TRANQ – Pauza/Play [CYKL: ODKRYWANIE]

Tym razem w cyklu ODKRYWANIE gości EPka zespołu TRANQ, zatytułowana “Pauza/Play“. Trafiła w moje ręce, a dokładniej uszy (!), dzięki fronterce zespołu – Lunie Bystrzanowskiej. Tego typu spotkania z muzyką zawsze rodzą u mnie motyle w brzuchu 🙂 Nie znając zespołu, nie wiedząc nic o artyście, mam okazję dotknąć dźwięków i tego, czym zostały okraszone. W takiej oprawie recenzja nie zna kompromisów – potknięcia nie mogą być wytłumaczone “wypadkiem przy pracy”. Nie można też ratować się kontekstem. Pozostaje więc spotkanie z muzyką – twarzą w twarz.

Spotkanie z TRANQ rozpoczynam od przyjrzenia się okładce EPki. Jest niejednoznaczna. Nieoczywista. Ale pełna wewnętrznej harmonii. Skupiona na dwóch żywiołach – wodzie i powietrzu – zdaje się oddalać muzykę zespołu od tego, co przyziemne. Spodziewam się więc delikatnego falowania, usypiającego kołysania, ale i mocnych porywów, które będą równowagą dla marazmu.

Odsłuch zaczynam więc od pierwszego utworu, którego tytuł wyraźnie nawiązuje do żywiołu pneumy. “Ptak” zaczyna się prostym frazowaniem, które już po kilku sekundach zostaje wzbogacone elektroniką. Utwór w ciekawy sposób rozwija się muzycznie – nawet w zwrotce, która utrzymuje jednostajną linię melodyczną. To ryzykowny zabieg – balansujący na granicy monotonii i oniryzmu. Cienka to linia i ostrożnie należy stąpać po tych krainach. Jest kilka momentów, gdy jako odbiorca przybliżam się do tej granicy – wciąga ona jak morze. Jednak za każdym razem następuje wówczas zmiana – przejście, które wprowadza do utworu całkiem nowe kolory. Nie można też przejść obojętnie obok kilku akcentów ornamentacyjnych – to zarówno ukryte w utworze dźwięki naśladujące kwilenie mew, jak i wokalna ekspozycja Luny, która nadchodzi dla odbiorcy w dość nieoczekiwanym momencie. Utwór więc postrzegam, jako… dość zdradziecki 🙂 Jak morze, które tylko z oddali łudzi łagodnością. W rzeczywistości jest niemożliwym do okiełznania żywiołem.

Kolejny utwór, to tytułowy dla całek EPkiPauza/Play“. Mój faworyt. Nie będę budować suspensu tutaj – to po prostu bardzo dobry kawałek. Ma wszystko, czego oczekuję od muzyki. Jest ciekawie prowadzona narracja, w postaci niejednoznacznej linii melodycznej. Jest elektronika i cudowna, polska odsłona trip hopu. Słuchać też duduk – instrument, który dodaje brzmieniu nieco orientalnego smaku. Co ciekawe – wejście do utworu stanowi krótka wokaliza Luny, która – szczególnie na samym wejściu – przypomina do złudzenia brzmienie duduka.

Pauza/Play” utrzymuje koncepcję wcześniejszego utworu. Tutaj jednak o wiele lepiej prowadzony jest wokal i nie ma wątpliwości, że to on prowadzi narrację – tak muzyczną, jak i tekstową. Cudowne jest falowanie, na które porywa się ze swoim głosem Luna. Parafrazując jeden z utworów Maanamu, można powiedzieć, że “Pauza/Play” to po prostu “falowanie i spadanie… falowanie i spadanie”.

Nie słyszę jednak w “Pauza/Play” psycho popu, który miał – zgodnie z zapowiedzią – najlepiej odzwierciedlać stylistykę zespołu. Bliżej temu raczej do swoistej hybrydy bogatego w głębię brzmienia trip hopu ze współczesnym minimalizmem. I nie powiem – smaczne to połączenie. Stonowane, ale też nie bezosobowe. Spokojne, ale i nie nudne.

Trzeci utwór to “Pasza” – tutaj już czuć, że muzyka wyrywa się dotychczasowym, spokojnym dość rytmom. Mam jednak wrażenie, że utwór nie rozwija skrzydeł. Przez cały czas odbiorca oczekuje na “mocne wejście” – moment kulminacji emocji zamkniętych w dość psychodelicznym więzieniu. Takowy nie następuje, przez co dla mnie utwór staje się zbyt klaustrofobiczny. Zdaje się być quasi-ekspresyjny, co mocno drażni i pozostawia odbiorcę w dość niekomfortowym stanie oczekiwania. No chyba, że taki był zamysł artystyczny i taki efekt niepokoju “Pasza” miała wywołać. 🙂 Na koniec należy wspomnieć, że utwór ten broni się tekstem. Jest zmyślnie napisany – nie sięga po próżny patetyzm i nadmuchane metafory, ale też nie brodzi w płytkich frazach.

Czwarty i przedostatni utwór na EPce TRANQ to po prostu “Tranq“. Spodziewałam się anglojęzycznej epopei, ale ku mojemu uradowaniu usłyszałam polski tekst. To dobrze – EPka zachowuje dzięki temu spójną stylistykę, oddając tym samym charakter zespołu. Wróćmy jednak do samego “Tranq“. Tutaj najciekawiej brzmi elektronika – i przyznam szczerze, że jest ona cudnie, nieco demonicznie przyprawiona. Pasuje to doskonale do energicznego wokalu Luny. I bardzo dobrze, że na “Pauza/Play” znalazł się ten utwór, bo odsłania on zupełnie nowe możliwości zespołu i jego psycho-wrażliwość. To takie kształty i kolory muzyki, których dzisiaj nie puszcza się w radiu. A szkoda, bo są smaczne, energiczne, udekorowane tekstem pisanym z wyobraźnią i wyczuciem. I nie ma w tym monotonii ani uśpienia, które często następuje wskutek nużących powtórzeń zwrotka/refren. Ten utwór obrazuje, że zespół nie działa na zasadzie kopiuj-wklej, a wręcz przeciwnie – otwarty jest nawet na ekspresyjne improwizacje. To dobra zapowiedź spotkań koncertowych – ten utwór chciałabym usłyszeć na żywo!

EPkę zamyka dość niespodziewana kompozycja – cover jednego z utworów Grzegorza Ciechowskiego. Mierzyć się z taką legendą? Trzeba mieć odwagę. Tutaj do oceny dochodzą przyzwyczajenia, które tkwią w odbiorcy latami. Te zaś rodzą oczekiwania względem wykonania. Odważny to krok, wprowadzać do EPki taki utwór, jak “Zapytaj mnie czy cię kocham“. Niejeden artysta poległa na własnych interpretacjach kompozycji Ciechowskiego (przykładem może być Kowalska, której płytę pt. “Moja Krew“, wydaną w 2010, uważam za najgorszą w jej karierze). Nie ukrywam więc, że z trwogą wsłuchiwałam się w kolejne dźwięki “Zapytaj mnie…“. Przestawić się na nowy wokal nie było łatwo, jednak utwór broni się. Nie mogę powiedzieć, aby przebił pierwowzór – ten pozostaje niedościgniony. Jednak wykonanie zespołu TRANQ jest odkrywcze. Nie jest to proste wykonanie – to interpretacja, która wprowadza do utworu wątki charakterystyczne dla zespołu i odzwierciedlające jego hybrydyczną stylistykę.

 

Podsumujmy więc: TRANQ oferuje w swojej muzyce nieprzewidywalność żywiołów. Nie ma tam racjonalnego stąpania po ziemi. Jest za to falowanie zgodnie z rytmem aqua i wzloty w kierunku, o którym decyduje pneuma. Dobrą, rozsądną, ambitną i jednocześnie wnoszącą do utworów wiele bogactwa i elementów zaskoczenia decyzją, jest łączenie elektroniki z tradycyjnym brzmieniem instrumentów. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że wokalistkę ciągnie w kierunku subtelności, bliskiej nurtowi indie, muzyków natomiast do nieco większej ekspresyjności, bardziej psychodelicznej, ciężkiej w swoim brzmieniu. Tę walkę o hegemonię słychać i o ile w 5 kompozycjach nie jest mocno oddziałująca, o tyle przy powstawaniu pełnego wydawnictwa, może być elementem ważącym na autentyczności narracji muzycznej. W dłuższej perspektywie może wprowadzić nijakość i miałkość. Teraz – daje niejednoznaczność, która jest walorem. Jest ona bowiem z rozsądkiem, z rozwagą dawkowana odbiorcy.

Myślę, że wszyscy, którzy dotychczas balansowali pomiędzy kompozycjami SevdalizyFeist odnajdą w muzyce TRANQ zaspokojenie 🙂

Podsumowanie
  • 9/10
    Opakowanie/okładka - 9/10
  • 8.8/10
    Muzyka - 8.8/10
  • 9.3/10
    Teksty - 9.3/10
  • 9/10
    Wokal - 9/10
9/10

Ocena

Okładka darzy spokojem i praktycznie brakuje jej tylko tego, aby znalazła swoje urzeczywistnienie w wersji fizycznej 🙂 Teksty – ciekawe, zmyślne, oryginalne, ale nie nadmuchane. Bardzo dobrze, że są to polskie teksty! Muzyka i wokal – ciągła walka o hegemonię, co momentami wprawia w zakłopotanie (nie wiadomo czy to zamierzony zabieg, czy też nie). Jednak oba elementy na plus. Ważne, że wyłania się z tego spójna, przemyślana koncepcja z charakterem.

Przeczytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *