Anna Wyszkoni

Kiedy miałam okazję dokonać w moim życiu pierwszego, świadomego wyboru kasety z muzyką, decyzję podjęłam niemal natychmiastowo. I tak na półce, obok puzzli i pluszaków, pojawiło się “Słońce” – pierwszy oficjalny album zespołu Łzy. 🙂

Od tego czasu na długie lata związałam się emocjonalnie z muzyką zespołu. Dzisiaj, z perspektywy czasu, dokładnie wiem, dlaczego mój wybór padł właśnie na ten zespół. Odpowiedź jest prosta: Ania Wyszkoni i jej umiejętność kierowania komunikatu artystycznego. Wówczas, jako nieświadomy odbiorca i emocjonalna nastolatka, nie tyle rozumiałam (w zasadzie nic nie rozumiałam; jak się ma “naście” lat to działa się impulsywnie 🙂 ), co czułam. I najwidoczniej w tym, co tworzyła Anka było to coś, co pozwalało obudzić emocje o różnych barwach.

lzy1                                Strona zespołu w roku 2001

Kiedyś wyglądało to tak… (grafika wyżej). I w zasadzie tyle wystarczało. 🙂 To były piękne czasy, bo strony internetowe dopiero rozkwitały. Nie oczekiwało się od nich doskonałości – wszyscy skupiali się na muzyce, a na stronie po prostu miały znajdować się najważniejsze informacje. I tyle 🙂 Wtedy też na stronach szukało się tekstów utworów, bo nie każdy miał w domu oryginalną płytę/kasetę (piractwo na początku XXI wieku przeżywało swój rozkwit – na rynkach można było bez problemu znaleźć stragany z podrobionymi płytami, a kasety po prostu przegrywało się od znajomych). A teksty w tym przypadku były (i są) naprawdę istotne. Bo w dużej mierze dzięki nim Łzy, a przede wszystkim Ania, pociągnęli za sobą tłumy. Trzeba przyznać, że zespół nigdy nie był muzyczną perełką. Wiele można by zarzucić – szczególnie w początkowych latach twórczości. Ale Łzy miały coś, a właściwie kogoś, kogo brakowało innym zespołom. Mieli Ankę 🙂

O co w tym wszystkim chodzi?

Teksty i muzykę dla Łez tworzył przede wszystkim Adam Konkol. Utwory były rockowe, ale czasami zmierzały w kierunku muzycznego kiczu (np. “Przebój“). Z zamierzonej, dźwiękowej kokieterii Adamowi niejednokrotnie trudno było wybrnąć i popadał w zasadzkę komercyjności. I tu pojawiał się problem, bo o ile piosenki te miałyby okazję się sprzedać i mogły być często puszczane w radiu, to odbiorcy zespołu, preferujący dobre, wyraziste i mroczne rockowe brzmienie, nie byli skłonni kupować i słuchać tego typu piosenek. Zespół miał jednak asa w rękawie – kartę, którą wygrywał wszystkie pojedynki. Tą kartą przez wiele lat była Ania.

z16233106ih

Stojąc na scenie zawsze była autentyczna – bez względu na to, czy śpiewała “Agnieszkę“, czy “Anastazję“. Komu zdarzyło się być na koncercie Łez w ich początkowych latach zapewne doskonale pamięta to uczucie, kiedy pierwiastek emocjonalny spływał w kierunku publiczności nie bezpośrednio ze sceny, ale przez Anię właśnie. Ona po prostu umiała być medium. Nie potrzebowała najlepszego nagłośnienia, ani scenografii pełnej różnorodnych świateł. Wystarczał jej mikrofon i kontakt z publicznością.

Na tamten czas Anka była wokalistką dla tych wszystkich, którzy żyli w swoim czasie “burzy i naporu“. Była tą, która potrafiła swoją sceniczną autentycznością przebijać się przez nastoletni upór i zacietrzewienie. Była tą, która potrafiła towarzyszyć, poprzez sztukę, w młodzieńczej samotności. Była tą, która zdawała się wiedzieć, jak to jest mieć “naście” lat i przeżywać te dni, w których młodego człowieka wszystko zdaje się przerastać. Dni, w których po raz pierwszy doświadcza niezrozumiałych mu uczuć i emocji. Pierwszej miłości, pierwszego rozczarowania, pierwszej samotności wśród ludzi, pierwszego poczucia niezrozumienia, pierwszego żalu, pierwszej nieśmiałości. Jej warsztat wokalny wymagał wtedy naprawdę wiele pracy, ale miała to COŚ, co sprawiało, że dużo jej się wybaczało. Miała i dawała ze sceny sporą dawkę autentyczności – tej emocjonalnej. I w zasadzie gdyby nie to, to zespół nie zbudowałby sukcesu. Ludzie nie bawiliby się przy “Agnieszce“, ani tym bardziej nie wybaczyliby zespołowi utworu “Anka, ot tak” (z którym Łzy, niesione miłością fanów, chciały wystartować w konkursie Eurowizji). To ona miała wtedy władzę nad tym, co działo się pod sceną – ona tworzyła smutek, ona wynosiła publiczność z melancholii i wrzucała w świat beztroskiej, osadzonej na krawędzi kiczu zabawy. Gdyby nie zaufanie do niej i jej autentyczności – po pierwszych utworach takich jak “Jestem dealerem” czy “Przebój“, zespół by poległ.

55c3d4f784399_oBył więc czas, kiedy Ania chodziła w martensach, “ubierała się na czarno i lubiła śpiewać“. I w zasadzie nie wyróżniała się (wizualnie oczywiście 🙂 ) niczym od tych wszystkich, którzy stawali pod sceną. Tam też królowała czerń, łańcuchy, pieszczochy, glany i kultowe już martensy. To był świat ludzi, którzy balansowali – między mrocznym gotykiem, ciężkim metalem, a delikatnym popem. Łzy pozwalały wtedy uniknąć wyboru, uciec od konkretnych decyzji. Bo miały po trosze wszystkiego. Świat Łez był światem mieszanki – ludzi, którzy ciągle czegoś poszukiwali, którzy nie znali swojego miejsca. I bardzo dobrze, że właśnie taki zespół pojawił się na ich drodze.

Pamiętam jak dziś wystrój mojego pokoju sprzed kilkunastu lat (niemal 20-stu!). To cud, że moja mama to przeżyła 🙂 Bo tapeta, niestety nie. 🙂 Na ścianie wisiały wtedy dziesiątki plakatów i zdjęć zespołu, a wolne miejsca, w których nie daj Boże przebijała się tapeta, powyklejałam wydrukowanymi tekstami piosenek. Ktoś coś takiego dzisiaj robi w ogóle? Pytam się – czy dzisiaj drukuje się teksty piosenek i wiesza je na ścianach?

Zasypiałam patrząc na pierwszą zwrotkę “Północ (teraz wiesz)“, a kiedy się budziłam – myślałam “Modlitwą (dziękuję)“.  I żyje dzisiaj w takim przeświadczeniu – przepraszam za wyrażenie – że miałam cholerne szczęście, że mogłam wzrastać wśród takich tekstów. Przez wiele lat pozwalały wyrażać to, co niewyrażalne. I w zasadzie bez skrupułów mogę napisać, że największym sukcesem Ani i zespołu jest to, że mogę to stwierdzić po latach – już nie jako nastolatka, ale jako kulturoznawca, filolog i doktorantka na co dzień pracująca z tekstem. 🙂

Ale teksty, jak to teksty – nie dla każdego są wystarczającym medium. I tutaj właśnie najbardziej widoczna była rola Ani. Piosenkarka zawsze umiała stworzyć wokół danego utworu to coś – tę otoczkę, zupełnie inny świat, w którym istniała ona i jedna, jedyna historia – historia tego utworu. Nie łączyła ich. Każdy utwór był inną opowieścią, dla innego człowieka.

Ta emocjonalność była ciężka – obarczona sporym ładunkiem przeżyć. Chyba typowych dla nastolatków. Więc nie może dziwić fakt, że publiczność nadal chciała pielęgnować ból, cierpienie, wzruszać się przy piosenkach o śmierci i samotności, a Ania zapragnęła wprowadzić do swojego życia o wiele więcej kolorów.

Tutaj taka koncertowa dygresja. Moim ulubionym momentem na koncertach była “Anastazja, jestem“. Ta chwila, kiedy przy dźwiękach zanikającego w przeraźliwym tonie kardiografu cała sala potrafiła milczeć. Do dzisiaj, na samo wspomnienie przeszywają mnie ciarki. I w zasadzie, tak sobie dzisiaj myślę, że nie mogłam sobie wymarzyć piękniejszego dojrzewania. Pamiętam, że przy refrenie refrenie (“Nikt nie stoi, wszyscy dobrze się bawią…“) wszyscy skakaliśmy ile tylko mieliśmy sił w nogach. Nie dlatego, że byliśmy rozwścieczoną, szaloną masą nastolatków. Ale dlatego, że tkwiła w nas prawdziwa, autentyczna świadomość tego, jak cholerne szczęście mamy. Szczęścia, którym był ten czas – teraźniejszość, którą chcieliśmy po prostu przeżyć w pełni. Tak, jakby zaraz miał się skończyć świat. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie odczuwałam tego rodzaju emocji, które w jedno łączyły pełną świadomość przemijania, niemożność zatrzymania tego, co jest nam dane oraz szaloną, wręcz niewyobrażalną chęć życia. Życia pomimo wszystko. I nic z tych rzeczy nie byłoby moim udziałem, gdyby nie obecność Ani na scenie w tamtym czasie. To ona właśnie była narratorką wydarzeń. I tak sobie myślę, że to w sumie były bardziej wyjątkowe chwile, niż mi się dzisiaj wydaje. Bo mając lat 12, czy 13 miałam świadomość przemijania, którą z pełną odpowiedzialnością przełamywałam chęcią życia. Moi znajomi w tym czasie sięgali po pierwsze papierosy i alkohol. A ja skakałam pod sceną wyśpiewując “…nikt nie stoi wszyscy dobrze się bawią! A może właśnie teraz… na pewno ktoś… na pewno ktoś umiera…“, chcąc jak najlepiej wykorzystać TEN CZAS. I za tę lekcję celebrowania teraźniejszości będę Ani i zespołowi wdzięczna do końca życia 🙂 

Wracając jednak do tematu… Właśnie ze względu na chęć zmian płyta “Nie czekaj na jutro” to swoisty przełom. To próba połączenia tego, co mroczne, z tym co wzniosłe i delikatne. To zderzenie rozkwitającej w Ani świadomości własnej zmysłowości z oczekiwaniami odbiorców.

lzy3                                  Strona zespołu w 2005 roku

Historie opowiadane przez Anię nadal były mroczne, czasami też przerażające. Ale jej głos już całkowicie inny – bardziej dojrzały i o wiele delikatniejszy. Zaczął więc pojawiać się dysonans. A symbolicznym gwoździem do trumny były zmiany zachodzące w Ani – jej stylu bycia, ubierania się. Niejednokrotnie, w tamtych latach, zmuszana wręcz była do tłumaczenia się z nich. Pamiętam dziesiątki wywiadów, w których pojawiało się jedno zdanie: “Znudziła mi się czerń…”

A płytę “Nie czekaj na jutro” uważam za jeden z najlepszych kompromisów muzycznych – to dzieło dojrzałości muzyków. Z jednej strony zdecydowali się oni wprowadzić dodatkowe instrumenty (przede wszystkim smyczki). Z drugiej – pozostali jednak wierni swojej wieloletniej stylistyce.

I teksty. Niebanalne. Cały czas wypowiadane przez bohatera o określonej historii. Tutaj nie było miejsca na bezosobowość – narratorem zawsze był ktoś, kogo historię można było poznać. Doskonale pamiętam też koncerty z trasy koncertowej promującej “Nie czekaj na jutro“. Rozpoczynały się symbolicznym biciem kurantów…

A potem przyszedł czas “Historii, których nie było…” i w zasadzie moja osobista przygoda z Łzami się zakończyła. Zmieniła się stylistyka zespołu – Ania i chłopcy zdecydowanie złagodnieli w brzmieniu – a i ja się zmieniłam 🙂 Dojrzałam chyba wcześniej niż oni i ruszyłam własną drogą, zanurzając się w świecie poezji. Dzisiaj i tak uważam, że godziny spędzone na rozumieniu i odczuwaniu utworów śpiewanych przez Anię pozwoliły mi się do tego przygotować 🙂 I celowo piszę o wykonaniu, a nie o samym tekście. Bo bez jej przekazu, bez indywidualności, którą wkładała w każde wykonanie, jako nastolatka nie byłabym w stanie pojąć czy też nawet poczuć tych utworów 🙂

Przez wiele lat budowałam więc swój artystyczny świat, w pełni świadomie dobierając twórców, których chcę do niego zaprosić. Anki tam nie było. Nie było też Łez – zarówno w ich “starej” odsłonie, jak i “nowej”. Bo nie było miejsca w mojej codzienności ani na pielęgnowanie smutku, ani też na banały. Byłam już zanurzona w tym czasie w świecie filozofii. Gdzieś, kiedyś słyszałam, że Łzy mają nową wokalistkę, a Ania właśnie wydaje solowy album (wcześniejszy solowy debiut z Video subiektywnie uznałam za porażkę – zupełnie nie moje klimaty!).

I tak minęło kilka lat. Ania dojrzewała, ja dojrzewałam. Pierwszą solową płytę Wyszkoni przegapiłam – przyznaję się bez bicia. Dopiero druga wpisała się w ten czas, który pozwolił mi zatrzymać się przy jej twórczości.

blog_qj_622768_1242579_tr_ania_i

Wnioski?

Zanim przejdę do konkretów, wprowadzę małą, kolejną już dygresję.

Mam taki osobisty, bardzo subiektywny test, który dla wielu artystów jest zbyt wielkim wyzwaniem. 🙂 Za oknami mojego pokoju rozpościera się wyjątkowy widok – miasto łączy się z przyrodą. Widać delikatne wzniesienia i lasy oraz cywilizacyjną dżunglę bloków. Nie każdy utwór, i co najważniejsze – nie każde wykonanie jest w stanie sprostać takiej dychotomii i walce żywiołów. Kiedy włączam płytę, popijam kawę i spoglądam przez okno, chcę odczuwać spokój, odebrać od artysty poczucie pełnej harmonii – nawet w świecie skrajności. I szukam wówczas na płycie takiego utworu, który pozwoli mi… zapomnieć o tym, że stoję przy oknie i patrzę. Pozwoli na to, że przestanę szukać w tak zróżnicowanym krajobrazie miejsca spokoju. Samo się ono znajdzie, a w zasadzie przyniesione zostanie w dźwiękach. 🙂

I utwory Ani takie są. W zasadzie zaskoczyły mnie tym w sposób wyjątkowy, bo nie spodziewałam się, że kiedykolwiek wrócę do Wyszkoni i jej dźwięków. Ale pamiętam ten moment, kiedy włączyłam album “Życie jest w porządku” i zorientowałam się przy którymś z kolei utworze, że… odczuwam spokój. Radość. Wolność. Czy można więcej chcieć od muzyki? 🙂

Na płytach Ani nie ma już tej brutalności, którą znaleźć można było w piosenkach Łez. Jest kobiecość, subtelność, zmysłowość, delikatność i łagodność, którą otula. Nie ma już tej wewnętrznej walki, chaotycznego szarpania się z życiem – jest spokój, świadomość kolejnych kroków, przemijalności i nadchodzących zmian. I to piękne, że można w tym dalej dojrzewać 🙂

Mam takie osobiste wrażenie, że Anka niemal całe moje artystyczne życie była i jest krok przede mną. 🙂 Kiedy ja wchodziłam w świat mroku – ona już tam była. Czekała z konkretnym przekazem, ze słowami, z których mogłam sobie wówczas zbudować tratwę ratunkową. Kiedy sztorm ustał i wyszłam bosą stopą na suchą ziemią, zaczęłam szukać piękna w tym nowym i niepoznanym jeszcze świecie. I okazało się, że Ania dotarła tu przede mną. I znowu miałam okazję dotknąć nienamacalnego jej utworami, poznać rozmaite emocje i stany dzięki jej głosowi. Cóż – wyprzedzała dojrzałością artystyczną od zawsze – i mnie, i Łzy, co doskonale pokazały dalsze losy wokalistki i zespołu.

Dzisiaj z przyjemnością wsłuchuję się w kolejne dawki dźwięków, które serwuje Ania. Lubię tę instrumentalną różnorodność. Lubię kobiecą melancholię, która nie jest przytłaczająca, ale bywa refleksyjna. Lubię zmysłowość, która nie jest prowokacyjna i ordynarna i pozwala rozkwitać. Lubię ten uśmiech, który zamknęła w prostych dźwiękach. A przede wszystkim lubię, a wręcz kocham tę autentyczność, której nie utraciła ani krzty. Bo chyba tego najbardziej się bałam wkładając po raz pierwszy jej solowy album do wieży. Bałam się, że bez tej ciężkiej i klaustrofobicznej emocjonalności będzie brzmiała banalnie, zbyt lekko, nieprzekonująco, jakoś tak trywialnie. A zaskoczyła mnie dojrzałością, do której jeszcze najwidoczniej ja nie dorosłam 🙂 Cóż. Ania zawsze krok przede mną w artystycznym świecie. 🙂

Prosta filozofia życia

Piosenki Ani to nadal historie prostych ludzi – zwykłych, takich codziennych, którzy rano pijają kawę, budzą się obok kogoś, szukają kogoś w środku nocy, coś lubią, a czegoś się boją. Niemal każda tworzy konkretny obraz – wypowiedź obrazującą bardzo szczegółowe informacje.

Nie lubię deszczu,
Nie lubię kiedy spóźniasz się.
Nie chcę być sama,
Kiedy do drzwi zagląda zmierzch.

[…]

Lubię w poezji każdego dnia zaczytać się
Lubię wieczory, lubię wieczory…

[Wierzę w anioły]

Proste. Bez rymów częstochowskich, mocnych gitarowych riffów i dominacji dźwięków perkusji. Mam nieodparte wrażenie, że Ani udaje się wyrwać z codzienności życia jeden moment – chwilę, którą otacza dźwiękami i konkretną interpretacją. Nasącza ją emocjami, indywidualnym doświadczeniem, marzeniami – i dzięki temu tworzy uniwersalne przekazy. Wydobywa proste i znane każdemu obrazy, które w szarej codzienności są bez znaczenia. I nadaje im nowy sens, nowe znaczenie – czyni je nośnikami zupełnie nowej historii.

W otwartym oknie dziecku cicho
Ktoś do snu kołysankę śpiewa.
A ja już wiem spokojna
Mogę dalej iść, mogę iść.

Zasypia moje miasto,
Chłodne idą dni,
Śpi moje miasto,
Księżyc się leniwie tli,
Śpi moje miasto,
Kawiarnie kładą się do snu
Moje miasto śpi
Na pewno śpisz i Ty

Swobodnie stawiam każdy krok,
Znam tu każdy kąt,
Powietrze pachnie deszczem.
Latarnie brzęczą raz po raz,
Stoją tutaj jak betonowe świerszcze.

[Moje miasto śpi]

No cóż 🙂 Mogłabym jeszcze pisać i pisać. Ale po co, skoro można posłuchać i dopisać do tego własną historię? 🙂

Na koniec wspomnę jeszcze o jednym. Mam nadzieję, że uda mi się w końcu dotrzeć na koncert Ani – po tylu latach naprawdę ciekawa jestem jak zmieniła się na scenie. Mam również marzenie, aby – już jako dojrzała kobieta i krytyk sztuki – uścisnąć jej dłoń i pogratulować świadomych, artystycznych decyzji. Ostatni raz uścisnęłyśmy sobie dłoń, jak byłam dzieckiem (no, może nastolatką!)  🙂