VII Warsztaty Poezji Czynnej im. Edwarda Stachury – Cała Jaskrawość

Magdalena M. Jaroń

Zauważyłam u siebie, że staję się coraz bardziej leniwa. Coraz częściej mi się nie chce. Nie chce mi się szukać, nie chce mi się przemierzyć kolejnych 100 km w poszukiwaniu jednego dźwięku, nie chce mi się rezygnować ze snu, który przez ostatnie miesiące cenię jakoś szczególnie. Celebruję więc wszystkie momenty szarej codzienności, zakotwiczające mnie w harmonii dnia. W przewidywalności przeplatanej obowiązkami i odrobiną relaksu. I tak trwam, zahipnotyzowana dobrobytem kolejnych dni, bez wewnętrznej potrzeby poszukiwań. Trwam lub trwałam. Trwałam. Bo wczoraj miałam okazję skonfrontować swoje przekonanie o nieustannie tryskającym we mnie źródle witalności z… prawdziwą pasją, kierowaną buntem, strachem, kompletnie nieprzekalkulowanym stawianiem wszystkiego na jedną kartę. Takie właśnie było spotkanie z uczestnikami VII już edycji Warsztatów Poezji Czynnej im. Edwarda Stachury, które co roku organizuje SOS Music Poland.

Warsztaty Poezji Czynnej to przede wszystkim czas – czas dla młodych, którzy chcą się  rozwijać. Chcą iść własną drogą. Wyjeżdżają wówczas w Bieszczady i w malowniczych, ale i dzikich okolicznościach przyrody, tworzą pod okiem Romana Kołakowskiego. W zaledwie kilka dni powstaje koncert, który jest spójną opowieścią – interpretacją twórczości Edwarda Stachury.

Sam fakt postawienia tak młodych ludzi, bez filologicznego przygotowania, w sytuacji wymuszającej na nich interpretację trudnej, niekiedy klaustrofobicznej poezji Stachury, która zawsze mocno drzemie w kontekście, jest szaleństwem. I nadal tak uważam – z perspektywy minionego koncertu jeszcze bardziej jestem przekonana co do zasadności tego sądu.

Ale chyba tylko tak powstawać mogą rzeczy wielkie. Bo przy tym trzeba odwagi, decyzji, pójścia w konkretnym kierunku. I czasami się nie uda – owszem. Czy jednak wiedzielibyśmy, że jest to niewłaściwa droga przed odbytą podróżą?

Roman Kołakowski ma tę odwagę – ma odwagę i siłę wypychać młodych w świat im zupełnie obcy. Sięga po antagonizmy, a czasami nawet i po aporie. I po prostu tworzy, ufając swojej intuicji i wierząc w pasję tych, z którymi pracuje. Nie oczekuje od nich sukcesu – nie oczekuje powrotu z laurem zwycięstwa. Wymaga jednak całkowitego oddania temu jednemu utworowi, który w czasie warsztatów staje się artyście bliższy niż rodzina.

Wróćmy jednak do samego koncertu, do którego od początku nie miałam przekonania. Po pierwsze przerażał mnie czas jego przygotowania – młodzi twórcy mieli kilka dni na dopracowanie materiału. Dla mnie taki kontekst – szczególnie w przypadku artystów bez wieloletniego stażu na scenie – nie jest niczym obiecującym. Kolejna kwestia – na liście wykonawców nie znalazłam ani jednego nazwiska, które byłoby dla mnie 100% gwarantem sukcesu tego przedsięwzięcia.

Zaryzykowałam jednak – na szali pozostawiłam moje oczekiwania i ryzyko rozczarowania. Gdzieś jednak w środku czułam znużenie przewidywalnością codziennej pracy i ciekawa byłam tego, co mogę otrzymać w trakcie koncertu.

Zachęcam więc do dalszej lektury wszystkich, którzy dość mają recenzji naszpilkowanych po brzegi nazwiskami z pierwszych stron gazet. Tutaj tego nie będzie. Będą zupełnie nowi bohaterowie i otworzą się nowe historie. Ich losy? Nieznane. Niech każdy, kto ma w sobie odwagę wybierze tego, za którym chce podążać. I po prostu słucha. Tak jak po latach słucha się poezji Steda…

 

Antyfona – Mateusz Osiadacz

Koncert wieńczący Warsztaty otworzył Mateusz Osiadacz. “Antyfona” to mocne, zdecydowane wejście w konwencję. Ale też trudne wokalnie wyzwanie. Kto choć raz mierzył się z brewiarzem, ten wie, jak pozornie prosty zaśpiew może okazać się zdradliwą drogą. Klerycy uczą się tego w seminarium latami – dbają o technikę oddechu, aby dźwięk przeciągnięty na antyfonie, brzmiał płynnie, nie był szarpany, łagodnie otwierał przestrzeń do kolejnych wersów psalmów.

Widząc przed sobą młodego chłopaka, w pełni skupionego, przygotowanego do wyprowadzenia pierwszego dźwięku, poczułam stres. Tak, tak… Stres. To nie są próżne opowieści, że emocje przepływają w spotkaniu artysty z odbiorcą. Po to właśnie chodzi się na koncerty – po te emocje. Aby je podnieść i zabrać ze sobą do codzienności.

Skupienie Mateusza Osiadacza zbudowało wokół utworu atmosferę wyczekiwania. I to było ciekawe – to emocje nieznane odbiorcy nawet największych popowych koncertów. To ogromna dawka autentyczności, która przecież nie jest uchwycona w jednym kolorze. Mateusz otworzył więc zupełnie inny świat – prawdę powiedziawszy obcy mi zupełnie. Ale otworzył! Jako odbiorca miałam więc okazję od samego początku uczestniczyć we wszystkim, co się dzieje na scenie. Nie musiałam wskakiwać do rozpędzonego pociągu.

Zastanawiam się ile odwagi trzeba w sobie mieć, aby w tak gołej autentyczności stanąć przed odbiorcami – całkowicie obcymi ludźmi. I dlaczego tak wielu artystów gubi ten element? Element, który po latach i po setkach koncertów odnalazłam (i poczułam!) w wykonaniu adepta?!

Swoją drogą, wtrącić muszę: tekst “Antyfony” to oczywiście “Kropka nad ypsylonemEdwarda Stachury. Kilka kluczowych wersów nasączonym wyjątkowo zmyślnie dobraną leksyką. Czy ktoś dzisiaj jest w stanie powiedzieć mi, co to takiego “wiwenda”? (dla niewtajemniczonych dodam, że jest to po prostu prowiant… czyli jedzonko 🙂 “amciu-amciu” po naszemu). Tym milej usłyszeć jest ze sceny wyraźnie zaakcentowane słowa, których właściwy wydźwięk świadczy o świadomości sensu. A artysta musi przecież wiedzieć o czym śpiewa.

 

Kto modli się za kogo – Adrianna Górka

Kolejnym utworem był fragment “Całej jaskrawości“, powieści Stachury, która została wydana w 1969 roku. To już te lata w jego twórczości, gdy niestałość emocjonalna i psychiczna prowadziła go nad przepaść między geniuszem a totalnym szaleństwem. Zastanawiałam się więc, jak z takim dychotomicznym tekstem, genialnym w brzmieniu i wielopłaszczyznowym w znaczeniu, poradzi sobie Adrianna Górka. “Kto modli się za kogo” okazało się – tutaj już wyprzedzę fakty – dwuetapową podróżą. W pierwszym fragmencie miałam wrażenie, że spotykam się ze Stachurą, który celowo igra z własną chwiejnością emocjonalną – śmiało ją drażni i sprawdza granice jej wytrzymałości. Stwarza pozory kontroli sytuacji, która przybiera wydźwięk egzystencjalny. Jednak pod koniec koncertu, kiedy Adrianna Górka wraca na scenę z tym samym utworem, jego brzmienie jest już zupełnie inne. To inny Stachura – to Stachura, który przekroczył granicę kontroli.

W samym wykonaniu urzekło mnie wyczucie zmienności tempa – tworzyło to efekt pięknego przepływu myśli, w rytmie ulisesowskiego strumienia świadomości.

 

Sytuacja światowa – Aleksandra Radecka-Kohn

Jest w filozofii taka kategoria jak “światy możliwe”. Poświęca się temu coraz więcej miejsca w dyskursie akademickim – problematyka ta angażuje myślicieli różnych szkół, którzy spierają się w kwestii granic “światów możliwych”. Nie ma w tej polemice miejsca dla niewtajemniczonych w arkana filozoficznej dysputy nowicjuszy. Milczą ci, którzy nie zostali jeszcze obdarowani brodą mędrca. Mówią natomiast ci, którzy zapomnieli już czym jest odkrywanie, bo od lat tkwią pomiędzy wersami wielkich dzieł. I w kontekście tej sytuacji na scenę wychodzi, uzbrojona jedynie w tekst Stachury, Aleksandra Radecka-Kohn. I nie podejmuje się tworzenia nowych sensów – w pełni wchodzi w tekst, który został jej podarowany. Zaczyna opowiadać słowami Edwarda Stachury. I brzmi autentycznie, wnikliwe, jakby w pełni świadoma była granic wspomnianych “światów możliwych”. A były one wyznacznikiem w wielu utworach Stachury – kontrapunktem pozwalającym rysować poecie zupełnie nowe metafory.

Zaskoczyła mnie umiejętność przechodzenia pomiędzy skrajną nastrojowością zamkniętą w tekstach Stachury – to jak spacer po linie. Jednak Aleksandra umiejętnie sięga do zbioru pierwiastków apokaliptycznych, subtelności i powszechności danse macabre, jak i pozorności, która usilnie stara się to wszystko uczynić “niestrasznym”. Dużej wiedzy trzeba do takiego zabiegu – ogromnego zrozumienia tekstu. Dzięki temu utwór brzmi lekko, ale nie jest płytki w wykonaniu i nie trąci trywialnością. Brzmi też dramatycznie, ale nie jest klaustrofobiczny w swoim wydźwięku. Przeraża beztroską obserwacją, ale jednocześnie uspokaja. Doskonałe połączenie skrajności!

 

Jest już na późno – Weronika Mirea Nyka

Kolejny utwór wykonała Weronika Mirea Nyka. Nie zrozumiałam ani jednego słowa (wykonywany był w języku norweskim – jeżeli się mylę, to mnie poprawcie!), ale kompletnie nie zaburzyło mi to odbioru. Wręcz przeciwnie – uważam to za jeden z najlepszych występów tego wieczora. Na scenie zobaczyłam wolność, otwartość na to, by rezonować sobą dźwięki i emocje. By być muzyką. Tutaj oddać też trzeba, że fenomenalnie wybrzmiało tło instrumentarium, które towarzyszyło Weronice. Wprowadziło do narracji klimat nadmorskiego, chłodnego miasteczka. Weronika natomiast śpiewała tak, jakby każdy dźwięk chciała oddać morzu. By je niosło – w dal. Po prostu. I niosło się – pomiędzy rzędami sali koncertowej.

Dodać należy również, że Weronika wyróżnia się niebywałą skalą głosu oraz swobodą w przenoszeniu dźwięku między rejestrem piersiowym a głowowym. To wymaga ogromnej techniki, ale jest doskonale słyszalne po drugiej stronie sceny! I zachwyca!

 

Rozmowa z Panią Sosotris – Jakub Zuckerman

Kolejny utwór, który wzięli na warsztat młodzi artyści, to “Rozmowa z Panią Sosotris” – liryk przesiąknięty do granic możliwości eterycznością, nieuchwytnością, niemożnością zatrzymania. Zamknięty jest w przeklętym przekonaniu o przemijalności, ulotności i niepowtarzalności chwil tworzących “teraz”. Czy jest to sens, który w autentyczny, przekonujący sposób przekazać może tak młody człowiek, jaki stanął przede mną na koncercie? Jakub Zuckerman podjął się nie lada wyzwania – muzycznej interpretacji bardzo filozoficznego utworu Stachury. W tym przypadku lekkie zawahanie to gwarancja katastrofy. Bowiem za Stachurą podążać należy w tempie jemu właściwym. A jest ono zmienne, tak jak zmienna jest “Rozmowa z Panią Sosotris“.

W wykonaniu Jakuba słychać jednak, że wszystko zawierzył jednemu żywiołowi – pneumie. I słusznie – bo to właśnie powietrze tworzy narrację tego utworu, stanowi o jego naturze i jednocześnie jest kluczem do interpretacji. Jakub nie udziwniał – przeprowadzał dźwięki  delikatnie, bez zbędnych ozdobników, które mogłyby zaburzyć ten rytm. Słuchaczom, którzy nie znają tego utworu Stachury mogłoby wydawać się to wręcz zbyt ascetyczne. Jednak tak naprawdę świadczy to o dojrzałości wykonawcy – iż umie on podporządkować swoje “ja” utworowi.

 

Biała firanka – Monika Szomko

Po Jakubie, który obdarzył publiczność błogą, pełną spokoju atmosferą, na scenie pojawiła się Monika Szomko. Całkowicie odwróciła bieg wydarzeń. I dzięki temu – odważnemu wejściu w drzemiącą w utworze dzikość – to wykonanie jest moją drugą perełką koncertową.

Tekst – wyjątkowo trudny, niemal psychodeliczny. Artystka otrzymała więc zadanie wyprowadzić widza z tej klaustrofobicznej atmosfery, nie uwalniając go od niej zarazem. W tym utworze najistotniejsza okazała się ekspresja – bez niej, utwór by nie istniał. A nie byłoby jej gdyby Monika Szomko sama nie przeszła drogi wyznaczonej przez Stachurę.

Mocno rockowe brzmienie, tonowane w przejściach, w fantastyczny sposób wynosiło całą narrację tworzoną przez Szomko. Dla mnie jest to interpretacja, która już teraz może stać się częścią spektakularnego projektu. Wykonaniu nic nie brakuje – ani różnorodności w linii melodycznej, ani techniki przejść, ani tym bardziej uzupełnienia w postaci wizuali, bo utwór i wykonanie okazują się na tyle absorbujące, że w zasadzie wyczerpują w pełni sens uchwycony pomiędzy wersami.

Na koniec wspomnę, że Monika, jako młoda Artystka, doskonale poradziła sobie z wyniesieniem utworu pomimo ogromnych trudności akustycznych. Sala, w której odbywał się koncert, nie uniosła tak mocnego brzmienia – rezonowała w sposób tragiczny! Szomko jednak nawet na chwilę nie zachwiała narracją – zmuszona była techniką wydobywania dźwięku (rejestr piersiowy) i dykcją tak rozdzielić dźwięki, aby tekst pozostał zrozumiały, ale jednocześnie nie uległ “posiekaniu”. Ogromne brawa za to!

 

 

Gdy odeszła – Arat Azme Atlamaz

Kolejnym ciekawym akcentem w trakcie koncertu był występ Arata. Towarzysząca mu baglama, na której sobie akompaniował, wprowadziła iście orientalny klimat. I to kolejne odkrycie – kto by przypuszczał, że Stachura przyprawiony będzie takimi dźwiękami? Fantastyczna odsłona, pełna innowacyjności. Drzemie pod tym wykonaniem ciekawość, która wręcz zachęca do dalszych poszukiwań.

W tym wykonaniu znalazłam świeżość – odwagę łączenia pozornie całkowicie różnych światów. A ponad tą odwagą jest również wyobraźnia artystyczna, bo utwór – wyśpiewany w języku tureckim – niósł w sobie nutę Gustawowej melancholii (tak, tak – chodzi o Gustawa z “DziadówMickiewicza 🙂 Nim zawalczył o “rząd dusz” był przecież typowym romantykiem, uwięzionym w cierpieniu i zawodzie miłosnym). I tę, tak ważna dla naszej, polskiej kultury, ujął w swoim wykonaniu Arat. Niezwykle magicznie to brzmiało w tak obcym dla moich uszu języku! 🙂

 

 

Jedno życie – Anna Malicka

Gdy na scenie pojawiła się Anna Malicka, praktycznie od pierwszych dźwięków (na takt walczyka), odbiorca został wprowadzony w trans. I to wykonanie jest moją trzecią perełką tego wieczoru. Lekkość poruszania się pomiędzy dźwiękami, którą darzyła odbiorców Anna, w zasadzie jest domeną dojrzałych artystów. Trudno oczekiwać takiej zdolności od młodego artysty. A jednak. Kto choć raz nie próbował zmierzyć się z walczykiem ten nie będzie świadomy technicznych wyżyn, jakie on stawia przed wykonawcą. Przede wszystkim utwór brzmi płynnie, ma swój rytm. Ale aby taki był w odbiorze, artysta musi zadbać o takt. I akcentowanie tego taktu. Jednak jak tego dokonać bez dzielenia wersów, bez zbędnego i prostackiego wręcz sylabizowania, które rozbebesza cały utwór. A no właśnie. I do tego trzeba techniki – wypracowanego przejścia “na trzy”.

To falowanie i spadanie (niemal parafrazując Korę!), doskonale odzwierciedla nastrojowość Stachury, jego emocjonalność oraz skłonność do ambiwalentnych stanów. I taki też jest tekst tego utworu. Wspaniale wszystko zagrało – słuchanie wykonania Anny Malickiej było prawdziwą przyjemnością. I rację miał, zapowiadający ją Roman Kołakowski, że jest to utwór, który zostaje w pamięci i nucony będzie jeszcze wiele godzin po koncercie.

 

Zima – Anita Pitera

Jednym z najtrudniejszych utworów w trakcie koncertu była “Zima“. Może nawet zasługuje na miano najtrudniejszej. Linia melodyczna wyjątkowo wymagająca – zmuszająca Anitę Piterę do utrzymywania ciągłego napięcia w pozornym rozluźnieniu. Trudne, wyjątkowo trudne to zadanie, które Kołakowski zdecydował się postawić przed najmłodszą uczestniczką warsztatów.

Do tego dochodzi również tekst Stachury – jeden z trudniejszych. Niemal eksplodujący kobiecością, a jednocześnie spętany marazmem oczekiwania. Wijący się w quasi-erotycznych konwulscjach, a równocześnie mocno racjonalny, osadzony w kontekście kulturowo-historycznym. No WOW! Nie spodziewałam się, że Roman Kołakowski ma w sobie taką odwagę, aby na morzu, szaleńczo rozhulanym w sztormie chaotycznych stachurowych myśli, pozostawić najmłodszą z Artystów. W okrojonym akompaniamencie, w minimalistycznej formule orkiestracji. Ale okazuje się, że w młodości siła, a sens tkwi w drodze. Ani ten utwór, ani tym bardziej wykonanie, nie będzie dla odbiorcy zrozumiałe i przyjemne bez znajomości tekstowego kontekstu (poematu Stachury).

 

Smutno – Ewa Szturo

Smutno” to jeden z moich ulubionych utworów Stachury. Tym bardziej cieszyłam się, że mam szansę usłyszeć go w nowej odsłonie. Ewa Szturo zaśpiewała go bowiem po litewsku. I przyznać musze, że ujmuje on w tym brzmieniu – pozbawiony tych wszystkich szeleszczących, zwarto-szczelinowych głosek, którymi Stachura wybitnie podkreślił ostrość brzmienia. W wykonaniu Ewy wiersz Edwarda Stachury uzyskał więcej spokoju – utemperowany został jego buntowniczy charakter. I cudnie – to interpretacja, która daje utworowi nową twarz.

I pozwolę sobie wtrącić kolejną rzecz, która może umknąć odbiorcy w natłoku. To kołysanie. W oryginalnym tekście Stachury smutek i melancholia niesiona jest kołysaniem: “Cienie lamp kołyszą się w trawie…”. Historia tego smutku zamyka się pomiędzy szumem i spokojnie płynącymi, lecz nisko zawieszonymi chmurami, a niemal niedostrzegalnym powiewem, wprawiającym w drżenie gałęzie drzew. I te elementy znalazły się w interpretacji Ewy. Wydobyła to z testu Stachury i przełożyła na inny język – język muzyki. Jest więc kołysanie, jest drżenie i poruszenie, jest też poczucie zamknięcia pod wielką kopułą nisko osadzonego nieba. Ogromne brawa!

 

Nasz ukochany kraj – Magdalena Sałamacha

Linia melodyczna, którą Magdalena Sałamacha otwiera utwór “Nasz ukochany kraj“, nawiązuje odrobinę do “Zimy” (oczywiście są to tylko pierwsze dźwięki!!!). I oto odkrycie – oto klamra na miarę Steda! W tym jednym ustawieniu i dopasowaniu utworów Kołakowski, jako reżyser spektaklu, odważnie pogrywa sobie z odbiorcą – drażni się z jego artystyczną świadomością. Czy bowiem odbiorca usłyszy analogię? Czy bedzie w stanie znaleźć związek pomiędzy utworami? A co najważniejsze – czy dostrzeże drogę, która jest pomiędzy nimi? Ot, cała gra i tajemnica zmiany. I dychotomia, tak ukochana przez Stachurę. Ogromnie trudne to zadanie, bowiem Magdalena Sałamacha wchodzi w dźwięk z szerszym akompaniamentem – z zupełnie inną w swojej stylistyce narracją. Ale to dalej Sted, to dalej droga jego myślenia – od pozornie bezbronnej kobiecości, do pełnej świadomości będącej siłą. Sted wielokrotnie ukrywał pomiędzy wersami subtelne i piękne zarazem diagnozy kobiecości. Kołakowski, wykorzystując walory wokalne artystek, podążył tą samą drogą – poszedł za Stachurą. I odbiorca, w trakcie koncertu, miał okazję uczynić to samo.

Od pierwszych dźwięków “Naszego ukochanego kraju” w głosie Magdaleny słychać było siłę i zdecydowanie. Jednoznaczność – tak niespotykana u Steda. Jak najcenniejszy brylant została wyeksponowana przez artystkę – w pełni świadomą wyjątkowości tego zjawiska. W tym konkretnym utworze nie ma już chwiejności, nie ma labilności. Jest za to coincidentia oppositorum – jedność sprzeczności! Największe bogactwo, jakie może przynieść nam… poczucie własnej tożsamości.

I właśnie z tego względu – tak niebanalnego i trudnego w przekazie wydźwięku – tego utworu nigdy nie powinna śpiewać artystka wątpiąca w swoje możliwości. Bo ujęta u Stachury “sprzeczność” zawiedzie ją na manowce – tak w interpretacji, jak i wykonaniu.

Występ Sałamachy jednak wydobył z utworu całą jego potęgę. Artystka zmuszona więc była – aby osiągnąć taki rezultat – rozedrgać w sobie pierwiastek coincidentia oppositorum. Kto tego nigdy nie czynił, ten nie wie, jak bardzo prometejskie jest to wyzwanie. Wymaga ekspozycji wszystkich kolorów wewnętrznego ja – tych ciemnych, i tych śnieżnobiałych. Wymaga też pełnej harmonii między wnętrzem a zewnętrzem – w takim przekazie ciało i zachowanie sceniczne nie może tworzyć łotmanowskiej ramy. Zadaniem artysty jest bowiem zatrzeć jej granice – tak aby odbiorca mógł przepłynąć przez dźwięki i dotknąć tego co peknięte. Wykonanie Magdaleny Sałamachy świadczy więc o ogromnej wrażliwości na sens utworu, świadomości siebie w przestrzeni scenicznej, a przede wszystkim – świadomości widza, który nawet nie wie, że na koncert przyszedł pchany ciekawością i tęsknotą za katharsis. Ogromne, przeogromne brawa! To wykonanie zostanie ze mną na długo!

Cała Jaskrawość – finał – wszyscy

Zamknięcie koncertu tworzyło wspólne wykonanie “Całej jaskrawości” – utworu wydobywającego najsilniejsze pierwiastki wybrzmiewające z powieści Stachury o tym samym tytule. Co tu dużo mówić? Do takiego wykonania zespołowego potrzebne jest przede wszystkim wyjątkowe porozumienie pomiędzy artystami. I to im się udało osiągnąć!! Niewiarygodne, że w tak krótkim czasie tym młodym artystom udało się znaleźć własną drogę rozumienia Steda – jednego z najtrudniejszych w interpretacji poetów pokoleń powojennych.

Na koniec wrócę jeszcze do tego, o czym wspominałam otwierając recenzję. Było to lenistwo i marazm, który ostatnimi czasu urzekł mnie ciepłym kocykiem i wygodą. Sztuka wymaga jednak niewygody i trudu – i tego nauczyłam się w trakcie koncertu. Wracam więc do poszukiwań i podróży – bez względu na ich cel.

Przeczytaj również...

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *