienia. Sięgając po ten tytuł artyści Teatru Piosenki rozbudzili pragnienia na podróż – filozoficzną i sentymentalną jednocześnie. 

Czego się nie obawiałam ani przez chwilę, to teksty. Po pierwsze – materiału do spektaklu dostarczył sam mistrz, Leonard Cohen. Po drugie – przekładem zajął się Roman Kołakowski. I rzeczywiście – metaforyka tekstów pozostawała zgrabna, ale i wierna dobrze znanym nam realizacjom. Kołakowski sięgnął jednak po takie sensy i takie słowa, które jeszcze doskonalej podkreśliły bluesową lekkość cohenowskich kompozycji. Słychać to było już w pierwszym utworze „The Guests” [„Goście„]. Pamiętam, że już na wstępie fantastyczny nastrój stworzył flet poprzeczny. A zaraz o nim usłyszeć można było:

Goście już zbierają się
Przychodzą tu z różnych stron 
Wielu ma serca rozdarte
Otwarte mało kto
Lecz nie wie nikt gdzie ich noc zawiodła
I nie wie nikt kto im wino poda
A ja? Ja pragnę… Ja pragnę… Ja pragnę…
Ja pragnę miłości tak!

I rzeczywiście – zaczęła sprawdzać się zapowiedź niezwykłej podróży, bardzo intymnej oraz indywidualnej jednocześnie. Musze też przyznać, że uśmiechnęłam się pod uchem, bo rzeczywiście na salę koncertową dotarłam z sercem rozdartym i raczej nie otwartym… 

wroclaw2016.pl

Mankamentem od samego początku i niestety do samego końca pozostawało jednak brzmienie. Ciężko tutaj winić miejsce – akustyka w sali koncertowej powinna pozostawać bez zarzutu. Siedziałam w piątym rzędzie, a jednak bardzo dużo słów w ogóle pozostawało dla mnie niezrozumiałych. I nie była to kwestia dykcji, bo w innych odsłonach, aranżacjach i utworach, ci sami artyści pozostawali zrozumiani. W mojej ocenie jest to wina perkusji – stała się instrumentem przewodzącym i to aż nadto, zagłuszając jednocześnie wokalistów. W partiach, w których nie uczestniczyła – jakość akustyki podnosiła się o kilkadziesiąt procent! I nie jest to tylko moje spostrzeżenie, bowiem wychodząc z budynku Polskiego Radia słyszałam głosy widzów, którzy podzielali tę opinię. Szkoda, bo teksty u Cohena stoją nad muzyką. Warto więc zachować tę proporcję i delikatność. Tutaj na marginesie mogę dodać, że bez zarzutu było słychać Pianistę (Bartłomiej Abramowicz) – oprócz dobrze skoordynowanego nagłośnienia ucho cieszyła też jego dykcja 🙂 

Wróćmy jednak do muzycznej podróży. Po mocnym wprowadzeniu, w trakcie którego zaprezentowali się wszyscy Artyści, przyszedł czas na kolejne interpretacje. 

Wyjątkowo ciekawe dla całego spektaklu okazywały się partie narracyjne, tworzące mosty między poszczególnymi utworami. Okazywały się też wskazówką do dalszej interpretacji, tak jak chociażby wprowadzenie przed „Zatańcz mnie…”:

Mylimy bezwstydną nadzieję z zawodową rutyną, której ulegamy bezwiednie nim to sobie uświadamiamy. […] Patrząc na ubranie rzucone na krzesło dostrzegamy, że nie nadążamy za współczesnością. I nosimy swoje własne stare skóry… 

Prochowiec Poety, którego odgrywał Roman Kołakowski, stał się motywem przewodnim i tym elementem, który połączył wszystkich bohaterów. Stał się też kluczem – w momencie, gdy Poeta zrzucił go ze swoich ramion i powierzył Młodemu (Rafał Konieczny). 

wroclaw2016.pl

Od samego początku spektaklu na scenie wyróżniały się kobiety: Agata KlimczakAleksandra Radwan. Ich dominująca rola była szczególnie dostrzegalna w trakcie czwartego utworu: „Tańcz mnie…” („Dance Me to the End of Love„). Utwór o doskonałych predyspozycjach to tego, by zjednać sobie widownię i stworzyć z nią relację. I o ile Agata KlimczakRafałem Koniecznym tworzyli swoją narrację, o tyle Marcin Kątny zdawał się być pogubiony – chyba bał się dotknąć koleżanki 🙂 A tak naprawdę Aleksandra Radwan najlepiej oddała to, co w tym utworze Cohena ukryte – lekkość, przemijalność oplecioną w pragnienie zmysłowości, wykrzesane z głębi „Carpe Diem„, które akcentowała każdym ruchem dłoni i bioder. Na tym tle Obcy-Punk pozostał niedopasowanym elementem. I jakoś do końca nie mogłam go rozgryźć – szczególnie w trakcie utworu „Demokracja„. Pierwszy raz w życiu widziałam takiego grzecznego Punka, który nawet nie tupnął, nie pomaszerował, nie gestykulował – a potencjał w głosie miał słyszalny, co mógłby jeszcze podkreślić grą swojego ciała. Tym bardziej, że utwór miał sprzyjający – marszowy, manifestowy, buntowniczy (na marginesie mogę dodać, że w trakcie „Closing Time” eksponował ten poziom ekspresji, który całkowicie zgrywał się z jego rolą – szkoda więc, że od początku nie pociągnął tak swojej narracji 🙂 ).

wroclaw2016.pl

Moim the best of... całego spektaklu pozostaje jeden utwór wykonywany w duecie przez Aleksandrę RadwanRafała Koniecznego. To jedna z tych interpretacji, dla których na spektakl poszłabym po raz drugi, trzeci, czwarty… To też moment, w którym całkowicie zmieniłam swoją podróż za „Słynnym niebieskim prochowcem” – zamknęłam notatnik i zatopiłam się w fotelu. Radwan ma wyjątkowy głos – pięknie i z prawdziwą czułością porusza się po linii melodycznej, nie udziwnia i ufa swojemu naturalnemu brzmieniu. I słusznie. Oby nigdy nie zeszła z tej drogi. A Konieczny, o ile w trakcie wcześniejszych występów nie przykuł mojej uwagi, o tyle tutaj chylę czoła przed tym, w jaki sposób zbudował tło dla głosu Aleksandry. Niekiedy prowadzenie drugiego głosu okazuje się o wiele trudniejsze niż śpiewanie pierwszym. Wymaga wyczucia, ciągłego odpowiadania, wyrazistości pozbawionej krzykliwości.

Rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się zamknąć notes. Praktycznie nigdy go nie zamykam. Chyba, że na scenie dzieje się coś takiego, co chcę przeżyć, więc tym razem zdecydowałam się schować brudnopis. Okazuje się więc, że stworzenie niezwykłej atmosfery, prowadzenie subtelnej narracji, a do tego opatrzenie jej w tak wartościowe sensy, piękną i delikatną w brzmieniu metaforykę – ot receptą na wzruszenie. 

I w zasadzie tutaj powinnam kończyć recenzję z obawy o nierzetelność dalszej relacji, bo naprawdę nie otworzyłam już notesu. Mam jednak w pamięci kilka obrazów i kilka minut, które mimo wszystko chciałabym zaakcentować.

Po pierwsze – „To ten walc” w wykonaniu Agaty Klimczak. Nie mam tutaj na myśli tylko brzmienia, ale też obraz. Przed oczyma nadal mam twarz Agaty, która zmieniała się z każdym wersem, z której wyczytać można było każde rozgoryczenie, każdą tęsknotę… 

Po drugie – Aleksandra Radwan i jej interpretacja utworu „The Gypsy’s Wife„. W mojej ocenie aranżacja, a przede wszystkim „podkręcenie” w tempie utworu, pozwoliło wydobyć jego prawdziwą naturę. Z całym szacunkiem dla Mistrza Cohena, ale ta wersja nie ma sobie równych. I na dodatek po raz kolejny Aleksandra pokazała, że na scenie jest nie tylko po to, by śpiewać, ale też by swoim ciałem nadawać znaczenie kolejnym wersom. 

Po trzecie – scenografia. Pojawiły się naprawdę przemyślane wizualizacje, które w żaden sposób nie rozpraszały widza, wręcz przeciwnie – dopowiadały sporo. Zachowane w tej samej kolorystyce przez cały spektakl, pozostawały w tle świateł.  Dodatkowo – zaintrygowały mnie grafiki Katarzyny Kulpy, które wzbogacały scenografię i wykorzystane zostały (jako motywy) w wizualizacjach. Nie do końca je rozgryzłam, ale to dobrze – dają do myślenia, więc jest o czym rozmawiać po spektaklu 🙂 Jest się o co kłócić ze znajomymi! 

wroclaw.pl

Reasumując – pozytywnie, ale to bardzo pozytywnie zaskoczona jestem wysokim filozoficznym poziomem opowieści. Obawiałam się spłycenia poprzez skupienie na formie, co w ostatnich miesiącach wielokrotnie już budziło moje rozczarowanie. Artyści Teatru Piosenki mają jednak swoją i nie-swoją, bardziej uniwersalną, historię do opowiedzenia. Tworzą wielowarstwową narrację – to, do której warstwy dotrze widz, zależy tylko od niego. Jeżeli skupi się na tym, że ma złamane serce – zapewne ucieszą go jedynie ciekawe aranżacje. Jeżeli jednak będzie miał też serce otwarte – ma szansę odbyć pouczającą, ale jednocześnie niezwykle trudną podróż wgłąb swoich tęsknot.

Warto więc pozostać z przesłaniem, z którym Artyści Teatru Piosenki pozostawili widzów:

Jestem wędrownym blaskiem… 

I zamyka się klamra przedstawienia: ci, którzy przyszli nie wiadomo skąd, zatrzymali się na chwilę w drodze w nieznane (Lecz nie wie nikt gdzie ich noc zawiodła | I nie wie nikt kto im wino poda ), teraz znowu ruszają w drogę: 

… należy wyjść nim zamkną bar…

Przeczytaj również...

6 komentarzy

  1. Wczoraj wybrałem się wraz ze znajomymi do Sandomierza na ucztę słowa i muzyki. Spędziłem w samochodzie 2,5 godziny trzęsąc się po iłżeckich bezdrożach. W końcu trafiłem do mojego Sandomierza. Mojego, bo historia moich przodków związana jest z tym miastem. Tak naprawdę wybrałem się na Cohena licząc się z ryzykiem, że nie uda mi się kupić biletów ( takie były informacje na stronie). Organizator uruchomił dodatkowy spektakl co uznałem z wyjątkowy fart. Przetrwaliśmy zimny majowy deszczyk i w końcu zasiedliśmy w piątym rzędzie czerwonych foteli. Ruszył spektakl, rozbrzmiał pierwszy utwór-niestety nie wiem jaki, zagłuszyła go bardzo rytmiczna perkusja. Podobnie wybrzmiał drugi i trzeci…. Nie usłyszałem ani jednego słowa a słowo jest tu istotne, może najbardziej istotne. Na scenie. walczyły o swoje pierwsze miejsce w decybelach, na zmianę to perkusja to gitara prowadząca. Po trzecim utworze podszedłem do akustyka z prośbą o wyciszenie perkusji. Niestety okazało się, że idzie ona żywo i niewiele da się zrobić. Akustyk próbował jeszcze podnieść poziom głośności wokalu aby zachować jakie takie proporcje ale skończyło się to wzbudzeniem wzmacniaczy. A na scenie widziałem flet prosty , widziałem skrzypce i nawet fortepian. Niewątpliwie widziałem bo nie słyszałem. Słyszałem potężny łomot perkusji i gitary prowadzącej w stylu gotyckim Black Sabbath i jakby jeszcze brakowało wypełnienia w tej aranżacji jakiś syntezator. W końcu na poziomie łomotu 120 dB jak podczas wesela w stodole strażackiej, dojechaliśmy do utworu piątego. Usłyszałem pierwsze…. i ostatnie słowo wyśpiewane w tym poetyckim przedstawieniu – ” Demokracja”. Tym razem to już było 130 dB. Muzycy i nie tylko oni, mówią, że często mniej znaczy więcej. I tym razem muszę się z nimi zgodzić. Szkoda mi bardzo poety, szkoda mi Pani która pewnie miała swoje bardzo ciekawe partie na flet, szkoda mi skrzypiec, które mogły zrobić ciekawy nastrój, szkoda mi akordeonu, który mógł wprowadzić nieco paryskiego charakteru,szkoda fortepianu totalnie zagłuszanego przez perkusję, szkoda młodych artystów, którzy być może mieli nawet jakiś głos, szkoda Cohena totalnie wybebeszonego po śmierci. Nie jest mi szkoda, aranżera, gitary prowadzącej której miejsce w kolejce powinno być zupełnie inne, perkusisty, który w tych utworach powinien być na 23 planie a nie budować nastrój weselny. Szkoda mi siebie i publiczności, która czuła ból w uszach. Szkoda mi złudzenia z jakim jechałem na to przedstawienie licząc, że może usłyszę Zębatego. Nic to… może następny, razem w innym życiu.

    1. Zgadzam się z Panem całkowicie. Najpiękniejsze partie i prawdziwa przyjemność dla ucha była wtedy, gdy perkusja milkła. W poniedziałek w Warszawie flet też był ledwie słyszalny, ale za to gitara już nieco lepiej skoordynowana z resztą. Jej głośniejsze brzmienie w niektórych utworach było uzasadnione (np. w trakcie „Demokracji”). Najbardziej szkoda mi artystów, którzy chcieli przekazać sens i niestety – w dużej mierze perkusja im to uniemożliwiła.
      Dziękuję za Pana opinię 🙂

  2. Nawet nie wiecie Państwo jak trudno jest czasem nagłośnić perfekcyjnie całą sytuację. Brałem udział jako wyższy doradca akustyka w tego typu projektach i wiem coś o tym, Salę w Sandomierzu znam i wiem że nie jest to sala do gry na taki skład. Wierząc tym słowom nie rozumiem zatem skąd entuzjazm wielu osób na spektaklach którzy świetnie zrozumieli sens i nie mieli problemu z nagłośnieniem, to się tyczy kilkoro moich znajomych którzy byli na poprzednich wydarzeniach. Dziwne. Zaproponuję Państwu na przyszłość poezję na saksofon poprzeczny i akordeon gdyż tu alikwot bzyczeń i piszczeń uchodzących z czary saksofonu dętego blaszanego równomiernie utęperowanego jest jednak przyjazny dla ucha i rozwesela serce zasmuconego dziełem i refleksją odbiorcy. Może wkrótce wyjdzie taka płyta. Pozdrawiam

  3. Szanowny Panie Cezary!
    Projekt pod względem muzycznym ma charakter rockowy, co wiąże się z rockowym graniem na gitarze i bębnach.
    Jeżeli perkusja zagłuszała tekst i inne instrumenty – jest to wskazówka dla realizatora dźwięku, na pewno do opanowania. Warunki na sali nie były sprzyjające do wykonywania takiej muzyki.
    Zupełnie nie zgadzam się z tym, że perkusja powinna być na 23 planie, ponieważ to zupełnie rozmija się z zamysłem aranżacyjnym. Jeżeli natomiast nie podoba się Panu Cohen w aranzacjach rockowych – cóż, o gustach się nie dyskutuje.

    1. Szanowny Panie Rafale i Janie,
      Zanim wybrałem się na koncert przesłuchałem nagrania wykonanego w studio. Było perfekcyjne. Wszystkie instrumenty doskonale słyszalne a perkusja była na 23 miejscu tak jak być powinna, zresztą podobnie jest z gitarą, która ma swoja rolę do odegrania w przerwach wokalu.Zapraszam do wysłuchania nagrania na stronie web jest naprawdę dobre i nie ma mowy o problemach z interpretacją” rockową” Całości kompozycji, na podstawie nagrania studyjnego utworów, bardzo przyjemna. Ale moja recenzja dotyczy nie tego tematu. Opisałem to co usłyszałem i za co zapłaciłem w Sandomierzu. To nie są tylko moje uwagi. Podczas wykonywania, salę opuściło ponad 20 osób a sala była wypełniona najwyżej w 30 procentach. Tej kakafoni nie dało się słuchać. Podobne zdanie miał również reżyser dżwięku (z którym rozmawiałem przez chwilę gdy próbował zniwelować perkusję), dzielnie walcząc do końca ratując sytuację. Zgadzam się z moim przedmówcą, że ta sala nie nadaje się do składu muzyków zaproponowanego podczas tego przedstawienia. Może niektóre instrumenty trzeba było usunąć i puścić playback a może zastosować perkusję elektroniczną aby akustyk mógł nad nią panować nie wiem, akustyką zajmuję się amatorsko w moim domowym studio, w którym od czasu do czasu nagrywam to i owo. Zdaje sobie sprawę, że ta sala była wyzwaniem dla akustyka. Jednak z korespondencji z autorem przedsięwzięcia wiem, że zespół techniczny nie odrobił zadania domowego. Z przyczyn technicznych nie mieli szansy na wykonanie porządnej próby i rezultaty były takie jakie usłyszeliśmy. Poniżej link do” rockowego”nagrania studyjnego:

      http://www.polskieradio.pl/130/5927/Artykul/1759507,Slynny-niebieski-prochowiec-%E2%80%93-utwory-Cohena-1-maja-w-Studiu-im-W-Lutoslawskiego

      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *